"Człowiek naraża się na łzy, gdy raz
pozwoli się oswoić."
Antoine de Saint-Exupéry „Mały
Książę”
Minęła już połowa sierpnia a mieszkanie przy Grimmauld Place 12
prezentowało się teraz zjawiskowo. Dziewczęta wykonały kawał dobrej roboty i
doprowadziły cały dom do idealnego stanu. Ściany były odmalowane, drewniane
podłogi wyglądały jak położone jeszcze w tym tygodniu, a srebrne żyrandole,
klamki i rodowe zdobienia lśniły czystym blaskiem.
- No co ty robisz, zgłupiałaś?! – krzyknęła Ginny, próbując odwieść
Hermionę od bardzo głupiego pomysłu, który zamierzała wcielić w życie. To było
pierwszego dnia po tym, gdy skończyły swoją pracę i wszystkie pomieszczenia
były wypełnione już nowością, czystością i przepychem. Wtedy Hermiona wpadła na
pomysł, by pokazać efekty swoich starań portretowi pani Black.
- Oh, daj spokój. – powiedziała, wyrywając swoją dłoń z mocnego uścisku
rudowłosej. – Co najwyżej nie spodoba jej się i powrzeszczy sobie. Nic nowego.
- Jesteś szalona. – ruda pokręciła zrezygnowana głową.
Stanęły przed ogromnym portretem w korytarzu, który teraz nie wyglądał już jak rudera, ale prezentował się bardzo elegancko. Ściany pokrywała ciemnogranatowa tapeta ukazująca nieboskłon nocą, który wypełniały setki tysięcy gwiazd. Białymi liniami połączone były najważniejsze gwiazdozbiory, a największe gwiazdy były podpisane. Wśród nich były m.in. Syriusz, Arctur, Bellatrix czy gwiazdozbiór Andromedy, czyli ciała niebieskie, na których cześć imiona dostawali członkowie rodziny Black. Tapeta ta była zaczarowana i gwiazdy codziennie były w nieco innej pozycji, w zależności od obrotu Ziemi. W dodatku gwiazdy wydzielały z siebie delikatny blask, więc nocą i gdy lampy były zgaszone, dawały lekkie światło i tworzyły tak piękny efekt, jakby naprawdę obserwowało się niebo nocą. W połowie korytarza wciąż stała malutka komódka z czarnego drewna, nad którą wisiał ogromny obraz Walburgi Black, teraz w posrebrzanej ramie, a z sufitu majestatycznie zwisały ogromne, bogato zdobione srebrne żyrandole, które doskonale rozświetlały cały korytarz.
Schody na górę a także schody do kuchni były dokładnie wypolerowane i
położone na nich zostały ciemnozielone dywany, które nadawały odrobiny
Hollywoodzkiego stylu. Gabloty z głowami skrzatów domowych, które wisiały nad
schodami prowadzącymi na górę także zostały odnowione i z szybek zniknęły
zacieki i kurz. Można było bez problemu policzyć wszystkie piegi na nosie
Skalmarka, prapradziadka Stworka. Ron stwierdził, że to przerażające i już
dawno powinni to wyrzucić.
Hermiona jednym ruchem odsunęła roletę z obrazu i nie minęła sekunda, gdy
do ich uszu dotarł straszliwy wrzask. Coś jednak się zmieniło i pani Black
chcąc nie chcąc musiała to zauważyć. Właśnie miała wygłosić niepochlebną opinię
na temat obecności szlamy w domu Black’ów, gdy jasnym oczom ukazał się cudowny
widok. Jej dom w końcu odzyskał dawną świetność, a nawet wyglądał lepiej, niż
dawniej. Po raz pierwszy pani Black nie odezwała się ani słowem. Hermiona
zerknęła na Ginny, której twarz wyrażała prawdziwy szok. Stały w ciszy i
obserwowały twarz czarnowłosej kobiety z portretu. Ta, gdy już wystarczająco
się napatrzyła zerknęła na dziewczęta z przymrużonych oczu, próbując zrobić
groźną minę, ale Hermiona wyraźnie widziała, że kobieta jest bardzo zadowolona.
Merlinie, Walburga Black była autentycznie szczęśliwa!
- To wasza sprawka? – spytała, siląc się na nieprzyjemny ton.
- Tak. – odpowiedziała Hermiona.
Walburga skrzywiła głowę i przejechała Hermionę wzrokiem od głowy aż po
czubki palców.
- Chcesz mi powiedzieć, że szlama potrafiłaby dokonać czegoś takiego?
- Pani Black! – wtrąciła się Ginny, unosząc na rozmówczynię palec w
ostrzegawczym geście. – Hermiona Granger jest nazywana najmądrzejszą czarownicą
od czasów Roveny Ravenclaw i nie jest to rzucanie słów na wiatr! Jest doskonała
w zaklęciach i transmutacji, z których to ma same Wybitne, a także jest po prostu
wspaniałą osobą, wierną przyjaciółką i pomocną koleżanką. I tak, ten korytarz
to jej dzieło. Nawet zaznaczyła gwiazdy z imionami członków pani rodziny, tylko
po to, żeby zrobiło się pani miło, chociaż nazywa ją pani szlamą od kiedy tylko
pierwszy raz postawiła tu swoją stopę. Jak pani nie wstyd?! - Ginny
była bardzo wzburzona.
Pani Black już chciała rzucić równie celną ripostę gdy faktycznie dojrzała
na tapecie, że jedna z gwiazd została podpisana „Bellatrix”. Jej oczy
rozbłysły.
- Bella! Oh moja kochana bratanica! Co to jest za kobietka, nie do wiary!
Uśmiechnęła się do swoich wspomnień, co sprawiło, że jej twarz stała się
jeszcze brzydsza i karykaturalna, po czym znów zwróciła się do Gryfonek.
- Jakbyście się czuły gdybyście musiały oglądać jak w WASZYM DOMU pałętają
się wasi najgorsi wrogowie I NIC NIE MOGŁYBYŚCIE Z TYM ZROBIĆ?! – wrzasnęła,
ale po chwili już się uspokoiła, a nawet wydawało się jakby posmutniała. – Mój
ród przepadł doszczętnie. Nie urodzi się już syn o nazwisku Black. – dodała smętnie.
– Tak bardzo wami gardzę, ale sprawiłaś mi przyjemność Hermiono Granger z domu
mugoli. Ty również masz we mnie wroga, a mimo to, chciałaś uprzyjemnić mi moją
marną egzystencję. Chyba muszę ci być wdzięczna, ale przez moje gardło nawet za
życia nigdy nie przeszło słowo podziękowania więc i ty go nie usłyszysz ode
mnie.
Hermiona skinęła jej głową i gdy chciała zasłonić obraz z powrotem, pani
Black odezwała się ponowie.
- Nie zasłaniajcie mnie jeszcze. Chciałabym się napatrzeć.
- Dobrze. Do widzenia, pani Black. – powiedziała uprzejmie Hermiona i razem
z Ginny ruszyły na dół.
Kilka dni temu, podczas sprzątania na dole, napotkały regał z książkami,
który stał w bardzo dziwnym miejscu na korytarzu prowadzącym między innymi do
kuchni czy jadalni, i według dziewcząt wcale nie pasował do wystroju. Chciały
go przenieść w inne miejsce, jednak podczas sprzątania woluminów z zakurzonych
półek, jedna z książek okazała się być przekładnią, która się aktywowała, a
regał - ukrytymi drzwiami. Wywołało to ogromną sensację w całym domu. Bliźniacy
już zacierali ręce i przegadywali się w zgadywaniu, co może kryć się za
ukrytymi drzwiami. Pani Weasley zabroniła dziewczętom wchodzić do środka zanim
Artur nie wróci z pracy więc dopiero wieczorem wszyscy mogli odkryć tajemnicę, jaką
kryło dodatkowe pomieszczenie. Pierwszy wszedł pan Weasley, a za nim gęsiego
zaczęła wchodzić reszta. Gdy rzucił Lumos Maxima, im oczom ukazało się…
najprawdziwsze laboratorium! I to całkiem nieźle wyposażone. Ron i Ginny dali
odczuć, że są rozczarowani, za to Hermiona, Fred i George byli wniebowzięci.
Szybko udało im się odnaleźć włącznik światła i zaraz potem wesoło buszowali po
rozległym pomieszczeniu bez okien.
Pokój ten był na pewno zaczarowany, panował chłód, więc temperatura była
odpowiednia do warzenia eliksirów. Rozmiarem przerastał jadalnię i kuchnię
razem wzięte i Hermiona domyślała się, że został magicznie powiększony. Ściany
wyłożone zostały zielonymi kafelkami, z sufitu zwisały proste lampy, które
rzucały szeroko jaskrawoniebieskie światło. Wzdłuż jednej ze ścian ustawiony
był długi stół alchemiczny wraz ze stanowiskami dla trzech kociołków. W rogu
pomieszczenia stał stojak na owe naczynia a na nim zawieszonych było pięć
kociołków, w tym jeden diamentowy, bardzo rzadki i niezwykle kosztowny. Przy
przeciwległej ścianie ustawione były wysokie aż do sufitu regały, gabloty i
półki wypełnione po brzegi składnikami do eliksirów i gotowymi eliksirami. W
licznych słoikach pływały oczy traszek, żabie skrzeki i inne dziwne
paskudztwa.
Hermiona wraz z bliźniakami natychmiast zrobili tam porządek. Posprzątali
kurze, zreperowali połamane krzesełka, posegregowali ingrediencje i wyrzucali
przeterminowane lub zepsute odczynniki. Fred podzielił stanowisko z regałami na
trzy części: na składniki nieprzygotowane jeszcze do warzenia, na składniki już
pocięte i posiekane i na gotowe fiolki z eliksirami. Każda z trzech sekcji
miała swoje podsekcje, tak, że wszystko było posortowane również ze względu na
pochodzenie, działanie czy właściwości chemiczne. George wyczarował ogromną,
jeżdżącą drabinę na podobieństwo tych, które znajdowały się w szkolnej
bibliotece w Hogwarcie, żeby każdy mógł dosięgnąć najwyższych półek.
Hermiona wymieniła stare lampy i wyczarowała takie, które dawały neutralne
światło i miały wystarczającą moc, by dokładnie oświetlić całe pomieszczenie.
Zawsze denerwowało ją to, że szkolne sale eliksirów były takie ciemne. Wiązało
się to z tym, że światło słoneczne mogło niszczyć właściwości eliksiru bądź
poszczególnych ingrediencji, jednak magiczne sztuczne światło nie powodowało
żadnych przykrych konsekwencji.
Chłopcy przesunęli stół alchemiczny na środek sali, a w jego poprzednie
miejsce wstawili ogromną kredową tablicę, na której mieli zamiar zapisywać
swoje nowe pomysły i receptury. Obok tablicy pojawił się nowy regał, od góry do
dołu zasypany pozycjami książkowymi dotyczącymi warzelnictwa, eliksirów
leczniczych a nawet czarno magicznych trucizn. Wszystko to znalazła w pokoju
brata Syriusza podczas sprzątania i domyślała się, że to on wcześniej korzystał
z tego laboratorium.
Od kiedy tylko laboratorium było zdatne do użytku, Hermiona spędzała tam
większość swojego wolnego czasu. Często pomagała bliźniakom w ulepszaniu ich
nowych produktów albo w tworzeniu prototypów dla kolejnych dowcipnych
eliksirów, ale najczęściej warzyła coś dla swoich własnych celów. I to nie byle
jakich, ale urodowych.
Na początku wakacji podczas zakupów z mamą kupiła sobie odżywkę do włosów,
która okazała się być genialna po tym, gdy wydobyła z burzy włosów na głowie
Hermiony piękne, gęsto skręcone loki. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać nad
tym, co spowodowało taką a nie inną reakcję i wtedy właśnie rozpoczęła przygodę
ze świadomą pielęgnacją swoich kręconych włosów. Zaczęła czytać składy
produktów i sprawdzać reakcję poszczególnych składników na różne czynniki.
Po miesiącu prób i błędów oraz po przeczytaniu kilku artykułów w internecie
na komputerze mamy, w końcu miała już nikły obraz tego, w jaką stronę powinna
iść by uzyskać najlepszy skręt. Gdy odkryli laboratorium, w jej głowie pojawił
pomysł, by połączyć swoją mugolską wiedzą, z tą magiczną i stworzyć produkt do
włosów na bazie mugolskich kosmetyków, ale z nutką magii. I to był strzał w
dziesiątkę. Jej włosy nigdy nie były w tak doskonałym stanie. Od pierwszego
użycia szamponu, do którego podczas warzenia dodała odrobiny sproszkowanych
kwiatów dyptamu oraz jedną ususzoną figę abisyńską, która swoją drogą była
okropnie drogim składnikiem alchemicznym, jej twarz okalały już tylko lśniące,
miękkie, uniesione od nasady sprężynki. Zero puchu, zero przeciążenia. To był
sukces.
Później odkryła, że niektóre składniki dodają włosom nie tylko upiększające
właściwości, ale wpływają także na pewien rodzaj aury magicznej. Na przykład
sproszkowany róg jednorożca w połączeniu ze świeżymi liśćmi piołunu sprawiał,
że włosy wydzielały zapach, który powodował u osób, które go powąchały,
poczucie jakby euforii. Oczywiście był to delikatny efekt, nie można tu było
mówić o wybuchu dzikiej radości, ale i tak był to bardzo ciekawy rezultat.
Miała zamiar wykonać takie mieszanki, które wyzwalałyby jeszcze inne emocje. To
jednak musiała odłożyć na później, bo Ginny poprosiła ją o spersonalizowany
szampon właśnie dla niej.
Tego dnia Hermiona lekko zaspała. Zegar wskazywał 10:30. Poprzedniego
wieczoru wpadł Remus razem z Tonks. Nie byli jeszcze razem, ale Hermiona wyraźnie
widziała, że między nimi bardzo iskrzy. Dzieliło ich dwanaście lat różnicy, ale
tak naprawdę nikomu to nie przeszkadzało. Hermiona trzymała za nich kciuki.
Potem pojawili się też Sophia Lorenc z Alfie Thompsonem, który zdążył
zaprzyjaźnić się z Ronem i jakoś tak od słowa do słowa i od drinka do drinka
skończyło się na tym, że zrobiła się z tego mała imprezka. Czy raczej,
kameralna posiadówka. Hermiona sporo wypiła i dlatego po obudzeniu mogła poczuć
tylko naglące pragnienie i okropny ból w potylicy. W wielkim bólem wstała z
łóżka i powlekła się do łazienki, gdzie zimny prysznic nieco postawił ją na
nogi. Gdy zeszła do kuchni na śniadanie, zastała tam już całą rodzinę
Weasley’ów, którzy wydawali się być gotowi do podróży, gdziekolwiek chcieli
iść.
- Hej. Wybieracie się gdzieś? – wychrypiała. Pani Weasley popatrzyła na nią
z politowaniem, po czym skierowała swoje karcące spojrzenie na Ginny i Rona,
którzy specjalnie rozpili wczoraj Hermionę, by móc posłuchać jak dziewczyna
opowiada sprośne dowcipy i głupie historie, co miała w zwyczaju robić po zbyt
dużej ilości alkoholu. Wspominania te były niezapomniane.
- Idziemy na Pokątną kupić nowe podręczniki i przybory do szkoły. Czekamy
już tylko na ciebie. Zjesz śniadanie i lecimy.
Hermiona usiadła do stołu i nałożyła sobie trochę owsianki. Gdy jadła, do
okna podleciała sowa. Pan Weasley odebrał kopertę i sowa odleciała nie czekając
na poczęstunek.
- Hermiono, poczta dla ciebie. – powiedział.
Położył kopertę na stole obok owsianki i Hermiona zamarła widząc znajome
pismo.
- To od rodziców! – wykrzyknęła radośnie i energicznie odsunęła owsiankę na
bok wychlapując trochę na stół. Była szczęśliwa, że rodzice do niej napisali.
Ona sama nie mogła wysyłać listów z Kwatery Głównej. Rozerwała kopertę, z
której wypadł list i zdjęcie jej rodziców. Zerknęła na fotografię i bardzo
zdziwiło ją to, że z głowy jej ojca zniknęły wszystkie loczki i teraz
nadzwyczajnie w świecie był łysy. Dodatkowo wyglądał na bardzo słabego i jego
skóra była jakaś niewyraźna, chociaż chyba chciał to zamaskować bo uśmiechał
się promiennie. To bardzo zaniepokoiło dziewczynę. Chwyciła w dłonie pergamin i
zaczęła czytać.
Kochana Hermionko,
Liczymy, że miło leci Ci czas spędzany w gronie przyjaciół. Cokolwiek
robicie, na pewno macie z tego mnóstwo frajdy i radości. Mamy nadzieję, że mimo
tego wciąż pamiętasz o swoich starych rodzicach. My myślimy o Tobie każdego
dnia.
U nas wszystko jest w porządku, a może nawet lepiej niż w porządku. Na
pewno zdążyłaś obejrzeć już zdjęcie, które Ci przysłaliśmy i jak Cię znamy,
pewnie umierasz z ciekawości co się stało. Jest mi bardzo przykro z tego
powodu, ale muszę przyznać się, że okłamałam Cię w te wakacje mówiąc, że tata
wyjeżdża na Międzynarodowy Zjazd Lekarzy Dentystów. Usprawiedliwiam to tym, że
nie chciałam Cię martwić i pragnęłam, byś miała cudowne wspomnienia wakacji,
zamiast zamartwiania się. Podjęliśmy tę decyzję razem z tatą.
Tata wrócił do domu wczoraj, ale tak jak pisałam, nie był na Zjeździe, ale
przebywał w Ośrodku Leczenia Raka Mózgu, gdzie poddał się operacyjnemu
usunięciu guza. Wszystko jest już dobrze, operacja się udała i tata wraca do
zdrowia. Prognozy lekarskie są bardzo pozytywne. Nie musisz się tym martwić.
Na pewno jesteś w szoku, być może jesteś na nas wściekła, że nie
powiedzieliśmy Ci o tym. Tata już od roku czuł się źle, coraz częściej dostawał
ataków migreny. Zrobiliśmy wszelkie badania i diagnozą okazał się nowotwór
złośliwy. Długo zastanawialiśmy się czy Ci powiedzieć, ale byliśmy pełni
wiary, że wszystko skończy się szczęśliwie i postanowiliśmy nie dokładać Ci
więcej zmartwień.
Jeszcze raz najmocniej Cię przepraszamy. Teraz, gdy to piszę, zdałam sobie
sprawę, jak źle postąpiliśmy wobec Ciebie.
Mimo wszystko, mamy nadzieję, że nam wybaczysz. Razem z tatą ślemy Ci
gorące uściski. Proszę, odpisz gdy tylko znajdziesz się w Hogwarcie.
Bardzo cię kochamy,
Rodzice
ps. Chester też Cię pozdrawia. Ostatnio śpi tylko w Twoim pokoju.
Tęsknimy. ❤
Skończyła czytać i teraz już tylko bezsensownie gapiła się w kartkę
papieru. To się nie działo. To nie mogła być prawda. Podniosła swój wzrok i
zdała sobie sprawę, że nie jest w pomieszczeniu sama. Państwo Weasley, Ron i
Ginny patrzyli na nią w napięciu a ona z wielkim trudem przełknęła ślinę przez
gulę, która urosła w jej gardle. Jeszcze raz zerknęła na fotografię, na swojego
tatę i łzy zaczęły podchodzić jej do oczu. Zerwała się z krzesła, chwyciła
zdjęcie i list i zamaszyście ruszyła w stronę drzwi.
- Miona! Gdzie idziesz? – zawołał za nią Ron.
- Chcę być sama!
- A Pokątna?
- Idźcie beze mnie! – odkrzyknęła będąc już na schodach prowadzących na
korytarz. Pobiegła schodami do swojego pokoju, walnęła się na łóżko i pozwoliła
słonym łzom opadać na jej policzki zgodnie z siłą grawitacji.
Leżała tak dłuższą chwilę, jednak nie znalazła ukojenia w żalu. Rodzice
okłamywali ją od ponad roku i nie mogła się z tym pogodzić. Skoro zataili przed
nią tak ważną kwestię, to może były też inne rzeczy, o których nie wiedziała.
Jej myśli biegły w coraz to gorsze zakamarki, aż w końcu nie mogła wytrzymać i
wstała z łóżka. Zazwyczaj gdy czuła się źle szła do szkolnej biblioteki. Teraz
jednak nie była w szkole, więc pierwszym miejscem jakie wpadło jej do głowy
było laboratorium. Czas popracować. I zeszła na dół.
___ ___ ___
- Chciałeś mnie widzieć. - odezwał się Severus zaraz po przejściu
przez kominek do gabinetu dyrektora. Po ich ostatniej rozmowie, która w
zasadzie była pieczołowitym planowaniem śmierci jednego z nich, czarnowłosemu
mężczyźnie nieswojo było stać znowu przed obliczem Albusa jak gdyby nic się nie
stało. Zwłaszcza, że po tym nie widzieli się przez ponad tydzień. Postanowił
jednak grać swoją rolę tak jak dotychczas i nieskromnie mówiąc doskonale mu to
wychodziło, bo jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, chociaż w piersi toczyła
się jakaś dziwna wojna.
- Tak. Mam dla ciebie małe zadanie. Minerwa jest trochę niedysponowana i
muszę cię prosić, byś ją zastąpił na kilka dni.
- Cóż takiego stało się tej kobiecie?
- Aktualnie przebywa w Św. Mungu. Miała... drobny wypadek.
- Mam nie pytać dalej?
- Nie. Gdy wróci, sama ci opowie. Tymczasem... - zaczął grzebać w stosie
pergaminów i wyciągnął dziesięć brązowych kopert zaadresowanych zielonym
atramentem. - Chciałabym, żebyś poinformował nowych prefektów domów i prefektów
naczelnych o ich awansach.
Severus skierował wzrok w sufit i zaczął pomstować na swój los.
- Nie możemy zaczekać z tym, aż Minerwa wróci z Munga? To chyba nie jest aż
takie pilne?
- Owszem, jest. Powinni dostać swoje odznaki już w lipcu, ale gdzieś się
zapodziały no a potem wypadło mi to z głowy.
- Nie lepiej wysłać sową? Będzie szybciej.
- Nowi prefekci muszą zostać zapoznani z zasadami, które panują na tych
stanowiskach. Minerwa zawsze osobiście referowała o obowiązkach i przywilejach,
a teraz tobie przypada ten zaszczyt.
- Niewątpliwie jest ogromny. – skłonił się z udawaną wdzięcznością. –
Dobra, daj mi te listy.
- Jest dziesięć, po dwóch prefektów w domach i dwóch prefektów naczelnych
dla całej szkoły.
- Wiem, sam byłem prefektem jak zapewne pamiętasz.
- Nie wierzę, że cię nominowałem. – zachichotał Dumbledore.
- A jednak. Rozdawanie szlabanów i odejmowanie punktów już wtedy sprawiało
mi ogromną przyjemność. - dodał mściwie.
Dyrektor rozbawiony pokręcił głową.
- Na razie to tyle. Jak już rozdasz listy wróć do mnie, wybierzemy się w
pewne miejsce. Będziesz mógł służyć mi swoim ramieniem. – Severus wiedział, do
czego pił Albus. Nie raz już prosił dyrektora, by ten zabrał go na swoją
wyprawę.
- To miało mnie zmotywować?
- Owszem. Nie podziałało?
- Podziałało. – przyznał skwaszony. Szybko wziął od Albusa koperty i
skinąwszy na pożegnanie, wyszedł z gabinetu.
Gdy wrócił do swojego salonu rozłożył wszystkie koperty na stoliku i zaczął
sprawdzać, komu w tym roku przypadł zaszczyt bycia prefektem. Ze Slytherinu
wytypowano Blaisa Zabiniego i Pansy Parkinson. O ile jeszcze mógł zrozumieć
wybór Zabiniego, który był świetnym uczniem, o tyle nie mógł pojąć jak znalazła
się tu Pansy, która była beznadziejna prawie ze wszystkich przedmiotów a do
tego całkowicie brakowało jej ogłady. Z Hufflepuffu prefektami zostali Ernie
Macmillan i Hanna Abbout, z Ravenclavu Anthony Goldstein i Verona Nattle a z
Gryffindoru Ronald Weasley i jakżeby by inaczej – Hermiona Granger. Zdziwił go
wybór Weasleya. Spodziewał się, że to Potter będzie drugim prefektem Gryffindoru.
Odetchnął z ulgą. Już w gabinecie dyrektora obawiał się, czy nie będzie dziś
musiał zjawiać się w domu Chłopca-Który-Przeżył. Czyli nie było tak źle.
Postanowił zacząć od prefektów naczelnych – Olivii Frankstein z Ravenclavu i
Luisa Slighter’a z Slytherinu a skończyć na Weasley’u i Granger.
Było przed dziesiątą rano gdy wyszedł na błonia, po czym skierował się do
punktu aportacyjnego poza terenem szkoły. Informowanie uczniów okazało się być
proste jak bułka z masłem. Prefekci naczelni wiedzieli już o wszystkim, bo
przed rokiem byli prefektami w swoich domach, u Zabiniego spędził miło czas
wypijając z jego matką kieliszek wina i plotkując na nic nie znaczące tematy, u
Parkinsonów wdał się w dyskusję z ojcem Pansy na temat Quidditcha a uczniowie Hufflepuffu
i Ravenclavu tak się go bali, że nie śmiali zadać mu żadnych durnowatych pytań
i poszło mu zadziwiająco szybko.
Było przed pierwszą gdy pojawił się na klatce schodowej przy Grimmauld
Place 12. Przygotował się psychicznie na spotkanie z całą ferajną Weasley’ów i
pchnął drzwi. Wszedł do środka i zamarł. Przez chwilę zastanawiał się, czy na
pewno wszedł do właściwego budynku potem jednak oprzytomniał i zdał sobie
sprawę, że na pewno jest we właściwym miejscu. Tylko z tą różnicą, że lśniło
nowością i czystością. Nie do końca wiedział, czy mu się to podoba. Chyba wolał
gdy cuchnęło stęchlizną a po suficie biegały pająki. Łatwiej było mu wtedy
nienawidzić tego miejsca.
Postanowił zignorować fakt, że czuł się bardzo nieswojo i ruszył do przodu,
lecz gdy minął odkryty portret pani Black, która uprzejmie ukłoniła się do
niego na powitanie i nie rzuciła żadną kąśliwą uwagą, stwierdził, że tego już
za wiele. Będąc pod wpływem szoku odwzajemnił ukłon i czym prędzej pognał do
kuchni, żeby załatwić to co musiał zrobić i wyjść stąd jak najszybciej. Gdy
schodził po ciemnozielonym, aksamitnym dywanie zdał sobie nagle sprawę, że jest
tu dziwnie cicho. I nie chodziło już o to, że Walburga nie wydzierała się w
niebogłosy, ale nie słychać było także rozmów ani harmidru, jaki zazwyczaj
panował w obecności Weasley’ów. Czyżby nikogo nie było w domu?
Wszedł do kuchni i nie zastał żywej duszy, tak samo było w jadalni. Merlinie
miej litość nade mną, jeżeli będę musiał odwiedzić Granger w jej pokoju. Wyszedł
z powrotem na korytarz prowadzący do kuchni i kątem oka zobaczył, że zza regału
z książkami sączy się światło. Zaintrygowało go to, ale i zaniepokoiło.
Wyciągnął różdżkę i podkradł się w kierunku półki i nagle zdał sobie sprawę, że
za regałem jest jakieś pomieszczenie i to z niego wydobywa się blask lampy.
Odsunął regał i jego oczom ukazało się najprawdziwsze laboratorium alchemiczne
a przy stole stała Granger i siekała coś wściekle po czym wrzucała to do
DIAMENTOWEGO KOCIOŁKA. Czy ja śnię?!
Musiał oprzeć się o framugę bo w innym wypadku na pewno osunąłby się na
ziemię w wyrazie oszołomienia. CO TU SIĘ U LICHA DZIEJE?! Wtedy
Granger zorientowała się, że ktoś wszedł do środka. Nie wyglądała na
szczęśliwą, a dokładniej mówiąc jej twarz wyrażała wręcz wściekłość i czyste
niezadowolenie.
- Dzień dobry, panie profesorze. – odparła na tyle uprzejmie, na ile
pozwalał jej stan, po czym wróciła do dotychczasowych czynności, chociaż z
mniejszą zapalczywością. Jego obecność skutecznie ją peszyła.
Snape nie odpowiedział na jej powitanie, zamiast tego lustrował wzrokiem
pomieszczenie w którym się znalazł. Wszedł głębiej do środka i zaczął
przechadzać się po laboratorium. Pierwsza w oczy rzuciła mu się ogromna tablica
kredowa po prawej, a na niej zapisane były różne składniki i receptury. Sporo
było skreślonych, przy niektórych były dopisane drobnym druczkiem jakieś
komentarze. Widocznie Granger próbowała coś uwarzyć metodą prób i błędów.
Sądząc po składnikach, głównie kwiatkach albo proszkach, nie było to nic
szczególnego. Potem skręcił w lewo i znalazł się przy jednym z wysokich regałów
całych zapełnionych słojami z ingrediencjami. Oprócz zwykłych pospolitych składników
odnalazł również kilka bardzo cennych, a nawet jeden czy dwa unikatowe. Jego
oczy zaświeciły się jaśniej gdy wyhaczył wśród składników jad akromantuli a
zaraz obok pudełeczko z podpisem „jaja akromantuli”. Interesujące. Składzik
z eliksirami też był niczego sobie, chociaż zauważył, że prawie wszystkie
obecne tu eliksiry miały już swoje lata, a połowa z nich była truciznami lub
bardzo śmiertelnymi w skutkach wywarami. Jedynie eliksir leczący rany i eliksir
pieprzowy wyglądały na warzone jeszcze w tym tygodniu.
Na koniec podszedł do stanowiska, przy którym pracowała Granger. Był to
długi stół, przy którym było mnóstwo miejsca do siekania i trzy stanowiska dla
kociołków. Musiał przyznać, że laboratorium to było naprawdę niczego sobie.
Stanął naprzeciw Gryfonki i obserwował jak wrzuca do diamentowego kociołka
suszone listki mięty pieprzowej, po czym wlała jakiś gęsty, przezroczysty płyn
z plastikowej tubki. Gdy kolor wywaru przybrał jasnobłękitną barwę, wymieszała
całość trzy razy w kierunku zgodnym ze wskazówkami zegara i zmniejszyła ogień.
Ustawiła mugolski stoper na dziesięć minut i wpatrywała się w bulgoczący płyn.
W tym momencie przypominała mu jego, gdy był w jej wieku. Szybko przegonił tę
dziwną myśl z głowy.
- Granger. – warknął. Podczas pracy chyba zapomniała, że jest w tym samym
pomieszczeniu z nauczycielem bo drgnęła nerwowo i wyprostowała się nagle,
jednocześnie potrącając leżącą na stole chochelkę, która z łoskotem spadła na
podłogę i potoczyła się aż pod tablicę.
Myślał, że dziewczyna zaraz po nią pobiegnie i zacznie przepraszać za swoją
niezdarność, jak to miała w zwyczaju, jednak ta nadal stała w miejscu a jej
twarz wyrażała czystą furię wymieszaną ze zrezygnowaniem. Wpatrywała się gdzieś
do przodu za jego plecy, przymknęła powieki i wzięła głęboki oddech w celu
uspokojenia się. Jej pięści były mocno zaciśnięte. Wyglądała jak kupka
nieszczęścia i widocznie mało brakowało, żeby rozryczała się tak jak stała.
Otworzyła jednak oczy, podniosła wysoko głowę, powiedziała spokojnym tonem
„Przepraszam” po czym z godnością podeszła na chochelki, podniosła ją i cisnęła
nią do zlewu wbudowanego w stół. Z szuflady wyjęła nową i jak gdyby nic wróciła
do swojego kociołka.
Zrobiło się dziwnie. – pomyślał Severus.
- Mogę wiedzieć co ty tu wyprawiasz?
- Warzę. – odpowiedziała. No świetnie, teraz jeszcze dziewucha
będzie mi tu rzucać monosylabami.
- Panie profesorze. – upomniał ją karcącym głosem.
- Warzę, panie profesorze. – poprawiła się, wciąż klęto wpatrując się w
swój kociołek. Teraz była widocznie zawstydzona. Miał ochotę przewrócić oczami.
- A co takiego warzysz, jeśli mogę wiedzieć. – był coraz bardziej
zniecierpliwiony jej gówniarskim zachowaniem.
- Szampon. – odpowiedziała automatycznie.
Co za bezczelna, mała smarkula. Czy to się nigdy nie skończy?!
- Z przyjemnością odejmę ci punkty, gdy tylko twoja stopa pojawi się znowu
na terenie szkoły.
- Ale za co?!
- Za bezczelność! I brak szacunku do nauczyciela! – krzyknął.
Patrzyła na niego przerażona i chyba zdała sobie sprawę z tego co
powiedziała. Wyraz jej twarzy zmienił się na czyste oburzenie.
- PaNIE PROfeSOrze! Nigdy nie śmiałabym kpić sobie tak jawnie z
nauczyciela! – już miał jej przerwać ten wątpliwie mądry potok słów, gdy
dziewczyna szybko dodała. – Nie chciałam pana obrazić. Ja naprawdę warzę
szampon. Dla Ginny. Proszę spojrzeć… panie profesorze – dodała, gdy zobaczyła,
że już otwierał usta, żeby ją upomnieć.
Przez chwilę patrzył na nią spod przymrużonych oczu, potem zerknął do
kociołka i faktycznie błękitny, gęsty płyn pachnący miętą i cytrusami mógł
uznać za coś szamponopodobnego.
- A więc warzy pani szampon… w diamentowym kociołku, panno Granger? –
podsumował. Kociołek ten, odkąd tylko go zobaczył, stał jest obiektem jego
gorących pragnień. Znał jego wartość oraz właściwości i zapragnął zabrać go do
swojego prywatnego zbioru. Więc gdy usłyszał, że dziewczyna waży w nim cos tak
nieznaczącego jak szampon, krew się w nim zagotowała.
- T-tak. – odpowiedziała, jąkając się nieco.
- Nic mnie już nie zdziwi. – pokręcił ze zrezygnowaniem głową. Postanowił
dać jej mały wykład. – Do warzenia prostych produktów na bazie wodnej najlepiej
nadają się kociołki miedziane, panno Granger. Zapewniają one stabilność cieczy
oraz doprowadzają do wrzenia znacznie szybciej niż kociołki cynowe czy
mosiężne. Jak zauważyłem. – zerknął na kredową tablicę. – używa pani głównie
produktów roślinnych, co również pozwala mi twierdzić, że kociołek miedziany
znacznie lepiej by tu pasował, gdyż istnieje mniejsze ryzyko niechcianej
reakcji, jak może zdarzyć się w kociołku diamentowym, który stanie się
niestabilny, jeżeli zrobi pani wywar na przykład na bazie kwiatów siarkowych,
które uwalniają wolne związki siarki po podgrzaniu do 80 st. C. Siarka, jak
pani wie, ze względu na liczne właściwości lecznicze, jest całkiem popularnym
składnikiem dla produktów urodowych, w tym mydeł a także szamponów. I zachodzi
w niebezpieczną reakcję w połączeniu z tą odmianą alotropową węgla, jaką jest
diament. Tak więc, odradzałbym. Dodatkowo kociołek diamentowy zalecany jest do
użytkowania jedynie przez odpowiednio wykształconych w kierunku warzelnictwa
czarodziei. Wszystkie ciecze podgrzewają się w nim do 60% szybciej niż w
kociołku miedzianym, co w rękach kogoś niedoświadczonego może być niebezpieczne
i powodować tragiczne w skutkach wybuchy. A więc, jeżeli nie chce pani trafić
jeszcze dziś do Św. Munga to zalecałbym zdjąć kociołek z ognia jak najszybciej,
bo już teraz czuję, że coś się pani przypala.
Gdy skończył to mówić płyn w kociołku zgęstniał tak bardzo, że Hermiona nie
była już w stanie włożyć do niego chochli. Szybko chwyciła za rączkę kociołka i
zdjęła go z ognia. Mikstura zaczęła wydzielać duszącą, ciemną parę i dziewczyna
rozkaszlała się. Snape jednym ruchem różdżki usunął ciecz, a właściwie już
ciało stałe z naczynia i popatrzył na Gryfonkę kpiącym wzrokiem.
- Zamiast dziesięciu minut odczekałbym maksymalnie dwie, potem dodałbym
jakiś utrwalacz, na przykład sok żołądkowy jaszczurki jaskiniowej, potem trzy
obroty w przeciwnym kierunku, minuta na dojście składników i gotowe.
Patrzyła na niego zaskoczona, ale w pozytywnym wyrazie. Rzadko ktoś patrzył
na niego w ten sposób i raczej mu się to nie podobało. Odchrząknął.
- Dziękuję za wskazówki, panie profesorze. – powiedziała odnosząc
diamentowy kociołek do zlewu i wybierając ze stojaka miedziany, zgodnie z jego
sugestią. - A co by pan dał jako utrwalacz zamiast soku żołądkowego jaszczurki?
Używam tylko produktów roślinnych lub składników oddanych dobrowolnie przez
zwierzęta.
Teraz już się nie hamował i teatralnie przewrócił oczami. Wegetarianka
się znalazła. Mógł się tego spodziewać.
- Olejek różany może... Ale mógłby zmienić właściwości produktu.
Najbezpieczniej byłoby wybrać jakąś esencję, np. z liści herbacianych albo
mięty, albo jakiś olej, ale nie kwiatowy. Z pestek owoców drzew owocowych by
się nadał, jest najbardziej stabilny w połączeniu z wywarem roślinnym.
Dziewczyna notowała skrzętnie każde jego słowo. Gdy skończyła znów mu
podziękowała i zaczęła nalewać wody do kociołka, tym razem miedzianego.
Przyglądał się jak wyciska do wody sok z figi gdy nagle przypomniał sobie po co
tu przyszedł.
- Jest pani w domu sama, panno Granger?
- Tak, panie profesorze. Weasley’owie wybrali się na Pokątną po zakupy
szkolne.
- A ty z nimi nie poszłaś, bo…?
- Ja… nie miałam ochoty. – Jej głos wyraźnie spochmurniał.
- Kłopoty w raju? Czyżby młody pan Weasley nadepnął pani na odcisk? –
zapytał wścibsko, wyraźnie ucieszony, że znów może komuś podokuczać.
- Emm… Nie to… t-to. – jej głos zaczął niebezpiecznie drżeć i Severus
zaczął szybko żałować, że w ogóle poruszył ten temat. Dziewczyna
pociągnęła nosem i kontynuowała już trochę bardziej opanowana. – Dostałam dziś
list od moich rodziców.
- Fatalnie. Gdybym dostał list od swojej matki też bym się rozpłakał. –
spuentował wrednie. – To musiało być straszne doświadczenie… - dodał w udawanym
zamyśleniu.
Popatrzyła na niego dziwnie, ale kącik jej ust drgnął nieznacznie.
- Cóż, chyba trafił pan w samo sedno, panie profesorze.
Nie tego się spodziewał. Myślał, że Granger’ówna ma dobry kontakt ze swoimi
rodzicami.
- Czyli jednak kłopoty w raju?
Znowu zrobiła tę dziwna minę, wzruszyła ramionami.
- Na to wychodzi, panie profesorze. – wrzuciła do kociołka garść skrzydeł
motyli, zamieszała dwa razy i zabrała się za obieranie cytryny ze skóry. Przez
ten czas trwali w ciszy, lecz gdy Granger chwyciła za nóż i zaczęła zamaszyście
kroić cytrynę, z jej ust potoczyła się dalsza część historii. Severus nie
oponował. I tak musiał czekać na powrót młodego Weasley’a. Poza tym, był po
prostu ciekawy. – W te wakacje, pod koniec lipca mój ojciec musiał wyjechać i
matka powiedziała mi, że jedzie na jakiś tam Zjazd Dentystów, nieważne. Nie
było go, gdy nagle dostałam wezwanie na Grimmuald Place i nie mogłam się z nim
nawet pożegnać. A dzisiaj napisali mi, że jednak mnie okłamali i mój tata wcale
nie był na żadnym zjeździe, tylko od roku choruje na cholernego raka mózgu i
dwa tygodnie temu miał operację w jakiejś klinice i że żyje i wszystko jest w
porządku więc się cieszmy! A co! Przecież nie stało się nic złego, bo co się
mogło stać!? Co najwyżej mój tata BY UMARŁ! – z każdym słowem jej ton głosu się
podnosił a biedna cytryna została już skrojona na tak drobne kawałeczki, że sok
zaczął spływać ze stołu na podłogę. Dziewczyna zaśmiała się histerycznie a
potem zachlipała. – Zostałam okłamana w najgorszy, najbardziej chamski i
ordynarny sposób przez własnych rodziców. Czy może być coś gorszego?
Zgarnęła cytrynę ze stołu i wrzuciła ją do kociołka. Woda w kociołku
rozchlapała się wokoło. Mężczyzna się nie odzywał. Nie wiedział co mógłby powiedzieć.
Z drugiej strony czuł się dziwnie, jakby był w niewłaściwym miejscu o
niewłaściwym czasie. Nie zwykł prowadzić takich rozmów z innymi ludźmi, a tym
bardziej z uczennicami Gryffindoru. Owszem, czasami Ślizgonki lub Ślizgoni
przychodzili do niego ze swoimi problemami, ale to było co innego.
- Przepraszam. Zagalopowałam się. – wychrypiała, gdy cisza zaczęła się
przedłużać. Dorodne rumieńce przebijające się przez jej śniadą skórę wyraźnie
mówiły, jak bardzo jest zawstydzona swoim wybuchem.
Zdusił w sobie poczucie zażenowania i odezwał się cicho.
- Czasami najbliższe nam osoby są źródłem największego rozczarowania. – nie
miał zielonego pojęcia dlaczego właśnie TO powiedział. Słowa te wypłynęły z
jego ust samoistnie, niemal bez jego zgody. Mógł warknąć, żeby wzięła się w
garść. Albo skrytykować za mazanie się przez byle pierdołę. Teraz naprawdę
zrobiło się między nimi bardzo dziwnie, chociaż od początku ta rozmowa szła w
jakimś nierozsądnym kierunku. Zażenowanie można by było kroić nożem.
Na szczęście do uszu Severusa doszedł dźwięk z innej części domu i był to
niewątpliwie głos pani Weasley. Na Salazara, jestem uratowany.
Szybko ruszył do wyjścia i na odchodne warknął:
- Za mną. I nie maż się już. – po czym skierował się do kuchni.
___ ___ ___
To była niewątpliwie najdziwniejsza rozmowa w całym jej życiu. Co
cię durna podkusiło, żeby mu się żalić ze swoich marnych problemów?! Nie
widziała dlaczego powiedziała mu o rodzicach, ale dziwiło ją to, że w ogóle
pozwolił jej się unieść. Dał jej nieme przyzwolenie do wylanie swoich
frustracji i chyba w jakiś sposób była mu za to wdzięczna, bo z każdym słowem
pełnym żalu kamień na jej sercu ciążył coraz mniej. Najbardziej jednak zdziwiła
ją jego odpowiedź. Już słyszała w myślach „No i czego się mażesz, kretynko”, albo
„Weź się w garść i nie rycz z byle powodu” a tymczasem otrzymała coś, czego w
zasadzie nie potrafiła nawet sprecyzować. Od początku było niezręcznie, ale te
zdanie przelało czarę zażenowania. Całe szczęście, że Weasley’owie właśnie
wrócili. Inaczej musiałaby zapaść się pod ziemię. Zdjęła kociołek z ognia,
eliksir był dopiero w początkowej fazie więc mogła przerwać gotowanie bez
żadnych konsekwencji.
Ruszyła za swoim profesorem, który jak zwykle poruszał się z wielką gracją
powiewając za sobą swoim powłóczystym płaszczem. Szła w bezpiecznej odległości
w obawie, że mogłaby przydepnąć mu szatę. Kiedyś zdarzyło jej się nadepnąć na
płaszcz profesorki Vector, ale skończyło się tylko na potknięciu i wspólnym
śmiechu. Snape z pewnością obdarłby ją ze skóry. Weszła do kuchni w momencie,
gdy Ron właśnie przechodził przez kominek i zielone płomienie zatańczyły za
nim. Taszczył ze sobą sporą kupkę książek i innych pakunków. Za nim zjawiła się
Ginny, która trzymała w ręce nową miotłę i to nie byle jaką, ale Nimbusa 2000.
Co prawda nie był to najnowszy model, ale na pewno był o wiele lepszy od jej
starej Komety 180. Na widok Snape’a stanęli jak wryci.
Molly już zdążyła powitać się z profesorem wylewnie i zasypywała go
propozycjami poczęstunku.
- Herbatki, kawki, a może coś mocniejszego Severusie? Jesteś jakiś blady
dzisiaj. Znaczy, bardziej blady niż zazwyczaj – zachichotała, ale nie dała mu
dojść do głosu. – Naleję ci trochę szkockiej. Arturze, też się napijesz?
- Chętnie moja droga. Chętnie. Zakupy całkowicie odebrały mi siły. – usiadł
naprzeciw Snape’a. – Dzieciaki odnieście rzeczy do swoich pokoi. Co cię do nas
sprowadza, Severusie?
- Sprawy szkoły. Z polecenia Dumbledore’a mam dostarczyć listy pannie
Granger i twojemu najmłodszemu synowi.
Molly gdy tylko o tym usłyszała, kazała się Ronowi jak najszybciej zawrócić
do kuchni.
- Na dół! ALE JUŻ! – krzyknęła ile miała sił w płucach na co Snape, pan
Weasley i Hermiona skrzywili się przeraźliwie. Pani Weasley postawiła przed
mężczyznami dwie szklaneczki z alkoholem a sobie i Hermionie nalała soku
pomarańczowego. Nie był to dobry wybór, bo dziewczyna wciąż była na lekkim kacu
i sok pomarańczowy nie kojarzył jej się zbyt przyjemnie. Ron pojawił się z
powrotem w kuchni cały zdyszany.
- Coś się stało?! – zapytał, próbując złapać oddech,
- Profesor Snape ma coś dla ciebie i Hermiony. – powiedziała zacierając
ręce a oczy pojaśniały jej od podekscytowania. Hermiona nie do końca rozumiała
co się dzieje i co tak bardzo ekscytowało tę kobietę. Ale gdy Snape wyjął zza
pazuchy dwie brązowe koperty, na których od razu rozpoznała zielony Hogwardzki
atrament, do jej umysłu spłynęło zrozumienie. Ron potrzebował chyba trochę więcej
czasu.
- Co to? – zapytał.
- List, matole. – warknął profesor i zarobił groźnie spojrzenie Artura
Weasley’a. – Przeczytaj to się dowiesz.
Ron usiadł przy stole i przyjął od Snape’a kopertę. Hermiona wzięła drugą
kopertę z jego dłoni, uważając by przypadkiem nie dotknąć nauczyciela opuszkami
palców. Dość już przeżyła zażenowania jak na jeden dzień.
Po raz drugi tego dnia otwierała kopertę, ale teraz była chociaż świadoma
tego, co znajdzie w środku, i że będą to miłe wiadomości. Wyjęła ze środka
krótki list oraz niewielką plakietkę z herbem Gryffindoru i literką „P” na
środku.
Szanowna Panno Granger,
Z radością pragnę powiadomić Panią, że została Pani wybrana na Prefekczynię
Gryffindoru na rok akademicki 1996/1997.
Wszelkie obowiązki, prawa i przywileje zostaną Pani przybliżone przez
przedstawiciela szkoły. Życzę powodzenia na nowym stanowisku.
Albus Dumbledore,
Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa
Hogwart
Wzięła do ręki plakietkę i obróciła nią w dłoniach. Uśmiechnęła się do
siebie. W głębi duszy wiedziała, że zasłużyła na nią jak nikt inny. Nieskromnie
mówiąc była najlepsza na roku, ciągle pomagała przyjaciołom i robiła wiele
dobrego dla szkoły. Obawiała się, że być może częste wpadanie w tarapaty
zdyskwalifikuje ją z ubiegania się po odznakę, ale jak widać, myliła się.
- Już się napatrzyliście? – przemyślenia przerwał wyżej wymieniony
przedstawiciel szkoły, który zdążył już wypić swój alkohol. – No to teraz
słuchać mnie uważnie. To, że jesteście teraz prefektami nie znaczy, że możecie
się nosić po szkole jak Szychy Wizengamotu. Obowiązują was wciąż takie same
zasady jak resztę szkoły. Macie za to więcej obowiązków. Po pierwsze, to wy
informujecie uczniów waszego domu o planach zajęć, zmianach haseł, wypadach do
Hogsmeade i wszelkich innych wydarzeniach szkolnych. Jeżeli zmieni się godzina
obiadów w Wielkiej Sali – jesteście pierwsi, którzy informują o tym resztę. Czy
to jasne? – pokiwali głową na zgodę. – Po drugie, otaczacie szczególną opieką
tę bandę rozszalałych małpiszonów, jaką są pierwszoroczniacy. Pierwszego dnia
prowadzicie ich do dormitorium, pokazujecie plan szkoły, tłumaczycie jak dojść
na zajęcia i odpowiadacie na wszystkie durnowate pytania jakie wam zadadzą, a
zadadzą ich wiele. W pociągu, podczas zajęć oraz w przerwach między zajęciami
obserwujecie swoje otoczenie i interweniujecie na wszelkie próby złamania
regulaminu. Możecie odejmować punkty, ale z rozsądkiem i sprawiedliwie. – to
mówiąc posłał kpiące spojrzenie do Ronalda. – Przy poważniejszych wykroczeniach
prowadzicie przyłapanych uczniów do ich opiekunów, czyli do mnie, do profesor
McGonagall, profesor Sprout lub profesora Flitwicka. Dodatkowo od teraz macie
wiedzę co do tego, gdzie znajduje się gabinet dyrektora. – Ron i Hermiona
wymienili podekscytowane spojrzenia. – Gabinet jest umiejscowiony na drugim
piętrze na końcu korytarza. Wejście strzeżone jest przez gargulca, któremu
podajecie hasło i który odsłania wam schody prowadzące do gabinetu. Nie wiem po
co wam to mówię, wasza dwójka na pewno była w nim nie raz. Hasło dostaniecie we
wrześniu. Raz w miesiącu macie obowiązek uczestniczyć w zebraniach grona
akademickiego. Są na nim obecni nauczyciele, wszyscy prefekci domów oraz
prefekci naczelni. Nie muszę wam chyba mówić, że jako prefekci, musicie
zachowywać się nienagannie, wyglądać zawsze schludnie i swoim zachowaniem oraz
wynikami w nauce dawać przykład innym uczniom. – znów sceptycznie zerknął na
Rona. – To wszystko. Jakieś pytania? – to był błąd. Ręka Hermiony wyskoczyła w
górę jak strzała. Zrezygnowany wskazał dłonią by mówiła.
- Kim jest reszta prefektów? Czy musimy się kontaktować jakoś z prefektami
naczelnymi? A co z patrolowaniem korytarzy? Czy…
- Dosyć. – przerwał jej. – Reszta prefektów nie powinna panią obchodzić,
poza tym dowiesz się już w szkole kto jeszcze został wybrany. Prefekci naczelni
mają swoje obowiązki, aczkolwiek dobrze byłoby być z nimi w przyjaznych
stosunkach, bo w przeciwieństwie do was, oni mogą przydzielać również szlabany
a także karać punktami innych prefektów. Również patrolowanie korytarzy należy
do obowiązków prefektów naczelnych.
- Dziękuję, panie profesorze.
- Jeżeli to wszystko, żegnam.
Podał rękę Arturowi i skinął Molly po czy szybko wymaszerował z kuchni.
Gdy zniknął już z pola widzenia Hermiona pozwoliła sobie na atak szczęścia.
Wyrzuciła do góry ręce i krzyknęła „TAK!” a potem pogratulowała Ronowi i
uściskała go radośnie. Pani Weasley była bardziej niż zachwycona. Rozpłakała
się i zaczęła miażdżyć Hermionę i Rona w swoich uściskach i rozpływała się nad
tym, jak wspaniale jest mieć trzecie dziecko w rodzinie, które zostało
prefektem. Przez resztę wakacji nosiła głowę bardzo dumnie i otaczała Rona
największą troską, co budziło w bliźniakach i Ginny lekką zazdrość. Bezlitośnie
dokuczali Ronowi przy każdej możliwej okazji.
Ze złego humoru dziewczyny nie pozostał nawet ślad. Zrobiło jej się dziwnie
na sercu, gdy musiała przyznać, że osobą, która poprawiła jej dziś nastrój w
laboratorium i była posłańcem dobrej nowiny był nie kto inny, tylko wredny
Nietoperz z Lochów. Cóż… los czasami płata dziwne figle.
Resztę popołudnia spędziła w laboratorium kończąc przygotowywać szampon dla
Ginny. Wyszorowała również do czysta diamentowy kociołek, po czym odstawiła go
na bok. Zanim przyszedł Snape, kilkakrotnie udało jej się już przypalić
miksturę, którą musiała wylać do zlewu, ale nie miała pojęcia dlaczego tak się
działo. Teraz wiedziała i zdała sobie sprawę, że nie jest to sprzęt dla niej,
skoro nawet najprostszy wywar wymykał jej się spod kontroli. Wpakowała go do
tekturowego pudełka i wyniosła do swojego pokoju. Być może kiedyś będzie
gotowa, by go użyć.
Tymczasem powoli robił się wieczór więc zeszła na dół spodziewając się
kolacji, ale gdy stanęła w drzwiach, zamarła na widok znajomych czarnych
włosów, których właściciel siedział przy stole i jak gdyby nic pił herbatę z
panem Weasleyem. Gdy się odwrócił jego oczy zajaśniały radością i uśmiechnął
się do niej promiennie.
- Witaj Hermiono!
Hej! Dzisiejszy rozdział trochę bardziej opisem, niż dialogiem stoi, ale
mam nadzieję, że przyjemnie Wam się czytało. Zachęcam do zostawiania
komentarzy, to naprawdę motywujące, gdy znam Waszą opinię :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz