"Nadmierna szczerość to nagły spadek notowań u
innych, nie wie pan?"
Mariusz Szczygieł "Nie ma"
- Witaj Hermiono!
Wypuściła ze świstem powietrze i przebiegła przez całe
pomieszczenie by chwilę później zgnieść chłopaka w swoim niedźwiedzim uścisku.
Przytulała go całą sobą, mimo, że krzesło, na którym siedział, znacznie
utrudniało jej ruchy. Odsunęła się na długość ramion i popatrzyła w jego
niezwykłe, zielone źrenice.
- Harry! – powiedziała z radością, a wszelka tęsknota
za przyjacielem wyparowała w momencie, gdy tylko go ujrzała. Znów chciała go
uściskać, ale chłopak zrobił dziwny ruch oczami i dziewczyna zaintrygowana
obróciła się w stronę, która wskazywał.
W progu stał profesor Dumbledore w towarzystwie profesora Snape’a. Ten pierwszy patrzył z rozczuleniem na scenę, której przed chwilą był świadkiem. Drugi ostentacyjnie spoglądał w okno, udając, że ignoruje wszystkich obecnych w pomieszczeniu ludzi. Tylko nerwowe drganie jego powieki mówiło Hermionie, że prawdopodobnie jest na skraju wytrzymałości psychicznej i najchętniej odjąłby im punkty za nadmierne rozczulenie, które jak wszyscy dobrze wiemy, jest obrzydliwie patetyczne i w ogóle, po prostu obrzydliwe.
Gryfonka nie spodziewała się obecności dyrektora o tej porze na Grimmauld Place. Dygnęła, lekko zmieszana faktem, że obaj nauczyciele byli świadkami tej sceny.
- Dobry wieczór, sir. Dobry wieczór, profesorze Snape.
– kiwnęła głową do obu panów.
- Ach, panna Granger! Właśnie podziwiałem pani dzieło.
Świetnie się pani spisała, mieszkanie wygląda jeszcze lepiej, niż za czasów
jego największej świetności.
- Dziękuję, sir. – policzki dziewczyny pokryły
szkarłatne rumieńce.
- Profesor Snape właśnie oprowadzał mnie po
laboratorium. Naprawdę imponujące. Czy to pani je znalazła?
- Tak, sir. Podczas sprzątania.
- Doskonale. Naprawdę świetnie się składa. Akurat było
nam potrzebne dodatkowe laboratorium poza terenem Hogwartu. Zakon jest ci
niezwykle wdzięczny za to odkrycie.
Hermiona nie wiedziała, gdzie podziać oczy. Lubiła
wiedzieć i dostawać dobre stopnie. Schlebiało jej, gdy nauczyciele chwalili ją
za rozległą wiedzę albo doskonale wykonane zadanie. Jednak pochwały z ust
samego dyrektora - z ust Dumbledore’a!, płoszyły ją jak drobny szmer mógłby
spłoszyć mała dziką sarenkę w lesie. Wpatrywała się więc w podłogę, lecz gdy
dyrektor skończył mówić podniosła nieśmiało wzrok i zobaczyła, że ten uśmiecha
się do niej dobrotliwie. Jego błękitne oczy lśniły czystą dobrocią co dodało
dziewczynie otuchy. Odwzajemniła jego uśmiech.
- Doskonale, doskonale. – mruczał dyrektor do siebie
rozglądając się z podziwem po kuchni, kręcąc z niedowierzaniem głową. Po chwili
obrócił się do czarnowłosego mężczyzny, który nadal uparcie wpatrywał się w
nudny widok za oknem. – Severusie, na nas chyba pora. – Te zdanie od razu
ożywiło Mistrza Eliksirów. – Tymczasem, panno Granger. Chciałbym pani
pogratulować posady prefekczyni. Idealnie się pani nadaje. I dziękuję za
przyjęcie mojej propozycji dotyczącej Sami-Wiemy-Czego.
- Sir, to ja dziękuję za propozycję. Jestem
zaszczycona. – jeszcze raz dygnęła w wyrazie największego szacunku.
- Albusie. Idźmy już, błagam. – do rozmowy wtrącił się
Snape.
- Tak, tak. Już idziemy, idziemy. Do widzenia,
młodzieży. Harry, pamiętaj co ci mówiłem. – wskazał na niego palcem unosząc
poważnie brew, potem jednak jego twarz się rozchmurzyła i puścił uczniom oczko.
– Korzystajcie z resztek wakacji. Arturze, odprowadzisz nas?
- Ależ oczywiście, Albusie. Na pewno nie chcesz zostać
na herbatę i ciastko? Molly upiekła dzisiaj… - ich rozmowa cichła gdy kierowali
się w stronę drzwi wyjściowych.
Dziewczyna patrzyła jak trzej mężczyźni oddalają się i
znikają za schodami. Sami-Wiemy-Czego… Najwyraźniej Dumbledore nie chce,
żeby Harry wiedział, że jestem w Zakonie. Dobrze, że zdecydowałam się nikomu
nie mówić.
- Hermiona? Słuchasz mnie?
Harry mówił coś do niej, lecz w zamyśleniu przestała
go słyszeć. Dopiero gdy ten dotknął lekko jej ramienia, powróciła do
rzeczywistości. Odwróciła głowę w jego stronę i zobaczyła, że wyglądał na
zmartwionego.
- Miona, coś się stało?
Pokręciła przecząco głową a następnie potrząsnęła nią
gwałtownie, żeby strzepnąć resztki myśli, które wciąż krążyły jej po głowie.
Zerknęła na niego niewinnie i uśmiechnęła się szeroko.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Powtórzysz?
- Jasne. Mówiłem, że tęskniłem.
Patrzyli sobie ciepło w oczy.
- Ja też. Bardzo. Cieszę się, że wreszcie do nas
dołączyłeś.
- Wreszcie? To od kiedy ty tu jesteś?
- Od początku sierpnia. Dumbledore…
Nie dane jej było dokończyć, bo wyraz twarzy jej
przyjaciela gwałtownie się zmienił. Patrzył na nią z niedowierzaniem połączonym
ze złością.
- Słucham?! Od początku sierpnia?!
Hermiona speszyła się i przymknęła powieki oczekując
na kolejny wybuch złości Harrego, ale nic takiego nie nastąpiło. Wręcz
przeciwnie, zaległa głucha cisza. Dziewczyna otworzyła oczy i zauważyła w
drzwiach Ginny, która wyraźnie była zaskoczona nagłym przyjazdem Harrego
Pottera. Przez chwile oboje patrzyli na siebie w napięciu, a potem Ginny
puściła się biegiem, żeby radośnie uściskać Wybrańca, tak jak wcześniej zrobiła
to Hermiona.
- Harry! Wróciłeś! – krzyknęła, odsuwając się od
niego. – Kiedy?
- Parę minut temu. – Gdy pojawiła się Ginny, jego
nastrój znacznie się poprawił. Zaraz potem do kuchni wkroczył Ron, który
również bardzo się ucieszył. Hermiona zauważyła, że przywitanie między Harrym i
Ginny było bardzo ciepłe i zaczęła snuć pewnee podejrzenia, że między tą dwójką
jest coś na rzeczy. Ron również podążał podobnym tokiem myślenia, bo pomimo
radości z ujrzenia przyjaciela, co chwile zerkał podejrzliwie a to na Harrego,
a to na swoją siostrę.
Całą czwórką wybrali się do pokoju Rona, a Harry co
chwilę prawił dziewczynom komplementy w związku z odnowionym domem. Po śmierci
Syriusza to Harry stał się prawowitym właścicielem kamienicy i de facto Kwatera
Główna była jego własnością. Tym bardziej był wdzięczny przyjaciółkom, że
zrobiły wszystko co w ich mocy, żeby było to przytulne i magiczne miejsce, a
nie jak dotychczas – obskurne i zatęchłe.
Jednak gdy znaleźli się w sypialni nastrój od razu
poszybował w dół. Harry usiadł na swoim łóżku i popatrzył na nich z wyrzutem.
- Harry… - zaczęła delikatnie Hermiona, ale
natychmiast jej przerwano.
- Dlaczego żadne z was nie odezwało się do mnie nawet
słowem przez całe wakacje?! – Skierował swój wzrok na Rona. – Umierałem ze
strachu i niepewności czy wszystko z wami w porządku po pożarze. Bałem się… -
jego głos zaczął się załamywać. – Martwiłem się o wasze zdrowie i życie a
tymczasem z chwilą gdy przekroczyłem znów próg domu Dursley’ów zostałem odcięty
od jakichkolwiek wiadomości.
- Dumbledore… - Hermiona chciała mu przerwać, żeby móc
wytłumaczyć siebie i przyjaciół.
- Dumbledore mnie nie interesuje! On ma mnie gdzieś
więc i ja będę miał go gdzieś! Siedzisz tu Hermiono od sierpnia a ja gniłem w
Privet Drive praktycznie przez całe wakacje. A przecież to ja Go widziałem w
Ministerstwie. Rozmawiałem z nim. Dlaczego nikt się tym nie zainteresował?! To
ja widziałem jak się odrodził, widziałem śmierć Cedrika i śmierć Syriusza. – wymawiając imię Syriusza przez jego twarz
przemknął cień bólu i tęsknoty. Patrzył na Hermionę wyzywająco.
- O czym mówił Dumbledore w kuchni? – zapytał ostro.
- Nie rozumiem?
- Mówił „Dziękuję za przyjęcie mojej propozycji
dotyczącej Sami-Wiemy-Czego”. Co miał na myśli?
Wszystkie głowy zwróciły się w stronę Hermiony.
Poczuła się zagrożona. Na nic w świecie nie mogła zdradzić, że została przyjęta
do Zakonu. Znała Harrego. Wiedziała, że nie zniósłby tego. Przełknęła głośno
ślinę próbując szybko wymyśleć cokolwiek sensownego. Serce kołatało jej w
piersi i nie była w stanie tego ukryć. Przeleciała we wspomnieniach wydarzenia
z dzisiejszego dnia mając nadzieję, że jej umysł mimowolnie podsunie jej jakiś
pomysł.
- Profesor Dumbledore chciał, żebym… em… znów używała
w tym roku Zmieniacza Czasu w celu… eee… dla celów Zakonu… chyba dla Zakonu
znaczy się.
Z trudem wyjąkała tą marną próbę usprawiedliwienia się.
Od razu poczuła okropne poczucie winy. Nienawidziła kłamać a oszukiwanie
bliskich było w jej mniemaniu jedną z najgorszych rzeczy jakie można zrobić.
Sama doświadczyła tego dzisiejszego ranka wraz z listem od rodziców.
- Jesteś w Zakonie?! – wykrzyknął Ron.
- Co?! Nie! – jej głos przerodził się niemal w pisk. -
Po prostu… - zaczerpnęła głęboko powietrza. – Dumbledore poprosił mnie o przysługę.
Tyle. Czy to koniec przesłuchania?
Ron i Ginny wydawali się być w miarę udobruchani, ale
Harry nie zamierzał jej odpuszczać.
- Nie. Co to za przysługa?
- Jeszcze nie wiem do końca. Wiem tylko, że mam używać
Zmieniacza Czasu i prosił mnie, żebym się do tego przygotowała psychicznie.
Chłopak obserwował ją przez chwilę jakby oceniając czy
to co mówiła było prawdą. Widocznie uznał, że tak, bo porzucił ten temat.
Ron opowiedział mu ze wszystkimi szczegółami o tym,
czego dowiedzieli się podsłuchując ostatnie zebranie Zakonu.
- Nadal nie wierzę, że Snape jest w Zakonie. Przecież
jest parszywym śmierciożercą! – wykrzyknął Harry, gdy Ron skończył opowiadać.
- Dla mnie to wszystko jest strasznie podejrzane. –
potaknęła mu Ginny.
- Dumbledore mu ufa. – zaprzeczyła Hermiona. – My też
powinniśmy.
- Dumbledore może się mylić. – warknął Wybraniec.
- Wątpię, czy Dumbledore może sobie teraz pozwolić na
takie pomyłki. Nie znamy wszystkich faktów i myślę, że rozmawiamy teraz o
sprawach, o których nie mamy zielonego pojęcia. – Hermiona zaczęła się
rozkręcać w swoim monologu. Zawsze gdy była zdenerwowana mówiła więcej, niż
było to potrzebne. Chodziła przy tym po pokoju, gestykulowała żywo i posyłała
wszystkim naokoło znaczące, karcące spojrzenia. – Znacie moje zdanie na ten
temat. Dopóki Dumbledore stoi za Snape’em, to ja również będę. Dziwię się, że
tak szybko poddajecie w wątpliwość pobudki dyrektora. Wszystko co dotychczas
robił, robił w Twoim interesie, Harry. I w interesie wygrania wojny z
Voldemortem. Jeżeli Snape ma nam w tym pomóc to nie interesuje mnie, że jest
śmierciożercą i prawdopodobnie najokropniejszą osobą jaką poznałam w całym swoim
życiu. Jest szpiegiem i jest po naszej stronie czy ci się to podoba czy nie.
Pogódź się z tym.
Obecni w pokoju utkwili w niej swoje spojrzenia.
Wszyscy wyglądali, jakby właśnie trafił w nich piorun. Ron westchnął ciężko i
niepewnie zerknął na Harrego.
- Ciężko jest mi się z tym zgodzić. Przecież to Snape!
– wyrzucił do góry ręce, które zaraz opadły mi wzdłuż ramion. Opuścił głowę i
przez chwilę gapił się na centkowany dywan.– Ale myślę, że Hermiona ma rację.
Powinniśmy dać mu szansę.
- Zwariowałeś?! – krzyknął Harry.
- Słuchaj, stary. Nie musimy od razu go lubić. Uważam,
że to jest nawet niewykonalne. Po prostu dajmy mu malutki kredyt zaufania.
Będziemy go obserwować w szkole i podsłuchiwać na zebraniach jak tylko będziemy
mieli okazję. Jeżeli znajdziemy dowód na jego zdradę, jestem gotów zwrócić
honor i przyznać ci rację.
- Niewinny, dopóki nie ma dowodów. – powiedziała
głucho Hermiona, cytując słowa Dumbledore’a z drugiego roku, gdy posądzono
Harrego o petryfikację kotki Norris.
- Ginny. – zwrócił się do niej czarnowłosy. – Też tak
uważasz?
Dziewczyna wyglądała na rozstrojoną. Hermiona
uśmiechnęła się drwiąco do siebie w myślach, bo właśnie dostała potwierdzenie
swoich przypuszczeń co do uczuć Ginny wobec Harrego. Rudowłosa rzuciła okiem na
Hermionę i zrozumiała, jaką decyzję powinna podjąć.
- Tak. Zgadzam się z Hermioną i Ronem.
Harry wyglądał, jakby miało go rozsadzić ze złości.
- Ogh. – prychnął. - Jak zwykle nikt się ze mną nie
zgadza. Obawiam się, że już niedługo przyznacie mi rację.
Ginny zwiesiła głowę.
- Słuchajcie, może zmienimy temat? – zapytał Ron,
który wyglądał już na zmęczonego kłótnią. – Zanim przyjechałeś stwierdziliśmy,
że zaczekamy na ciebie z opowiadaniem historii z naszych wakacji. Może teraz to
nadrobimy?
Harry popatrzył na niego w napięciu ale po chwili
rozluźnił się. Cała czwórka z ulgą usiadła w kółku na dywanie.
- Dobry pomysł. Ale ja akurat nie mam za dużo do
opowiedzenia.
- Daj spokój, na pewno świetnie bawiłeś się z
Dursley’ami! – zadrwiła Ginny.
- Ha-ha, bardzo śmieszne. Na początku było źle, nawet
bardzo, ale jak już przetrawiłem śmierć Syriusza trochę się poprawiło. Nie
siedziałem z Dursley’ami za dużo. Jeździłem pociągami po Londynie i okolicach.
- Żartujesz!
- Nie, naprawdę. Spodobało mi się, mogłem obserwować
ludzi i pomagało mi się to oderwać od rzeczywistości. Udawałem, że jestem kimś
innym i było super.
- HA-rry! To było niebezpieczne! – wtrąciła Hermiona,
która nie mogła uwierzyć, że jej przyjaciel, na którego polują śmierciożercy,
ot tak jeździł sobie pociągiem po Londynie.
- Oh, przymknij się Mionka. – powiedział Ron, ale bez
złośliwości w głosie. – Powiedz mi ile razy my robiliśmy coś co byłoby
bezpieczne?
Ginny roześmiała się. Hermiona przewróciła oczami.
- No właśnie. – ciągnął dalej Ron. - Stary, nie
nudziło ci się takie jeżdżenie codziennie? Pewnie znasz już miasto na pamięć.
Harry posłał im tajemniczy uśmiech.
- Taka jedna dziewczyna codziennie wracała z pracy ze
stacji Waterloo i raz przysiadłem się do niej a później rozmawialiśmy dosyć często.
Nawet kilka razy zaprosiła mnie do siebie. – po tych słowach posłał im
jednoznaczne oczko.
- O cholera! – skwitował Ron w dobrze wszystkim znany
sposób. – Ładna chociaż? – tym pytaniem zarobił miażdżące spojrzenia od
dziewcząt.
- Śliczna. Trochę o jaśniejszym odcieniu skóry niż
Mionka, ale miała przy tym cudowne, niebieskie oczy. Nigdy nie widziałem
czarnoskórej osoby z tak intensywnie niebieskimi oczami! Nazywa się Miriam.
Niestety Dumbledore ze Snape’em odebrali mnie z Privet Drive tak nagle, że nawet
nie miałem jak dać jej znać, że prawdopodobnie się więcej nie zobaczymy. Teraz
pewnie pomyśli sobie o mnie najgorsze rzeczy.
Ginny słuchała tego z nietęgą miną, co próbowała ukryć
w wymuszonym uśmiechu. Nie chciała więcej słuchać o pięknookiej Miriam, więc
skierowała uwagę na Hermionę.
- Hermiona też kogoś poznała! – powiedziała melodyjnie
przeciągając ostatnie głoski.
- Ginny!
- No co?! Nie wyprzesz się!
Hermiona popatrzyła na przyjaciółkę wzrokiem
bazyliszka.
- No Hermiona, opowiadaj! – zachęcił ją Harry. Teraz z
kolei Ron wstrzymał oddech na dłużej, niż było to konieczne. Hermiona
westchnęła,
- Nie ma o czym mówić, taki tam jeden. Nic
specjalnego.
- Nieprawda! – zaperzyła się Ginny. – Jesteście sobie
przeznaczeni!
- Co? Jak to? – dopytywał Harry, który był
autentycznie zainteresowany.
- Jejku, ale jesteście upierdliwi! Pamiętajcie, że
ciekawość to pierwszy stopień do piekła. – zamachnęła różdżką i spod łóżka Rona
wyleciały ku nim cztery butelki kremowego piwa.
- Ej! Jak ty to…?! – zawołał zszokowany Ron.
- Widziałem jak zachachmęciłeś cztery butelki z kuchni
wczoraj wieczorem. Domyślałam się, że są u Ciebie w pokoju. A Accio przywoła
wszystko, nieważne czy wiem gdzie dokładnie to się znajduje czy nie.
Szybko podała każdemu po butelce i otworzyła je
kolejnym machnięciem różdżki.
- Dobra, teraz mogę opowiadać. – zaczęła, gdy upiła
trochę napoju. – Rodzice zorganizowali w tym roku naprawdę napięty plan wakacyjny.
Na początku wyjechaliśmy do Grecji, na Santorini. Byliśmy tam przez tydzień.
Zwiedzaliśmy wyspę, jedliśmy pyszne jedzenie. Muszę wam przyznać, że Grecja to
prawdziwy raj dla wegetarian. Jedzenie było cu-do-wne! Przez większość czasu
wylegiwaliśmy się na plaży w pobliżu naszego domku i jednego dnia zauważyłam,
że dwa hamaki obok leży jakiś chłopak mniej więcej w moim wieku. Miał króciutkie
brązowe włosy, był dosyć opalony. Czytał „Braci Karamazow” Dostojewskiego, więc
od razu zwrócił moją uwagę. Nie mogłam się powstrzymać. Rzadko widuję chłopaków
czytających książki. – Tu posłała chłopcom pełne rozczarowania spojrzenie. – A
tym bardziej taką klasykę literatury. No więc. – Kolejny łyk piwa. – Podeszłam
do niego i zagadałam. Przedstawił się jako Jacob Morrison, ma dwadzieścia lat,
pochodzi z Ameryki, z Florydy. Gadaliśmy o książkach i o wakacjach w Grecji i
na inne nic nie znaczące tematy. Było miło. To był mój ostatni dzień tam i
następnego dnia rano wylecieliśmy do Afryki do Zimbabwe oglądać Wodospad
Wiktorii i ruiny starych cywilizacji. Ależ tam była nieziemsko magiczna
atmosfera! – wykrzyknęła. - Poważnie, czułam magię w powietrzu. Na pewno kiedyś
tam wrócę, żeby dokładnie zbadać te ruiny. Mam podejrzenia, że są sam zakopane
jakieś potężne, magiczne artefakty. Tak więc byłam tak podniecona magicznymi
ruinami, że zdążyłam już zapomnieć o czytającym chłopaku. Ale sam mi się
przypomniał, gdy w następnym tygodniu polecieliśmy do Parku Narodowego
Serengeti w Kenii na safari i całkiem przypadkiem on też akurat tam był! Razem
z jego rodziną trafiliśmy do jednej grupy zwiedzających. Wtedy miałam okazje
poznać go trochę bliżej. Okazało się, że jesteśmy do siebie bardzo podobni,
mamy zbliżone upodobania i poglądy na różne sprawy. Wyznał mi, że razem z wujostwem
robią wycieczkę dookoła świata. Spytałam się go wtedy, gdzie jest ich następny
przystanek, ale odpowiedział, że nie będzie zdradzał i jeżeli znów się spotkamy
to uzna to za przeznaczenie. Był naprawdę niesamowity z tymi swoimi żarcikami!
Miał naprawdę cięty język. Przez połowę drogi ostentacyjnie podrywał
przewodniczkę, - zachichotała. - która czerwoniła się jak piwonia. Bawiłam się
świetnie. I safari również było cudowne. Przejeżdżaliśmy dosłownie jakieś 5
metrów od stada słoni. Niesamowite! – Hermiona dokończyła swoje piwo i
odstawiła pustą butelkę obok kolana.
- Po safari spędziliśmy z rodzicami jeszcze kilka dni w
Kenii, głownie zwiedzaliśmy zabytki i podziwialiśmy krajobrazy. Jacoba nie
spotkałam. Potem polecieliśmy do Maroko, do Casablanci. Stamtąd pochodzą moi
pradziadkowie od strony mamy, Afiya i Omir. Zwiedzaliśmy miasto i świątynie i
widzieliśmy miejsce, w którym kiedyś stał ich dom. Teraz jest tam centrum
handlowe. Tam też nie było tego chłopaka i pamiętam, że bardzo mi ulżyło.
Pomyślałam wtedy, że byłoby naprawdę dziwnie, gdybyśmy spotkali się po raz
kolejny. Wakacje chcieliśmy zakończyć pobytem we Francji, w mieście Grenoble.
Przez wiele lat mieszkała tam moja babka Samira, córka Afiyi i Omira, która
wyszła za mojego dziadka Jeana Lavoisiera, który był Francuzem i przeprowadziła
się z nim do Francji. Co prawda później mieszkali wiele lat w Londynie, ale po śmierci
dziadka babcia znów wróciła do Grenoble. Gdy byłam dzieckiem przyjeżdżałam do
niej co roku na wakacje. Do czasu, aż mama pokłóciła się z babcią i już później
nie mogłam jej odwiedzać. Ostatni raz byłam u niej w 1989. Dziadek zmarł młodo,
nigdy go nie poznałam, ale babcia dożyła sędziwego wieku. Miała na obrzeżach
miasteczka działeczkę z cudownym zielnym ogrodem i śliczny murowany domek z
drewnianym tarasem. A stamtąd był niesamowity widok na góry. Zawsze świeciło
tam słońce. Najpiękniejsze wspominania z dzieciństwa. – Wszyscy słuchali z
zapartym tchem jej opowieści. Rzadko mówiła o swojej rodzinie, teraz mogli
dowiedzieć o niej czegoś więcej. – Ale po śmierci babki w 1993 roku działkę
dostał w spadku ktoś z rodziny dziadka i teraz mieszka tam ktoś inny.
Zaglądaliśmy przez płot z rodzicami. Ogród i sad zostały wykarczowane i dom wyglądał
na opuszczony. Było mi przykro, ale zachowałam cudowne wspomnienia i musi mi to
wystarczyć.
- Grenoble leży w kotlinie górskiej, więc dużo spacerowaliśmy
po okolicach i oglądaliśmy przepiękne pasma górskie Vercors i Chartreuse.
Jednego dnia postanowiliśmy pojechać na dalszą wycieczkę do miejscowości Les
Houches, żeby zobaczyć z bliska Mont Blanc. No i jak nietrudno zgadnąć
spotkaliśmy tam Jacoba z wujostwem. Mieli tam wynajęty domek i zaproponowali
nam, żebyśmy nie wracali na noc do Grenoble, tylko przenocowali się w ich
domku. Jacob od razu gdy mnie zobaczył wspomniał, że jesteśmy sobie
przeznaczeni, albo po prostu mamy bardzo dziwne szczęście spotykać się w różnych
częściach świata. Zostałam wtedy zaproszona przez niego na randkę i spędziłam
bardzo miły wieczór w eleganckiej restauracji z widokiem na Mount Blanc a
później odprowadził mnie za ręce do domku i… eee… pocałowaliśmy się. No i tyle.
– Zakończyła szybko opowieść zanim zdążyła powiedzieć coś, czego by później
żałowała. – Więcej już się nie zobaczyliśmy. Nigdy nie pomyśleliśmy nawet, żeby
podać sobie nawzajem swoje adresy, a on nawet nie zna mojego nazwiska, bo nigdy
o nie nie zapytał. Może kiedyś jeszcze się spotkamy, ale zaliczam to raczej do
wakacyjnej przygody, niż czegoś poważniejszego. Następnego dnia mieliśmy
samolot do Londynu a dzień po przylocie do Anglii dostałam list od
Dumbledore’a, żebym stawiła się w Grimmauld Place, gdzie dotarłam trzy dni
później, czyli 2 sierpnia. Koniec mojej opowieści.
Oczywiście nie było do końca tak, jak Hermiona
opowiedziała przyjaciołom. Pierwszy pocałunek między tą dwójką nastąpił już w
Kenii, gdy żegnali się po zakończeniu safari i Jacob zażartował o przeznaczeniu.
Skradł jej wtedy niewinnego buziaka i powiedział, że nawet jeżeli więcej się
już nie spotkają to będzie o niej pamiętał. Ale gdy spotkali się w Les Houches
sprawy obrały taki kierunek, że oboje spędzili ze sobą nie tylko przyjemny
wieczór w restauracji, ale również obudzili się swoich objęciach nad ranem. Dla
Hermiony był to nowy etap w jej życiu. Miała prawie siedemnaście lat i Jacob
był jej pierwszym mężczyzną. Nie wiedziała do końca czego się spodziewać, ale
Jacob był dla niej niezwykle delikatny i czuły. Poczuła ból przy pierwszym
zbliżeniu, ale został on szybko zastąpiony gorącymi pocałunkami i cudowną
bliskością drugiej osoby. Chociaż oboje byli nieco skrępowani, było im
przyjemnie i wiedzieli, że nie ma w tym większego uczucia, a obojgu chodziło po
prostu o ową przyjemność i wspomnienia o niezwykłej wakacyjnej miłości. Gdy nad
ranem wstała, żeby po cichu przedostać się do swojego pokoju zanim wstaną
rodzice, Jacob wyszeptał jej do ucha, że muszą powtórzyć to, jeżeli ponownie
się spotkają. Ale tego nie mogła powiedzieć Ronowi, więc skróciła historię o tę
część. I bez tego, gdy Ron usłyszał o pocałunku zaczerwienił się aż po cebulki
włosów i zwiesił ponuro głowę.
- O woooow, Hermiono! – zagwizdał Harry. – To naprawdę
brzmi jak przeznaczenie!
- Naprawdę tylko się pocałowaliście? – zapytała
niewinnie Ginny, ale Hermiona wyczuła w jej głosie nutkę złośliwości.
Oczywiście Ginny znała prawdziwą wersje wydarzeń i chciała się trochę
poprzekomarzać.
- A o czym ty myślałaś? Nie jesteś przypadkiem za
młoda na takie tematy? – odpowiedziała takim samym tonem.
- A ty nie jesteś?
- Jestem już pełnoletnia i mogę robić co mi się
rzewnie podoba z kim tylko mam ochotę.
- Jeszcze trochę ci brakuje do pełnoletności. –
mruknął bardzo zażenowany Ron.
- W teorii tak, ale w praktyce jestem starsza łącznie
o ponad dwa miesiące od chwili obecnej. Przez używanie Zmieniacza Czasu.
Rozmawiali i przekomarzali się jeszcze długo, aż
wreszcie około północy pani Weasley przegoniła dziewczęta do ich pokoju i
kazała im się wyspać, bo następnego dnia znów miało być mnóstwo roboty.
Gdy leżała w łóżku pomyślała, że ten dzień był prawdopodobnie
najbardziej szalonym rollercoasterem uczuć w całym jej życiu. Pragnęła tylko,
żeby jutro powitało ją ciszą i świętym spokojem. Z tym zamiarem zamknęła
powieki i oddała się w objęcia Morfeusza.
___ ___ ___
Przekroczył bramę i wysłał dyrektorowi patronusa z
wiadomością, że właśnie wykonał swoje zadanie i jest w drodze do gabinetu.
Szybkim krokiem podążał przez zeschnięte błonia. Minął po drodze boisko do
Quidditcha i bijącą wierzbę, która kołysała się lekko w swoim własnym rytmie. Gdy
znalazł się na dziedzińcu zwolnił już nieco kroku. Nie chciał dać
Dumbledore’owi powodów do docinania mu. Wspiął się na drugie piętro,
wypowiedział hasło i chwilę później znów był w gabinecie dyrektora. Albus
najwyraźniej już na niego czekał. Stał przed obrazem Fineasa Nigellusa Blacka i
wyglądało na to, że właśnie odbyli jakąś poruszającą rozmowę, bo dyrektor Black
wydawał się być bardzo zdenerwowany.
- Jestem. – odezwał się Severus.
- Świetnie. Jesteś gotowy na wyprawę?
Serce zabiło mu mocniej. Usilnie pragnął dowiedzieć
się gdzie podróżuje Dumbledore i co robi na swoich wyprawach. Był gotowy już od
dawna. Czekał tylko na zaproszenie.
- Tak.
- Ostrzegam cię jednak, że to będzie całkiem inna
wyprawa niż zazwyczaj. Będzie…
- Jestem gotów na wszelkie niebezpieczeństwa. –
przerwał mu czarnowłosy.
- W tym właśnie rzecz, że dzisiaj będzie spokojnie.
Tylko jedno, malutkie zadanko, które w zasadzie miałem powierzyć komuś innemu.
Ale wiem jak bardzo chciałeś mi towarzyszyć chociaż raz, więc pomyślałem, że
może ci się… spodobać. – w jego oku błysnął jakiś złośliwy błysk. Ten wyraz
twarzy zaskoczył Severusa. Mężczyzna uniósł w zdziwieniu brwi.
- Czy ty ze mnie kpisz, Albusie?
- Ależ skąd ten pomysł?! – wykrzyknął i odwrócił się,
żeby ukryć rozbawienie na swojej twarzy. Odkaszlnął i skierował się w stronę
drzwi wyjściowych.
- No to jak. Idziesz ze mną czy nie?
- Coś mi się wydaje, że będę tego jednak żałował. Idę.
Obaj mężczyźni ruszyli z powrotem drogą, którą kilka
minut temu przyszedł tu Severus Snape. Gdy znaleźli się za szkolną bramą, Dumbledore
wystawił mu swoje ramię a gdy młodszy czarodziej je przyjął, świat zawirował i
sekundę później byli już w innej części Wielkiej Brytanii. Severus rozejrzał
się ciekawy tego co zobaczy. Znajdowali się na ulicy, wzdłuż której po obu
stronach stały jeden za drugim identyczne domki jednorodzinne. Każdy był
jednopiętrowy, wykonany z brązowej cegły i przy każdym rósł trawnik i kwitły
jakieś dziwaczne badyle, które zwykli ludzie nazywali kwiatami. Przy podjazdach
stały skrzynki na listy. To miejsce coś mu przypominało, ale jeszcze nie
wiedział co dokładnie. Zerknął na najbliższy adres. Privet Drive 11.
- Dumbledore. – warknął Snape. – Po coś mnie tu
wziął?!
- Sam chciałeś ze mną iść. – zachichotał dyrektor i
ruszył ku jednemu z tych identycznie wyglądających budynków.
Snape już wiedział, że tutaj mieszka Potter i naprawdę
nie miał ochoty go dzisiaj oglądać. Stał w miejscu i obserwował jak stary
czarodziej idzie wolnym krokiem przez ulicę. Przez chwilę miał ochotę obrócić
się na pięcie i teleportować z powrotem do Hogwartu ale stłumił to pragnienie i
ruszył za dyrektorem. Odezwał się do niego znowu, gdy zrównał z nim krok.
- Od samego rana się ze mnie nabijałeś, prawda?
- Na starość robisz się nieuważny, synu.
Severus przewrócił oczami.
- Mogłeś powiedzieć mi od razu.
- Wtedy byś ze mną nie poszedł.
- Nie.
- No właśnie.
- A jestem ci tu po coś potrzebny?
- Owszem. – potaknął, ale nie zamierzał rozwinąć
swojej myśli.
Snape przystanął, policzył do pięciu i dalej ruszył za
swoim mentorem.
- A możesz objaśnić do czego miałbym ci być potrzebny
w domu Pottera?
- Nie mogę. – odrzekł lakonicznie. Zamachnął ręką
wskazując na najbliżej stojący budynek. – To tutaj.
Podszedł żwawo do drzwi i zadzwonił dzwonkiem. Snape
stanął za nim starając się nie wychylać za bardzo. Liczył, że nie zostanie
przez nikogo zauważony, jeżeli schowa się za pstrokatymi szatami Dumbledore’a.
Nie mogło się to jednak na nic zdać, gdyż był znacznie wyższy od dyrektora i
jego twarz była pierwszym, co rzucało się w oczy.
Drzwi otwarły się szeroko i stanęła w nich wysoka,
szczupła kobieta o popielato jasnych włosach i bardzo długiej szyi. Jej wyraz
twarzy zmienił się diametralnie z uprzejmego spokoju na przerażenie a później
wściekłość.
- To ty! – wykrzyknęła i wskazała swój długi palec
prosto na nos Snape, całkowicie ignorując obecność Dumbledore’a. – Jak śmiesz
tu przychodzić?!
Snape już miał się zaperzyć i odpowiedzieć jej coś
naprawdę niecenzuralnego, gdy na scenę wkroczył dyrektor.
- Spokojnie Petunio. My tylko na chwilkę. – powiedział
uśmiechając się promiennie, przy czym równocześnie przepchał się między kobietą
a drzwiami i zaraz znalazł się w salonie. Snape wśliznął się tuż za nim
nieufnie rozglądając się dookoła. Wzrok jego i pani Dursley spotkał się na
chwilę. W niczym nie przypomina Lily. – pomyślał, gdy jej jasne,
niebieskie oczy świdrowały go na wylot.
W rzeczy samej miał rację. Petunia i Lily były tak
różne, że prawie niemożliwe było stwierdzić, że były siostrami.
- Czy jest może Harry? – zapytał uprzejmie Dumbledore.
- Nie ma. Wyszedł.
- No tak. – odezwał się Snape. – Tylko jaśnie pan
Potter mógłby być tak wielkim imbecylem, żeby włóczyć się bez opieki podczas
gdy poluje na niego połowa czarodziejskiego świata.
- Wszystko mi jedno. – odrzekła Petunia, chociaż Snape
mógłby przysiąc, że zobaczył w jej oczach nitkę zadowolenia na słowa, które
powiedział. Nigdy nie lubili się z Petunią. Nienawidziła go z tego samego
powodu, co swoją siostrę. Był czarodziejem, a ona zwykłą mugolką. Nawet ona
zdawała sobie sprawę, że jest od niego gorsza i to jej nie dawało spokoju. Ale
Pottera nienawidziła równie mocno.
- Wiesz może o której wróci? – dopytywał Dumbledore. –
Chcielibyśmy go zabrać na resztę wakacji.
Ożywiła się na te słowa.
- Skoro tak. Będzie za godzinę. – powiedziała patrząc
na zegarek.
Dumbledore wyjął różdżkę a Petunia niebezpiecznie zmrużyła
oczy.
- W takim razie poczekamy. Herbaty? – zapytał
beztrosko dyrektor i już miał wyczarować szklanki gdy koścista ręka kobiety
chwyciła go za nadgarstek.
- Żadnego czarowania pod moim dachem, Dumbledore. –
rzuciła z pogardą. – Ciebie też to dotyczy. – wskazała palcem na Snape’a. – Jak
chcecie herbaty to zrobię ją wam w n o r
m a l n y sposób. – westchnęła ciężko po
czym lżejszym tonem zaproponowała im, żeby usiedli w salonie przed telewizorem.
Zniknęła w kuchni. Snape siedział na kanapie z założonymi rękami.
- Wziąłeś mnie ze sobą, żeby jeszcze bardziej
rozwścieczyć tę kobietę?
- To nawet zabawne. Gdyby zostawić cię w tym salonie z
Harrym i Petunią to prawdopodobnie pozabijalibyście się w przeciągu pięciu
minut.
- Problem polega na tym, że Potter tak czy siak
wyszedłby z tego bez szwanku.
- Tak? A to dlaczego? – zapytał rozbawiony dyrektor.
- Bo ani jego ciotka ani ja nie możemy go skrzywdzić.
Ja, z oczywistych względów. Jestem jego nauczycielem i moim zadaniem jest
opiekować się wszystkimi uczniami, jakimikolwiek tępakami by nie byli. Poza tym
Czarny Pan wyraźnie zabronił uśmiercania chłopaka. A Petunia gdyby mogła go
zabić, zrobiłaby to zanim smarkacz jeszcze nauczył się chodzić. Ale w tym
pewnie ty maczałeś swoje łapska.
Dumbledore roześmiał się.
- Nie zaprzeczę.
Rozmowę przerwała gospodyni, która podała im filiżanki
z herbatą oraz ciastka i sama usiadła na najdalej odsuniętym fotelu.
Snape sięgnął po swoja filiżankę i powąchał zawartość.
Zwykła herbata. – pomyślał z rozczarowaniem. Popatrzył na blondynkę znad
swojej filiżanki i przybrał swój najbardziej złośliwy wyraz twarzy.
- Nie jest zatruta? – zapytał niby niewinnie.
Petunia zbladła ze złości. Severus uśmiechnął się z
satysfakcją i odstawił nienaruszoną herbatę na stolik.
- Tylko ktoś twojego pokroju, Snape, mógłby być tak
bezczelny wobec gospodarza domu, który odwiedza.
- Moja droga Petunio. – syknął jadowicie. - Zapewniam
cię, że są gorsi ode mnie. A raczej, byli. – wzruszył ramionami.
- Masz na myśli Jamesa Pottera? Oboje jesteście siebie
warci. Lily miała naprawdę beznadziejny gust. Ale czego można się było
spodziewać po dziwaczce…
- Jak śmiesz wspominać jej imię, ty…
- Kochani, spokojnie. Nie ma co się denerwować. –
dyrektor klepnął Severusa w ramię w celu uspokojenia go, ale odniosło to
odwrotny skutek. Snape ponownie założył ręce na piersi, rzucił Petunii wściekłe
spojrzenie i utkwił wzrok za oknem, gdzie nie działo się kompletnie nic.
Dumbledore kilkakrotnie próbował zagaić Petunie do
rozmowy, ale wszystkie jego próby były ucinane w zarodku. Czas wlókł się
niemiłosiernie długo, aż wreszcie usłyszeli jakiś hałas na zewnątrz a później
dźwięk otwieranych drzwi. Do środka wszedł Harry Potter w towarzystwie
najbrzydszego i najgrubszego nastolatka, jakiego Severus kiedykolwiek widział.
Oboje śmiali się z czegoś, lecz ich uśmiechy zamarły gdy tylko pojawili się w
salonie i zobaczyli gości.
- Dudley! Na górę! – krzyknęła pani Dursley. – A wy. –
wskazała na czarodziei palcem. - Macie pół godziny. Później nie chce was tu
widzieć. – po czym wyszła za swoim synem,
- Harry, chłopcze. Zabieramy cię do Kwatery Głównej.
Idź po swoje rzeczy, my poczekamy w przedpokoju.
- Tak jest. – odpowiedział szybko czarnowłosy chłopak
i popędził schodami na górę. Mężczyźni nie czekali długo na chłopaka, bo nie
miał on ze sobą wielu rzeczy.
- Doskonale Harry. Wolisz teleportować się ze mną, czy
z profesorem Snape’em? - Obie czarnowłose głowy zwróciły się w stronę dyrektora.
Jedna z przerażeniem, druga z pogardą.
- Nie ma mowy. – powiedział Snape. – Ja biorę sowę. –
Powiedziawszy to chwycił klatkę i zniknął z głośnym trzaskiem.
- W takim razie polecisz ze mną. – powiedział łagodnie
dyrektor, kompletnie nie przejmując się Snape’em.
Severus wylądował na klatce schodowej i szybko
przedostał się do kuchni. Zostawił sowę na korytarzu i usiadł przy stole
kuchennym czekając na swojego przełożonego. Dumbledore i Potter pojawili się
chwilę później a wraz z nimi wszedł Artur Weasley.
- Harry, chłopcze, jak dobrze cię widzieć! – odparł radośnie
rudowłosy. - Chodź zaparzę ci herbaty. Zwykle Molly to robi, ale fiuknęła
gdzieś na ploteczki do znajomej.
- Arturze co tu się stało? Jest czysto jak nigdy. –
zagadnął Dumbledore.
- Hermiona posprzątała. Z małą pomocą Ginny. Naprawdę
złote dziecko. Gdyby moje dzieciaki były chociaż w połowie tak ambitne jak ona.
- Doprawdy, jest bardzo ambitna, to musze przyznać.
Ale twoim dzieciom nic nie brakuje. Każde jest wyjątkowo utalentowane w swoich
dziedzinach.
Snape prychnął.
- Ron jest świetny w Quidittcha. – wtrącił Harry. – A
Ginny rzuca świetne upiorogacki.
Dumbledore zaklaskał w dłonie!
- A nie mówiłem Arturze. Masz wspaniałe dzieci.
Artur Weasley lekko się zmieszał.
- Herbaty? – zagadnął wesoło, żeby przerwać ciszę.
- Slytherinie miej litość. Jeżeli jeszcze raz ktoś
dzisiaj zaproponuje mi herbatę to uduszę gołymi rękami. – warknął Snape, który dostał
dzisiaj już ponad sześć propozycji
herbaty, kawy lub czegoś mocniejszego. A jedyne czego chciał to jak najszybciej
znaleźć się w swoich komnatach.
Artur popatrzył na niego zdziwiony.
- Wybaczcie mu, jest dzisiaj nieco poddenerwowany. –
wytłumaczył się Dumbledore. Harry parsknął zduszonym śmiechem. – Za herbatę
podziękujemy, ale chętnie zobaczę resztę odnowionego mieszkania. Severusie,
chodź ze mną.
Czarnowłosy niechętnie podniósł się z fotela.
Obejrzeli pokój z gobelinami, bibliotekę i nowy salon, który do tej pory był
schowkiem na stare meble. W korytarzu Albus odbył uprzejmą konwersację z
Walburgą Black. Schodzili już z powrotem do kuchni, gdy dyrektora
zainteresowała odsunięta półka na książki.
- O, a to co? – zapytał.
- Laboratorium alchemiczne. Granger odkryła je podczas
sprzątania. Miałem okazję już się w nim rozejrzeć.
- Koniecznie muszę to zobaczyć.
Weszli razem do pomieszczenia. W środku wciąż unosił
się delikatny, świeży miętowy zapach. Znaczy, że mała Gryfonka dopiero
skończyła warzyć te swoje kosmetyki. Dumbledore był pod ogromnym wrażeniem
wyposażenia laboratorium.
- Był tu jeszcze diamentowy kociołek, ale Granger nie
umiała się nim obsłużyć i chyba go gdzieś schowała.
- Nawet bez niego to miejsce jest doskonałe. Właśnie
tego nam było trzeba. Nie będzie potrzeby już ważyć eliksirów w Hogwarcie, to
jest równie dobre miejsce.
- Owszem, robi wrażenie. Całkiem niezłe wyposażenie,
duży składzik, nawet znalazłem kilka unikatowych ingrediencji. Ale i tak wymaga
uzupełnienia.
- Zajmiemy się tym, bez obaw.
Przystanęli przy półce z książkami.
- Sporo czarnomagicznych pozycji. - stwierdził
dyrektor biorąc w dłoń stare wydanie „Najczarniejszych eliksirów stulecia”.
- Prawdopodobnie laboratorium było własnością
Regulusa. Z tego co pamiętam był bardzo dobry w eliksirach.
- Mogło tak być. – otworzył egzemplarz na stronie z
eliksirem Odwrócenia Wspomnień. – Oooo, ciekawe. Panna Granger już zapoznała
się z tą pozycją. – wskazał palcem na staranne notatki zapisane okrągłym pismem
na rogu strony. „Pył księżycowy zastąpić proszkiem zielnym. Mniejsza dawka, ale
silniejszy efekt; działanie rozłożone w czasie, zminimalizowanie szans na postradanie
zmysłów.”
- Smarkula nie powinna zbliżać się do tej książki nawet
na długość kija od miotły. – warknął Snape.
- Ale musisz przyznać, że jej teoria co do proszku
zielnego w tym eliksirze jest naprawdę trafiona. Jest prawdopodobieństwo, że
mogłoby to zadziałać.
- Owszem, całkiem ciekawy koncept. Chociaż zastanawia
mnie dlaczego interesuje się takimi eliksirami. „Zminimalizowanie szans na
postradanie zmysłów”? Ktoś, kto gotuje Odwrócenie Wspomnień zazwyczaj głównie dąży
do takiego stanu rzeczy, zamiast go minimalizować.
- Umysł naukowca jest pełen tajemnic, mój drogi. Wiesz
doskonale na swoim przykładzie.
Snape nie odezwał się więcej. Sprawa naprawdę go frapowała.
Nie spodziewał się, że Granger może wyjść swoimi zainteresowaniami dotyczącymi
eliksirów poza wytwarzanie durnowatych szamponów. A tymczasem gmerała w
czarnomagicznych, śmiercionośnych eliksirach i to z całkiem dużą pewnością
siebie. Będę musiał ją mieć na oku. To nie wróży nic dobrego. Dumbledore
przejrzał jeszcze kilka egzemplarzy i obaj zgodzili się, że pora wracać do Hogwartu.
W kuchni oczywiście musiał być świadkiem nastoletniej
czułości i miał ochotę puścić pawia tak jak stał. Wysłuchał jeszcze trochę
ckliwych słów z ust Albusa i jeszcze jedną propozycję herbaty i ciasta po czym
wreszcie znalazł się w swoim przyjemnie ciemnym saloniku, w swoim ulubionym
fotelu i poprosił skrzata o swoją ulubioną szarlotkę. Jedząc, zanurzył się w różnych
rozmyślaniach a potem ruszył do prywatnego laboratorium, żeby sprawdzić pewną teorię.
Wstawił na ogień dwa kociołki i przygotował wszystkie składniki, w tym pył księżycowy
i proszek zielny i zabrał się do pracy.
Efekty jego pracy przeszły wszelkie oczekiwania.
Poszedł spać dopiero około trzeciej nad ranem z myślą, że jutro, a właściwie
dzisiaj, koniecznie musi odwiedzić Grimmauld Place, żeby poinformować pewną Gryfonkę,
że całkiem przypadkiem odkryła nowy eliksir.
Gdy zasypiał, pomyślał jeszcze tylko, że jest cholernie
dobrym nauczycielem, skoro udało mu się rozbudzić w co poniektórych studentach
prawdziwy talent do warzelnictwa. Nawet jeżeli tym co poniektórym studentem
jest przemądrzała dziewucha z Gryffindoru. Chwilę później zatopił się w krainie
snów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz