Rozdział V

"Jeżeli coś dotyka cię, znaczy: dotyczy cię. Jeżeliby nie dotyczyło cię – nie dotykałoby cię, nie zrażało, nie obrażało, nie drażniło, nie kuło, nie raniło. Jeżeli bronisz się, znaczy: czujesz się atakowany. Jeżeli czujesz się atakowany, znaczy: jesteś celnie trafiony. Miej to na uwadze".

Edward Stachura

 

 

Nie spał zbyt długo, biorąc pod uwagę godzinę, o której się położył. W rzeczywistości wczoraj był na nogach znacznie dłużej niż mogło się wydawać, bo dwukrotnie użył zmieniacza czasu, żeby przetestować kilka opcji nowo odkrytego eliksiru. Było przed siódmą, gdy skończył jeść śniadanie i wypił filiżankę kawy. O tej porze na pewno jeszcze śpi. – pomyślał. Nie wiedział co ze sobą zrobić przez ten czas, zanim wybierze się do Londynu. Spakował fiolki z eliksirami, pergamin z notatkami i ruszył na przechadzkę po zamku. Przechadzał się po dziedzińcu i obserwował okolicę. Lubił Hogwart o tej porze dnia. Słońce jeszcze nie parzyło, czuć było wilgoć w powietrzu. Mgła już rozproszyła się i można było podziwiać okolicę w pełnej okazałości. Był koniec sierpnia więc poranki powoli zaczynały pachnieć przedjesienną rześkością. Ze zdziwieniem zauważył, że Bijąca Wierzba zażółciła już wszystkie swoje liście. Gotowa na przyjazd uczniów.

Do początku roku został tylko tydzień. Za siedem dni o tej porze w budynku będzie roiło się od naburmuszonych dzieciaków, a od wszechobecnego hałasu będą mu więdły uszy. Zerknął na kieszonkowy zegarek – trzy po ósmej. Wciąż zbyt wcześnie.

Ruszył w stronę zakazanego lasu. Była dobra pora, żeby nazbierać trochę ingrediencji. Tym wypełni wolny czas. Był już blisko połaci drzew, gdy nagle ostre pieczenie na lewym przedramieniu przyćmiło mu wszystkie inne zmysły. Oparł się o najbliższe drzewo, żeby uspokoić i oczyścić umysł. Później puścił się biegiem do bramy szkolnej, zza której teleportował się przez dotknięcie Mrocznego Znaku.

Zmaterializował się w dobrze znanym miejscu. Przed oczami urosła mu wysoka, żeliwna brama, za którą znajdował się ogromny ogród a na samym jego końcu stał wiktoriański dworek. Dwór Malfoy’ów. Przekroczył bramę, która rozpłynęła się pod wpływem jego dotyku i przeszedł szeroką ścieżką aż do drzwi. Nie pukał, po prostu wszedł do środka. W przedpokoju zignorował wszelkie skrzaty, które chciały wziąć od niego płaszcz albo cokolwiek innego i od razu ruszył na piętro, do pomieszczenia, w którym Czarny Pan zwykle zwoływał spotkania. Miejsca przy długim stole były już w większości zajęte. Brakowało tylko jego i Lucjusza, który aktualnie spędzał swój wolny czas w Azkabanie. Cholera, znowu ostatni.

- Severusie. – usłyszał cichy syk po swojej prawej stronie. – Czekamy już tylko na ciebie.

- Mój Panie. – ukłonił się głęboko i zajął miejsce wskazane mu przez kościstą dłoń jego pana.

- Skoro jesteśmy już w komplecie, myślę, że możemy rozpocząć. – zrobił dłuższą przerwę i uważnie przyjrzał się wszystkim obecnym przy stole. Zatrzymał swój okropny, czerwony wzrok na Severusie. Mężczyzna poczuł, że Czarny Pan wkrada się do jego umysłu. Starał się wystawić mu więc na widoku wiarygodne, ale mało istotne wspominania i kilka smaczków dla poprawy jego humoru.

Ten przelatywał jego wspomnienia i szukał czegoś, co mogło być choć odrobinę istotne. Zatrzymał się dłużej na spotkaniu Zakonu z początku sierpnia

„Wbiegli na korytarz i zobaczyli tylko jak drobna dziewczyna osuwa się na zimną posadzkę i z westchnieniem opiera głowę o framugę drzwi. Jej twarz straciła wszelkie barwy, oczy były wielkie jak galeony i cała się trzęsła.”

„Rzuciłam na niego Obliviate. Miał przy sobie różdżkę. – wyciągnęła różdżkę z kieszeni, uniosła ją do góry pokazując wszystkim i położyła na stole przed sobą.

- Czarodziej – warknął Moody.”

„- Głupotą było przyjmowanie Granger do Zakonu. – odezwał się, gdy tylko drzwi zamknęły się za dziewczyną.”

„- Masz jakieś informacje co do tego, gdzie podróżuje Dumbledore?

- Nie. Albus nie spowiada mi się ze wszystkiego.”

„- A więc cieszcie się, że nic o nich nie wiem. Jeszcze mogłoby mi się niechcący... wypsnąć co nieco.

- Jak możesz być taki okropny?! - zawołała Molly. - Nie masz dla nas za grosz litości!”

„- W tym momencie jesteśmy świadkami przejmowania Ministerstwa małymi kroczkami. Ustawy i zarządzenia są podpisywane w strachu o życie najbliższych. Myślę, że w tym tempie za rok Sami-Wiecie-Kto będzie miał nas w garści.”

Połączenie urwało się nagle i Czarny Pan z paskudnym uśmiechem skierował wzrok z powrotem na pozostałych zgromadzonych.

- Wyśmienicie, Severusie. Jesteś mi wielce przydatny. W przeciwieństwie do tych idiotów.

Obrzucił wściekłym spojrzeniem resztę towarzystwa.

- A więc mówisz, że Zakon obawia się o Ministerstwo.

- Tak, mój Panie. Rozmawiali o tym długo. Martwią się o zaginięcie Moury DeLauge.

- Ach, niepotrzebnie, bo wcale nie zaginęła.

Skinął głową do kobiety siedzącej na samym końcu stołu. Drobna, jasnowłosa kobieta siedziała spokojnie a na jej ustach błąkał się delikatny uśmiech. Oczy były puste i bez wyrazu. Kiwała się lekko na krześle.

- Mauro. – rzekł Czarny Pan. Na dźwięk swojego imienia kobieta szarpnęła głową w stronę, z którego pochodził. Jej oczy przez ułamek sekundy wypełniło przerażenie, lecz trwało to tylko przez krótką chwilę. Teraz znów były puste.

- Mój Panie. – powiedziała cicho, tak, że ledwo było ją słychać z tak odległego końca pomieszczenia.

- Czy jesteś już gotowa by wrócić do pracy w Ministerstwie?

- Ach tak, mój Panie. Kiedy tylko rozkażesz.

- Doskonale. A powiedz mi jeszcze. Jak podobały ci się wakacje?

- Były wspaniałe, mój Panie. Nie umiem wyrazić wdzięczności za to, że zabrałeś mnie ze sobą. Albania to piękny kraj. – mówiła te słowa z najwyższym oddaniem, ale Severus nie uwierzył  ani jedno jej słowo. Bellatrix zawierciła się niespokojnie w swoim fotelu. Na pewno wolałaby, żeby to ją Czarny Pan wziął na wakacje życia. Wariatka.

- Taaaak, Albania. Moja podróż się udała, ale z tego co mówił Severus, nie tylko ja ostatnio podróżuję po świecie. Czy naprawdę nie wiesz, gdzie wybiera się Dumbledore?

- Nie, mój Panie. Nigdy nie porusza tego tematu w mojej obecności.

- Niedobrze. Postaraj się bardziej. – w jego głosie czuć było groźbę. - A o co chodziło z ta małą smarkulą?

- To Hermiona Granger. Mugolaczka. Bliska przyjaciółka Harrego Pottera.

- Przyjaciółka Harrego Pottera… - powtórzył z uczuciem. – Hmmm… I mówisz, że szlama?

- Tak. – potwierdził, chociaż brzydził się tym słowem. Ale gra musi trwać.

- Doskonale, naprawdę, nie mógłbyś mi bardziej uprzyjemnić dnia, Severusie.

Przeszedł go dreszcz niepokoju. Niedobrze, że pokazał mu przyjaciółkę Pottera. Na początku chciał tylko wstawić ten moment, w którym dziewczyna przychodzi przerażona po napadzie, ale Czarny Pan zaczął drążyć dalej i dalej i Severus nie mógł tego zatrzymać bez zdradzenia się.

- I do tego jest w Zakonie. – tej informacji najbardziej ze wszystkich nie chciał wyjawić na światło dzienne. - To będzie cudowny cios. Bella! – kobieta wysunęła się do przodu eksponując swój wydatny biust i patrzyła na Pana z napięciem i pożądaniem.

- Zostań na chwilę po zebraniu. Będę miał dla ciebie małe, słodkie zadanko.

- Wszystko, mój Panie. – odsunęła się z najwyższą czcią.

- Skoro sprawa osłabienia Zakonu jest już załatwiona, możemy przejść do reszty punktów naszego dzisiejszego zebrania.

Przez dwie godziny dyskutowali o atakach na mugoli i rodziny mugolaków, o rekrutowaniu wilkołaków i olbrzymów i wymyślali kolejne propagity dla Ministerstwa. Severus przez cały ten czas miał się na baczności. Nie mógł pozwolić, żeby Czarny Pan dowiedział się czegokolwiek o klątwie, która dotknęła Dumbledore’a i o pierścieniu, który tę klątwę wywołał. Dla niego pierścień i podróże Albusa były zagadką, ale domyślał się, że Czarny Pan mógłby szybko poskładać te elementy w całość i przeszkodzić Dumbledore’owi w jego misjach.

Gdy zebranie się skończyło odetchnął z ulgą. Pożegnał się z Czarnym Panem i szybko powrócił do Hogwartu, żeby poinformować Albusa o tym co się działo na spotkaniu ze śmierciożercami.

Dyrektor zdawał się już na niego czekać. Siedział w swoim fotelu zwrócony w stronę drzwi i gdy tylko czarnowłosy mężczyzna przekroczył próg gabinetu bez słowa wskazał mu fotel po drugiej stronie.

- Co nowego u Toma? - zapytał z delikatnym uśmiechem dyrektor.

- Naprawdę mógłbyś przestać...

- Dla mnie on zawsze był i będzie...

- ... tylko chłopcem. Tak wiem, słyszę to już setny raz. 

- No więc co tam u Toma? - zapytał ponownie.

Snape westchnął zrezygnowany.

- Obmyślaliśmy nowe ulotki do Ministerstwa i kilka gróźb dla kilku wyżej postawionych urzędników. Czarny Pan przeglądał moje myśli. Wie, że Zakon obawia się o przejęcie Ministerstwa. Pan uznał obecną formę zastraszania za najbardziej satysfakcjonującą i na razie tylko w ten sposób stara się inwigilować osoby na najwyższych stanowiskach. 

- Co niestety mu się udaje z całkiem niezłym rezultatem. Zniknięcie Maury to był cios.

- A właśnie... Co do Mary. – Snape ponownie westchnął.

- Tak? - Dumbledore wychylił się do przodu.

- Była dziś obecna na zebraniu. Jest pod wpływem Imperiusa lub innej klątwy i towarzyszyła Czarnemu Panu w podróży do Albanii.

Dumbledore poruszył się gwałtownie. Wstał od biurka i podbiegł do portretu dyrektora Blacka.

- Fineasie, muszę ponownie prosić cię o przysługę.

- To już druga w ciągu pół godziny. Nie za dużo ich ostatnio? – zapytał złośliwie i wykrzywił twarz w paskudnym grymasie.

- Proszę. To ważne. – w głosie Albusa słychać było delikatne błagalne tony ale również ostrość. Dumbledore nigdy sobie nie da w kasze dmuchać.

Black udawał, że się namyśla po czym kiwnął głową na zgodę. Tak naprawdę nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Wypełnianie rozkazów obecnego dyrektora należało do jego obowiązków.

- Chciałbym, żebyś natychmiast udał się na Grimmauld Place 12 i powiadomił Artura, że Maura wróciła i jest po stronie Voldemorta. Trzeba się mieć na baczności. Niech Artur powiadomi Russela, Sutherlanda i resztę. Zebranie Zakonu odbędzie się jutro o godzinie 20:00. Powiedz Arturowi, że chcę, żeby Harry Potter również się na nim pojawił. I przyślij mi tutaj Logana Stifflera.

- Logana Stifflera? – zapytał zdziwiony Fineas. Sądząc po minie Snape’a, Mistrz Eliksirów podzielał jego zdziwienie.

- W tej chwili nie ma czasu na wyjaśnienia. Idź. – niezadowolony starzec zniknął za ramami obrazu.

- Logana Stifflera? – Snape powtórzył pytanie dyrektora Blacka, gdy tylko Dumbledore odwrócił się z powrotem w jego stronę. – Słyszałem, że nie przepadaliście za sobą.

- I nadal tak jest. – Albus mówił i ponownie usiadł przy biurku. – Ale sytuacja jest wyjątkowa. Potrzebna nam dodatkowa ochrona. Nie podoba mi się ta sytuacja z Maurą. Tom mówił coś więcej?

- Nic poza tym, że jest bardzo zadowolony z jej towarzystwa. Podejrzewam, że nie opalali się na plaży pijąc drinki ze słomki.

- A ona? Jak wyglądała?

- Jak opętana. Uśmiech, puste oczy. Tak jak mówiłem. Albo jakaś klątwa, albo wyjątkowo silny Imperius.

- Co Tom mógł robić w Albanii… - zaczął zastanawiać się dyrektor.

- Nikomu nic nie mówi. Tylko Nagini zna wszystkie jego sekrety.

- Niedobrze. To znaczy, że wciąż nie ufa ci w pełni.

- On nikomu nie ufa. – próbował zaprzeczyć Severus.

- Tobie musi zaufać bezgranicznie. Musi. Wiesz jakie to ważne. Postaraj się bardziej.

„Niedobrze. Postaraj się bardziej.” „Niedobrze. Postaraj się bardziej.” Są siebie warci. – pomyślał z goryczą. Przełknął gulę narastająca mu w gardle.

- Jest jeszcze coś. – zaczął niepewnie po dłuższej przerwie.

- Mów.

- Na początku spotkania przeglądał nasze myśli. Dałem mu kilka, w moim mniemaniu mało istotnych obrazów, ale gdy tylko zobaczył Granger zaczął drążyć dosyć głęboko. Nie mogłem go zablokować, żeby nie wyczuł, że potrafię się bronić.

- Dowiedział się czegoś ważnego?

- Tak. Wie, że jest mugolaczką, przyjaciółką Pottera i nową członkinią Zakonu. Poprosił Bellatrix, żeby w związku z tymi informacjami została z nim chwilę po zebraniu. Mówił o osłabieniu Zakonu od wewnątrz. – te wiadomości bardzo zaniepokoiły Dumbledore’a.

- A więc panna Granger jest w niebezpieczeństwie. – podsumował dyrektor.

- Możliwe. Nie wiem jakie zadanie dostała Bella, ale na wszelki wypadek lepiej jest mieć dziewczynę na oku.

- Chronienie szlamy? Do czego ten świat dąży? – do rozmowy wciął się dyrektor Black, który najwyraźniej wykonał już powierzone mu zadanie.

- Nie chcę więcej słyszeć tego słowa w mojej obecności. – wycedził Snape, który zawsze bardzo nerwowo reagował na słowo „szlama”.

- I ty Severusie stajesz w obronie małej, brudnej szlamy? Nie tego…

- Nie. Nazywaj. Jej. Tak.– wyartykułował i ostrzegawczo skierował różdżkę w stronę obrazu.

Black zamilkł. Patrzył uważnie na Snape’a, z lekką pogardą w jego zapadniętych powiekach.

- Zmieniłeś się, Snape. – rzucił niezadowolony. Odwrócił się w stronę Albusa. – Poinformowałem Weasleya o wszystkim o co mnie prosiłeś.

- Logan też jest już w drodze?

- Nie. Dopiero mam zamiar…

- W takim razie idź. – przerwano mu. – To naprawdę ważne. – dyrektor Black z bardzo urażoną miną znów zniknął z ram obrazu.

W gabinecie zaległa cisza.

- Nie wiedziałem, że jesteś w stanie aż tak bronić Hermiony Granger. Myślałem, że raczej jej nie lubisz. – odezwał się dyrektor.

- Nie chodzi o nią. Przecież wiesz.

- Wiem. – odparł i westchnął. – Powinieneś sobie wybaczyć dawne błędy.

Snape patrzył na niego w ciszy z kwaśną miną. Nie zamierzał odpowiadać na takie zaczepki ze strony Albusa. Wiele mu zawdzięczał, to prawda, ale wiele również przez niego stracił. Nie chciał w tej chwili się z nim kłócić, nie chciał go o nic oskarżać ani obwiniać. Omijał z daleka rozmowy o Lily. Sprawiały mu tylko ból, rozdrapywały niezagojone rany, budziły stare lęki.

Czy powinien wybaczyć sobie błędy? Albus, ba, nawet Minerwa, powtarzali mu to już od wielu lat. Że już odpokutował, żeby nie robił z siebie męczennika, żeby w końcu odpoczął od poczucia winy. Ale nie o to w tym wszystkim chodziło. To było tylko o miłości. Wszystkie te poświęcenia, gadki o większej sprawie, mniejszym źle, o idei. To wszystko było nieistotne. Przy Lily nic nie miało znaczenia. Tylko dlaczego zbyt późno zdałem sobie z tego sprawę?

Kiedyś odpokutuję. Ale nie wybaczę sobie nigdy.

Siedział skulony na fotelu, zapatrzony w płomienie ognia w kominku. Czuł się zmęczony. Przez tyle lat pielęgnował w sobie nienawiść i złość. Robił to tak długo, aż w końcu przesiąknął tym do cna i stał się ‘tym złym’, wiecznie naburmuszonym, ciągle niezadowolonym. Po jakimś czasie nawet to polubił. Albus sądził, że to mu pomoże, gdy Czarny Pan powróci. Ale gówno pomogło. Ten ciężar spadł na niego nagle i nie był w stanie w żaden sposób się na to przygotować. Więc skulił się pod wpływem tego ciężaru i starał się nie dać się zgnieść ani przydusić do ziemi. Modlił się do bogów, żeby nie trwało to wiecznie, bo ledwo starcza mu już sił, a przecież ciągle dochodziły następne problemy. A jeżeli ma upaść, niech śmierć będzie szybka.

Jego ponure rozmyślania przerwały dźwięki dochodzące od strony obrazów. Przy boku dyrektora Blacka pojawił się inny mężczyzna. Był to dosyć młody, bardzo przystojny szatyn, o złotych źrenicach, kwadratowej szczęce i obfitym wąsie zaczesanym do góry na modłę francuską. Na jego wąskich ustach błąkał się kpiący półuśmiech. Jego szata była złota i doskonale współgrała z kolorem jego oczu.

Mężczyzna z ciekawością rozejrzał się po gabinecie, rzucił okiem na Snape’a a potem zatrzymał wzrok na dyrektorze.

- A oto i jestem w Hogwarcie! – wykrzyknął z udawaną radością. – Severus Snape, witam serdecznie. No i oczywiście kochany dyrektor. Albus Persiwal Wulfryk Brian… Dumbledore. Mmmmm… Jak okrutne niemiło jest mi cię znowu widzieć, Al. Trochę się zestarzałeś przez te ostatnie… ile to już było? Z siedemdziesiąt lat! – mówił z silnym amerykańskim akcentem i dosyć energicznie gestykulował rękami. Jego głos był głęboki, lekko piaskowy. Pasował do przystojnej twarzy.

- Nie widać po tobie, żebyś tęsknił. – odezwał się przekornie Dumbledore. Snape był w lekkim szoku. Rzadko zdarzało mu się słyszeć, żeby ktoś w taki sposób odzywał się do Albusa, a jeszcze rzadziej miał okazję słyszeć Dumbledore’a w takim wydaniu.

- Bo nie tęskniłem. Każdego dnia aż do śmierci dziękowałem Merlinowi za to, że nasze drogi w końcu się rozeszły.

- Ja widziałem to nieco inaczej.

- Bo za szybko się przywiązujesz, mój drogi nieprzyjacielu. Ja nigdy nie miałem tego problemu.

- Obawiam się, że trochę się zmieniłem przez ostatnie kilkadziesiąt lat.

- Ach tak! Słyszałem co zrobiłeś biednemu Gellertowi. Nadal gnije w Nurmengardzie? A byliście taką słodką parą! – Logan Stiffler złapał się za serce i zrobił minę zbitego psa. Za to oczy dyrektora zrobiły się zimne jak lód. Pochylił się do przodu i spojrzał groźnie na Logana znad okularów połówek.

- Dla większego dobra. – padło z ust dyrektora. Jego głos był przesiąknięty smutkiem i jakimś nieprzetrawionym żalem, ale jednocześnie ostry niczym odłamki lodu.

Jeżeli ton głosu miał przestraszyć nowego towarzysza to niestety Albus uzyskał wręcz odwrotny efekt.

Stiffler uniósł brwi w wyrazie pozytywnego zaskoczenia, roześmiał się i założył ręce na piersi.

- No proszę! Nadal wierny starym ideałom. Ty naprawdę nic się nie zmieniłeś. – młody mężczyzna pokręcił z rozbawieniem głową. – Wiesz co? Podoba mi się ta rozmowa. Mogę tu czasami wpadać?

- Żeby móc mnie podenerwować?

- A czemu by nie? Dam sobie głowę uciąć, że wszyscy nauczyciele to straszne smętniaki a ten tutaj – bezczelnie wskazał palcem na Snape’a nawet nie parząc w jego stronę – to największy z nich. Ja mógłbym dodać twojemu życiu nieco wigoru. Jak za dawnych lat. – bezceremonialnie puścił dyrektorowi oczko.

- Problem w tym, że już raz dałeś sobie uciąć głowę, najdroższy. Dlatego gadam do obrazu. A co do Severusa to nie mógłbyś bardziej się pomylić.

Gość zaczął wgapiać się na czarnowłosego nauczyciela i taksował go wzrokiem z góry na dół i z powrotem. Potem powrócił do Albusa. Zmrużył oczy i pochylił się obrazie najbardziej do przodu jak tylko mógł biorąc pod uwagę, że był tylko kawałkiem płótna.

- To twój nowy… no wiesz. – zrobił falujący ruch ramionami. – Kolega? – mówiąc to zakrywał lewą część twarzy dłonią odgradzając się od Snape’a. Ale mówił dostatecznie głośno, żeby wszyscy w gabinecie go usłyszeli.

Teraz to Dumbledore roześmiał się serdecznie i popatrzył na Snifflera z politowaniem. Snape spoglądał na obu bardzo zniesmaczony. Że niby on i Dumbledore!? ŻE-NA-DA.

- Skończmy ten cyrk. – wtrącił się do rozmowy czarnowłosy. – Albusie, chyba mieliśmy do załatwienia jakąś sprawę. – jego nozdrza drgały ze złości i wysyłał spojrzeniem gromy w stronę dyrektora.

- No już dobrze. – powiedział Dumbledore, gdy już przestał się śmiać po ponownym wybuchu rozbawienia. Odchrząknął i przybrał swoją typową profesorską postawę. Sniffler przyglądał się temu z kwaśną miną, która wydawała się być Severusowi jego naturalnym wyrazem twarzy. – Mamy problem, Loganie. I to poważny.

- Jak zwykle jestem ci potrzebny tylko gdy wpadasz w tarapaty, Al. – podsumował go szybko gość. – Co tym razem?

- Voldemort.

Zapadła cisza. Sniffler nie wydawał się być przestraszony, nie drgnął nerwów na dźwięk tego imienia, w przeciwieństwie do Snape’a. Zmrużył oczy i zaczął gładzić dłonią podbródek w wyrazie zadumy. Trwało to dosyć długo. Snape niewiele z tego rozumiał, ale najwidoczniej tych dwóch rozumiało się doskonale, bo Dumbledore nie wyglądał na zniecierpliwionego, wręcz przeciwnie. Z lekkim podekscytowaniem oczekiwał na to, co zaraz powie jego dawny przyjaciel.

- Skontaktuję się z Newtem. – powiedział Logan po namyśle.

- Och! – Albus wypuścił ze świstem powietrze. – Obawiałem się, że nie wiesz gdzie się on znajduje. Ja szukałem go miesiącami i szczerze mówiąc, nie wierzę, że to powiem – byłeś moją ostatnią nadzieją.

- Masz szczęście, Al. Akurat wrócił do Ameryki. Dwa dni temu.

- Wiesz gdzie teraz jest?

- W domu oczywiście. Z Tiną.

- Wiesz gdzie byli przez cały ten czas?

- Wiem, ale ci nie powiem. To nie twoja sprawa.

Dumbledore niechętnie przystał na te słowa. Tajemnica tajemnicę pogania. Gdzie oni wszyscy u licha podróżują. I dlaczego robią z tego taką tajemnicę?! – pomyślał Snape ze złością, gdy tylko usłyszał o kolejnej tajnej podróży kolejnej ważnej persony ze świata magii.

- Muszę cię prosić o przysługę, Log.

- Skoro już tu jestem to mów. – rzucił niechętnie.

- Powiedz Newtowi, że potrzebuję go i jego przyjaciół. Będzie wiedział o kogo chodzi. I powiedz mu proszę o Voldemorcie. Przegrywamy. – ostatnie słowo niemal wyszeptał.

Wyraz twarzy Stifflera zmienił się. Spoglądał teraz na dyrektora… z troską? Zmartwieniem?

- Ty nigdy nie przegrywasz, Al. – powiedział równie cicho. Skinął mu głowa na pożegnanie i ukłoniwszy się lekko wyszedł poza ramy obrazu dyrektora Blacka.

Snape był naprawdę skonfundowany tym dziwacznym spotkaniem. Nie za wiele rozumiał z rozmowy tej dwójki. W jednej chwili obrażali się wzajemnie, by za chwilę wspominać przeszłość, żartować, flirtować a na koniec przejść do bardzo poważnych tematów i nawet się nie pożegnać.

- Co to miało znaczyć? – zapytał ostro Snape.

- Logan przyśle nam tutaj Newta Skamandera wraz z Tajnymi Siłami Magicznymi USA i pomogą Zakonowi w walce z Riddlem i będą chronić szczególnie narażonych członków Zakonu.

- Wydawało mi się, że słuchałem was bardzo uważnie i jakoś nie przypominam sobie, byście rozmawiali o Tajnych Siłach Magicznych USA.

Dumbledore uśmiechnął się do niego dobrotliwie.

- Logan jest znany światu jako sławny treser wilkołaków. Świat podziwiał jego wkład w budowanie bezpieczeństwa i dobrych relacji między czarodziejami a wilkołakami. Ale ja go znałem z trochę innej strony. Poznaliśmy się jako dzieci i przyjaźniliśmy się przez wiele lat. Rozstaliśmy się w niezgodzie ale mimo to nadal rozumiemy się bez słów. Po prostu się znamy. Bardzo dobrze znamy. Też może kiedyś poznasz taka osobę, z którą będzie mógł dzielić swoje myśli i ufać jej w pełni.

Snape parsknął kpiąco.

- Nie przewiduję, że pożyję dłużej niż rok czy dwa. Do tego czasu nie mam zamiaru marnować swojego czasu na szukanie bratniej duszy, która, notabene, na pewno nie istnieje. Skończmy już z ckliwymi gadkami na dziś. Mam swoje sprawy. – ruszył w stronę drzwi. – Skamander na pewno pomoże? – zapytał na odchodne.

- Na pewno. Liczę, że Newt odwiedzi mnie w przeciągu tego miesiąca.

Snape skinął głową i wyszedł na spiralne schody.

Gdy znalazł się w swoim gabinecie przypomniał sobie, że przecież miał się udać na Grimmauld Place. Perspektywa odwiedzin nagle stała mu się znacznie mniej fascynująca niż dzisiejszego ranka. Zebrał się w sobie i ponownie ruszył w stronę bramy szkolnej. Gdy szedł przez błonia poczuł na swojej twarzy pojedynczą kropelkę wody, a później następną. Zatrzymał się i spojrzał w niebo. Po chwili kropelki zamieniły się w delikatny kapuśniaczek, który z kolei przerodził się w prawdziwy deszcz. Pierwszy deszcz od trzech miesięcy. Za wzgórzem niebo przecięła błyskawica i przez dolinę poniósł się grzmot. Powietrze zawibrowało i Severus poczuł lekką woń azotu. Tak pachną ostatnie dni wakacji. Przekroczył bramę i zniknął z głośnym trzaskiem.

___ ___ ___

Znów znajdował się na naprzeciwko kamienicy na Grimmauld Place 12. Ostatnio zdecydowanie zbyt często tutaj bywał. Stał przez chwilę niezdecydowany. Nie wiedział, czy dobrze robi. Z jednej strony naprawdę irytowała go ta mała gówniara i jej durnowaci przyjaciele, w szczególności Potter. Jego widok szczególnie obrzydzał mu dzień. Z drugiej jednak nie mógł pozostawić tego odkrycia bez jej wiedzy. W końcu to ona wpadła na pomysł zamiany składników i co prawda liczyła na inny efekt końcowy, ale mimo wszystko gdyby nie jej koncept prawdopodobnie nigdy nie zdecydowałby się sprawdzić innej wersji tego eliksiru. A na pewno nie zastąpiłby pyłu księżycowego proszkiem zielnym. Ma prawo znać praktyczne efekty swoich teorii.

Za bardzo się nią przejmujesz, profesorku. – podpowiedział mu głosik w jego głowie.

- Masz rację. Niepotrzebnie tu przyszedłem.

- Ale to dobrze. Dbasz o swoich uczniów. Jesteś dobrym nauczycielem.

- Prawda, jestem.

- No to idź tam. Powiedz jej.

- Co to zmieni.

- Może wszystko. A może nic. Tu chodzi o naukę. Jesteś naukowcem, chodzi przecież tylko o alchemię.

- Tak. O alchemię. Dobra, idę.

Zakończył dziwną dyskusję z samym sobą i otworzył drzwi wejściowe. Na progu powitała go Ginerwa Weasley, która przebiegała akurat przez korytarz.

- Dzień dobry, profesorze Snape! – krzyknęła i zniknęła na schodach. Za nią z głośnym łoskotem pofrunęła sowa Pottera a następny w kolejności był sam Potter, który w biegu nawet go nie zauważył. Albo nie chciał zauważyć. Biegnąc, tupali po schodach tak głośno, że wydawało się, jakby zaraz miały się zawalić.

- Zwariowałeś!? – usłyszał piskliwy krzyk gdzieś z oddali. Głos należał do Granger. – Puszczaj! Jesteś nie-nor-mal-ny!!! RONALD!!!

- Hermionka jak zwykle… - nie słyszał dokładnie co mówił ten rudy łachmyta, za to doskonale usłyszał następne słowa Gryfonki.

- NIE DOTYKAJ! Won mi stąd ale już! RONALDZIE ZABIJĘ CIĘ! UDUSZE GOŁYMI RĘKAMI!

Chwilę później w korytarzu pojawił się Ronald Weasley, który też całkowicie zignorował obecność profesora. Chłopak potknął się o dywan i prawie wypuścił z rąk jakieś zawiniątko, które chwycił w ostatniej chwili. Szybko podniósł się z kolan i rzucił się na schody. Nie było mu dane umknąć przed sprawiedliwością, bo zaraz za nim na korytarzu pojawiła się bujna czupryna Granger’ówny a za nią reszta jej ciała. Weasley był już w połowie schodów na pierwsze piętro gdy do akcji wkroczyła różdżka brązowowłosej. Świsnęło błękitne, a potem różowe światło i tym sposobem chłopak właśnie wisiał do góry nogami nad sufitem i nie mógł wypowiedzieć żadnego słowa, bo jego język związał się na supeł. Gryfonka przelewitowała go bliżej siebie, jakby podejście do niego tych trzech kroków było poniżej jej godności.

- Czy mógłbyś z łaski swojej oddać mi ten bezcenny przedmiot? – zapytała słodkim głosem, po czym bezceremonialnie wyrwała mu zawiniątko z rąk i wsadziła sobie pod pachę. – Dziękuję. – odwróciła się na pięcie i wyszła. Gdy tylko zniknęła za ścianą prowadzącą na schody do kuchni, rudy chłopak z łoskotem wylądował na podłodze. Podniósł się z trudem i otrzepał bluzę.

- Niesamowita. Niesamowita…– zamruczał do siebie rozmarzonym głosem i obolały ruszył schodami na górę, żeby dołączyć do swojej siostry i Pottera.

Dom wariatów. – zgrabnie podsumował Snape. Skierował się na dół, gdzie poszła Granger. Był ciekawy co też takiego chciano jej ukraść.

Zszedł po schodach i ostrożnie zajrzał do laboratorium. Połowę powierzchni podłogi zajmowały kartony i pudła, wszystkie wypełnione po brzegi składnikami do eliksirów. Dziewczyna stała przy stole, tyłem do drzwi i majstrowała coś przy jednym z pudełek. Ruszył w jej stronę.

Dziewczyna słysząc czyjeś kroki podniosła głowę, ale nie odwróciła się.

- Czy do ciebie nic nie dociera? . – spytała ostro. – Nie potrzebuję cię tu. Jesteś ostatnią osobą, która mogłaby mi pomóc w segregowaniu składników alchemicznych, bo nie obraź się, ale jesteś beznadziejny…yyyy…  - w trakcie mówienia odwróciła się będąc pewną, że ujrzy Rona. Jakież było jej zdziwienie, gdy stanęła twarzą w twarz z Mistrzem Eliksirów we własnej osobie. – yyy? O! Profesor Snape! – stwierdziła zszokowana i przełknęła ślinę. Nie wiedziała, gdzie podziać oczy więc patrzyła wszędzie, tylko nie w stronę swojego profesora.

- Kiedy ostatnio sprawdzałem, nie byłem wcale taki beznadziejny z eliksirów. Szło mi nawet całkiem nieźle. – powiedział to spokojnie, ale uniósł znacząco brwi w wyrazie dezaprobaty. W rzeczywistości cała ta sytuacja bardzo go bawiła.

- Co? A. Nieee. Nieee, ja mówiłam o Ronie… On jest beznadziejny. Znaczy, z eliksirów beznadziejny. O Panu tak nie myślę. Pan jest w końcu nauczycielem i Mistrzem, prawda? – gdy skończyła plątać się w swoich zeznaniach była już czerwona jak piwonia i wyglądała jakby miała zapaść się pod ziemię. W dłoniach trzymała malutki pakunek zawinięty w złoty papier i teraz nerwowo skubała jego brzeg.

Snape przyglądał jej się z ukosa z kwaśną miną.

- W rzeczy samej. Już drugi raz zdarzyło ci się niechcący prawie mnie obrazić. Ma Pani szczęście, że jestem ugodowym nauczycielem. Nie u każdego uszłoby Pani płazem takie zachowanie. – powiedział to i z satysfakcją obserwował jak zmienia się wyraz jej twarzy. Ze zwykłego oszołomienia w najczystszy wyraz całkowitego szoku. Kochał onieśmielać ludzi, wprawiać ich w zakłopotanie, sprawiać by poczuli się zdezorientowani i niepewni. Wypełniało go wtedy uczucie czystej euforii. To była prawdziwa rozrywka dla inteligentnych ludzi.

Podszedł do wysokiego krzesła przy stoliku.

- Mogę? – zapytał uprzejmie i wskazał na siedzisko.

Gryfonka pokiwała twierdząco. Biedaczka, wciąż nie otrząsnęła się z osłupienia.

Gdy usiadł wskazał jej miejsce naprzeciwko niego.

- Siadaj.

Dziewczyna natychmiast wykonała prośbę, ale teraz patrzyła na niego z rezerwą.

Dobra, koniec tej zabawy.

Wyciągnął zza pazuchy dwie buteleczki. W jednej znajdował się gęsty, granatowy płyn, który pobłyskiwał na srebrno. W drugiej była prawie przezroczysta substancja, z lekkimi, zielonymi przebłyskami. Postawił obie na stole, jedna przy drugiej. Potem wyciągnął jakieś pergaminy i bardzo zadbany egzemplarz „Najczarniejszych eliksirów stulecia”. Do tego wyczarował pióro i kałamarz. Gdy wszystko ustawił w sobie tylko znanym porządku skierował swój wzrok z powrotem na dziewczynę, która przyglądała się z uwagą na fiolki z eliksirami.

- Czy wiesz co to jest? – wskazał palcem na granatowy eliksir.

- Czy mogłabym… z bliska? – zapytała dosyć niepewnie wskazując oczami na fiolkę. Nie wiedziała do czego dążył Snape. Dopiero co przyszedł a już się rozrządza. Nauczyciel gestem dłoni pozwolił, by przyjrzała się z bliższej odległości.

Dziewczyna delikatnie chwyciła buteleczkę i obejrzała ją z każdej strony. Przechyliła ją i zbadała gęstość i przelewność cieczy. Potem uniosła flakonik do lampy i obserwowała płyn pod światło. Odstawiła butelkę z powrotem na miejsce, w którym wcześniej stała. Rzuciła okiem na książkę, która przyniósł ze sobą nauczyciel i uniosła do góry brwi.

- Eliksir Odwrócenia Wspomnień? Powinnam się czegoś obawiać?

Zignorował jej pytanie.

- A ten? – wskazał na drugi eliksir.

- Tego nie znam. – odpowiedziała niemal od razu.

- Język. – syknął.

Drgnęła.

- Tego nie znam, panie profesorze. – poprawiła się.

- Nie obejrzysz z bliska?

- Nie ma potrzeby. Pierwszy raz widzę taką barwę i konsystencję. Nie znam tego eliksiru, profesorze.

- I nie jest to niczym dziwnym. Bo ten eliksir jeszcze nie istnieje.

Zerknęła na niego zdziwiona.

- Jak to? Co to znaczy? – ponownie omiotła wzorkiem drugą fiolkę, ale tym razem ze znacznie większym zainteresowaniem.

- To znaczy, że został stworzony dziś w nocy i nie został jeszcze zgłoszony do oficjalnego rejestru eliksirów.

Wstał zamaszyście, podszedł do regału z książkami i wyciągnął z niego jedną książkę. Wrócił do stolika i położył wolumin przed sobą. To była taka sama książka, jaka przyniósł ze sobą. Z tą różnicą, że znacznie bardziej zniszczona. Otworzył na stronie z przepisem na Eliksir Odwrócenia Wspomnień. Wskazał długim palcem na drobną notatkę w górnym rogu strony i inne mniejsze wskaźniki i odniesienia pomiędzy linijkami przepisu.

- Poznajesz?

- Tak. To moje notatki. Panie profesorze, czy mógłby mi pan powiedzieć o co chodzi? – wyglądała na zniecierpliwioną całą tą sytuacją.

Patrzył na jej twarz oceniając, jak zareaguje na to, co zaraz jej powie. W oczy rzuciło mu się mnóstwo malutkich piegów na jej nosie. Jej brązowe oczy były lekko przymrużone. Prawdopodobnie w ten sposób próbowała ukryć przed nim swoje zniecierpliwienie. Zwrócił uwagę na to, jak gęste i długie są jej rzęsy… KONIEC! STOP! Co ty wyprawiasz, profesorku?! Otrząsnął się ze swoich dziwnie błądzących myśli i wrócił do tematu ich rozmowy. Miał nadzieję, że nie było po nim widać, w którą stronę popłynęły jego rozmyślania.

- Otóż wczoraj natknąłem się na Pani notatki w tej książce i postanowiłem przygotować ten eliksir zgodnie z nimi. Zastąpiłem pył księżycowy proszkiem zielnym, zamiast 5 kropel kwasu szczawiowego dodałem tylko trzy, po każdej mieszając dwukrotnie w prawo i dwukrotnie w lewo, suszony mlecz japoński zastąpiłem jego świeżym pyłkiem a ilość odnóży karaczanów potroiłem, zgodnie z tym co Pani napisała. Do tego dodałem 20 ml czystego spirytusu, również z sugestiami zawartymi w notatkach a na koniec wycisnąłem sok z trzech dorodnych larw śliwkowatych po czym mieszałem przez piętnaście minut na wolnym ogniu. Resztę składników przygotowałem zgodnie z przepisem na Odwrócenie Wspomnień. Oto co mi wyszło. – wskazał na przezroczysty eliksir.

Oczy Gryfonki zapłonęły.

- Wyszedł?! – patrzyła co chwilę to na profesora, to na eliksir. Chwyciła go w dłonie i obejrzała dokładnie z każdej strony, tak samo jak wcześniej uczyniła z Eliksirem Odwrócenia Wspomnień. – Nie do wiary! – krzyknęła podekscytowana.

- Nie tak szybko. – przystopował ją. Utkwiła w nim swoje spojrzenie i zaniepokoiła się. – Owszem, koncept zmiany składników był dobry. Proporcje odmierzone bardzo trafnie. Nic nie kipiało, nic się nie przypalało. Eliksir w pełni współpracował. Ale jest jedno ale.

- Tak, panie profesorze?

- Nie jest to udoskonalona wersja Eliksiru Odwrócenia Wspomnień. Ma całkowicie inne działanie.

Z tymi słowami jej twarz zmarkotniała. Wyglądała na rozczarowaną i z oczu uleciał blask podekscytowania. Zdziwiło go to. Nie sądził, że aż tak zależało jej na tym eliksirze. Nie widział powodów, by musiała warzyć coś takiego.

- Jakie to działanie? – zapytała, ale bez entuzjazmu.

- Czasowo usuwa pamięć. – podniosła szybko głowę i znów mógł dostrzec ten błysk w oku, który wcześniej straciła. Zawahała się.

- Jak. To znaczy… - szukała odpowiednich słów. Znów te zmrużone powieki… – W jaki sposób zdążył pan tak szybko go przetestować, żeby stwierdzić, że właśnie takie ma działanie. Czasowo usuwa pamięć? W takim razie jak długo trwa stan bez wspomnień? Czy jest to proces całkowicie odwracalny? Nie powoduje trwałych uszkodzeń mózgu i jego części odpowiedzialnych za gromadzenie wspomnień? Czy jest bezpieczny zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn? Czy nie…

- Chwila, chwila! – krzyknął. – Powoli. – dodał już delikatniejszym tonem. Skoro mają być partnerami w biznesie nie zamierzał traktować jej w tym momencie jak smarkulę. Postanowił, że zdobędzie się na choć odrobinę cierpliwości. – Są pewne zaklęcia, które dokładnie mówią o działaniu danych eliksirów. Są znane tylko Mistrzom Eliksirów i są to bardzo skomplikowane czary. Daleko poza twoim poziomem. W każdym razie, użyłem zaklęcia, dzięki któremu mogłem stwierdzić, że ten eliksir ma działanie polegające na usuwaniu pamięci. Są już eliksiry, które to robią. Jest też zaklęcie, które już raz użyłaś w samoobronie i ma ono podobne działanie. Ale żaden znany mi eliksir nie usuwa pamięci tylko na dany okres czasu. Zrobiłem kilka dodatkowych testów na skrzatach domowych. – oczy Gryfonki zapłonęły złością i niedowierzaniem. – Wszystkie wyszły pozytywne. – dodał z satysfakcją.

- Nie mogę uwierzyć, że testował pan eliksir na skrzatach domowych! To niemoralne! – krzyknęła z oburzeniem i zarobiła bardzo karcące spojrzenie od swojego nauczyciela.

- Za tym na czym chciałabyś testować? Na ludziach? Akurat nie miałem chętnych śmiałków pod ręką.

- Nie wiem. Cokolwiek tylko nie bezbronne istoty.

- Za późno. - zignorował jej jęki. - Wracając. Wykonałem kilka wersji eliksiru i mogę stwierdzić, że o mocy wywaru decyduje ilość soku z larw śliwkowych. Im więcej, tym dłużej trwa stan niepamięci. W bazowej wersji eliksir działa tylko przez dwie godziny. Gdy dodałem więcej soku, udało mi się utrzymać ten stan przez osiem godzin.

- To dalej nie tłumaczy jak udało się panu wykonać ten eliksir dzisiejszej nocy, jak pan powiedział, i zdążyć sprawdzić jaki jest czas jego trwania.

- Nie tylko Pani używa Zmieniacza Czasu. – w odpowiedzi uniosła jedna brew.

- No dobrze. Czy osiem godzin to największy wynik jaki pan otrzymał?

- Tak. Po dodaniu soku z sześciu larw jak i po dodaniu soku z dwunastu larw wynik zawsze wynosił maksymalnie osiem godzin.

Zasępiła się.

- Czyli nie byłoby możliwe przedłużenie działania na dłuższy okres, panie profesorze?

- Masz na myśli jakiś konkretny czas? – zapytał zaintrygowany.

- Na przykład na rok.

Snape wyprostował się w krześle i założył ramiona na klatce piersiowej. Patrzył na nią niebezpiecznie zza przymrużonych oczu. Dziewczyna skuliła się w sobie.

- Czy jest jakiś powód dla którego chciałabyś pozbawić kogoś pamięci na rok, panno Granger? – zapytał cierpliwie.

Spuściła wzrok na stół.

- To tylko założenie czysto teoretyczne. – wyszeptała drżącym głosem.

Oboje wiedzieli, że nie mówiła prawdy.

Snape westchnął ciężko.

- Na rok… Może. Nie wiem. Musiałbym pokombinować ze składnikami. Teraz nie mam na to czasu.

- Ale mógłby pan to sprawdzić?

- Mógłbym. – odpowiedział po chwili ciszy. – Ale nie dzisiaj i nie jutro. Odpowiadając na resztę twoich pytań. Proces jest całkowicie odwracalny. Gdy eliksir przestaje działać następuje wyrzut melatoniny. Osoba zasypia i w trakcie snu jej wspomnienia wracają etapami. Po przebudzeniu pamięta wszystko sprzed okresu niepamięci, a sam czas bez wspomnień jest dla niej, cytuję: „jak za mgłą” lub osoba po prostu myśli, że spała przez cały ten czas. Eliksir nie powoduje żadnych trwałych uszkodzeń mózgu, przynajmniej moje sondy testujące żadnej zmiany nie odkryły. Sprawdzę „ochotnicze” skrzaty za kilka dni, żeby potwierdzić prawdziwość założenia. Płeć nie ma znaczenia. Eliksir zawsze działa tak samo. Chociaż nie testowałem go na dzieciach, więc lepiej nie ryzykować podawania go nieletnim. – zerknął na nią podejrzliwie, zastanawiając się, czy nieszczęśnikiem, któremu Granger chce zafundować utratę pamięci nie jest przypadkiem jakiś dzieciak.

Gryfonka patrzyła gdzieś w bok i w zamyśleniu jeździła palcem po wargach. Zmarszczyła brwi, co oznaczało, że myśli bardzo intensywnie.

Snape zdał sobie sprawę, że widział ją setki razy na swoich zajęciach, ale nigdy nie zwrócił uwagi na takie szczegóły. Dla niego ona po prostu była. I nic więcej. Teraz gdy siedział tak blisko niej miał wrażenie jakby odblokowała się jakaś kłódka w jego głowie i dopiero w tym momencie naprawdę ją zobaczył. Zdał sobie sprawę, że zapewne zawsze tak marszczy brwi gdy myśli, a jej ruchy oczami przypominały mu Dumbledore’a, który też zawsze błądził wzrokiem po ścianach i obrazach licząc, że tam znajdzie jakieś wskazówki. Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie pod nosem, podniosła głowę i spoglądała na niego pytająco.

- O czym pani myślała, panno Granger? – zapytał bez zastanowienia. Dopiero gdy zadał to pytanie wydało mu się ono dziwnie intymne.

Roześmiała się nerwowo.

- Naprawdę, nie chce pan wiedzieć. – zmieszała się. - Co zamierza pan zrobić z tym eliksirem?

- O to właśnie chciałem Panią zapytać.

- Nie rozumiem.

- To pani receptura.

- No tak. Ale nie w stu procentach. Oparłam ją o recepturę Odwrócenia Wspomnień.

- A to z kolei moja receptura.

- Pan stworzył ten eliksir?

- Tak. Wiele mikstur z tej książki jest mojego autorstwa.

- O kur…czę. W takim razie czego pan ode mnie oczekuje, profesorze?

- Mam propozycję.

- Słucham.

- Proponuję współpracę partnerską. Wydamy ten eliksir razem - jako współautorzy. Pani jako współautorka receptury, ja jako twórca i również współautor receptury. 1/3 zarobków z tantiemów za odkrycie nowego eliksiru trafi do Pani. Reszta dla mnie. Czy taka oferta panią interesuje, panno Granger?

- 1/3 to znaczy ile dokładnie?

- Towarzystwo Odkrywców Eliksirów, których jestem członkiem dzieli nowoodkryte eliksiry na kilka kategorii. Nie będę tu przybliżał dokładnych zasad tego podziału. Eliksiry z pierwszej kategorii są najmniej płatne. Nasz eliksir myślę, że podchodzi pod kategorię trzecią, czyli dosyć opłacalną. Obstawiam, że będzie to około tysiąca galeonów. Pani działka będzie zatem wynosiła ponad 300 galeonów.

Patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami. Jej oczy się zaszkliły.

- O rany. – po chwili wypuściła ze świstem powietrze z ust, uśmiechnęła się szeroko i wystawiła mu przez stół swoją dłoń. – Wchodzę w to.

Severus łypnął spode łba na szczupłą dłoń, która wystawiła mu Gryfonka i niepewnie podał jej swoją. Gdy ich dłonie się spotkały przeszedł go osobliwy dreszcz, który poczuł od czubków palców rąk aż po paliczki u stóp. Szybko wycofał swoją rękę, mimo to łaskoczące dreszczyki nadal błądziły w okolicy jego karku. Starał się z całych sił to zignorować. Nie patrząc na dziewczynę wyciągnął ze stosu pergaminów umowę, w której były zawarte zasady ich partnerstwa. Złożył swój podpis i podał jej, żeby zrobiła to samo. Dziewczyna podpisywała się swoim okrągłym, znajomym mu pismem zaraz pod jego drobnymi, pochyłymi literkami.

Nie wierzę, że naprawdę to robię. - pomyślał, gdy patrzył jak dziewczyna pochyla się nad pergaminem. - Upadłem na głowę. To pewne.

Gdy skończyła, Snape magicznie skopiował dokument i kopię podał Hermionie. Swój egzemplarz zwinął w rulon, schował do kieszeni płaszcza. Tak samo uczynił z flakonikami eliksirów i książką. Wstał gwałtownie i odwrócił się w stronę drzwi. Zanim jednak zrobił pierwszy krok, zerknął jeszcze na złoty pakuneczek, który dziewczyna odłożyła na brzeg stolika. 

- Co to? - zapytał.

Oczy Gryfonki zrobiły się wielkie jak galeony i zajaśniały podekscytowaniem.

- Nie uwierzy pan, panie profesorze.

Szybko wzięła do rąk pudełko i odpakowała je ze złotego papieru. Ich oczom ukazał się niewielki, jaskrawo błękitny kamień wielkości orzecha włoskiego. 

- Czy wie pan co to jest? - zapytała z przekorą. Dosłownie dziesięć minut temu on zadał jej bardzo podobne pytanie. 

Nie musiała czekać na odpowiedź nauczyciela. Widziała to w jego oczach.  

- Skąd to masz? - w jego głosie słyszała pożądanie.

Dziewczyna ostentacyjnie rozejrzała się po pomieszczeniu. Snape podążał za jej wzrokiem. Laboratorium całe zastawione było pudełkami z ingrediencjami.

- Profesor Dumbledore trafił na świetną okazję i wykupił od rodziny zmarłego kilka dni temu Mistrza Eliksirów z Japonii, Sihina Singa, cały jego składzik. W ciemno, nie wiadomo co dokładnie znajduje się w tych pudłach. Przyszły dziś rano i staram się je posegregować. No i w ten sposób trafiłam na ten skarb. Prawdziwy Kamień Księżycowy. A to dopiero trzecie pudełko które otwieram. We wcześniejszych były też inne perełki. - podeszła do regału że składnikami. - Kolce smoka japońskiego, skóra węża Lui-sho, bardzo cenna, włosy syreny i łuski z ogona syreny. Wszystkie te składniki są unikatowe i myślę, że jest tego więcej. – wydawała się być niezwykle podekscytowana swoim zadaniem i skarbami z pudełek. - Ale pudeł jest mnóstwo, a Harry i Ginny nie chcą mi pomóc. A Ron, no... Jest beznadziejny z eliksirów jak już pan wie. Więc siedzę tu sama a końca nie widać.

Odwróciła się od niego, zapakowała z powrotem Kamień Księżycowy i ułożyła go na regale ze składnikami unikatowymi. Potem wróciła do stolika i lekko zmieszana czekała na odpowiedź profesora.

Snape przyglądał się jak dziewczyna odkłada Kamień obok japońskich grzybków Soughadi. Potem rozejrzał się ponownie po pomieszczeniu i przerzucił wzrok na dziewczynę. Wyjął kieszonkowy zegarek i sprawdził godzinę a potem znowuż rozejrzał się dookoła.

- Mogę ci pomóc z tymi składnikami, ale tylko przez chwilę. - powiedział. 

Co ty robisz staruchu! Nie po to tu przeszedłeś! – zapiszczał pierwszy głosik w jego głowie.

Nie wiem co robię. Zamknij się! – odpowiedział drugi.

Stanowczo zaczynały go denerwować te rozmowy dwóch części jego świadomości. Nie rozumiał jak można być tak rozdartym wewnętrznie.

Gryfonka podskoczyła z radości na słowa profesora. Od razu jednak skuliła się w sobie na widok miny, którą posłał jej Snape.

- Bardzo dziękuję, panie profesorze. - powiedziała potulnie.

- Nie gadaj tylko bierz się do roboty. 

Zdjął długi płaszcz i przewiesił go na krześle. Bez tego elementu ubrania nie wydawał się już taki nietoperzowaty i straszny. Pracowali w ciszy. Zauważył, że dziewczyna czasami zerka w jego stronę kątem oka. Starał się to ignorować, chociaż miał ogromną ochotę powiedzieć jej kilka niemiłych słów. Pochylał się nad pudłami i sprawnie segregował wszystkie składniki. Faktycznie zapasy Mistrza Singa naprawdę były niezwykłe. Czasami nie mógł się powstrzymać przed uśmiechem satysfakcji gdy znalazł jakiś składnik, o którym myślał od dawna.

Po półtorej godziny większość ingrediencji była już posegregowana i porozstawiana na regałach. Znaleźli całe mnóstwo unikalnych składników, niektóre były wręcz białymi krukami swojej kategorii. Na podłodze wciąż leżało kilkanaście paczek. Profesor po pewnym czasie przeklął głośno i syknął jakby z bólu. Przynajmniej tak wydawało się Hermionie, która akurat zerknęła w jego stronę. Następnie bardzo niezadowolony sprawdził godzinę na swoim zegarku, szybko nałożył czarny płaszcz i ruszył ku wyjściu.

- Nie mam więcej czasu. Z resztą składników na pewno poradzi sobie Pani sama. W moim laboratorium mam cały zapas eliksiru, o którym rozmawialiśmy. Jeżeli będziesz go potrzebowała to przyjdź do mnie. A, i do niedzieli wyślij mi sową jak chcesz, żeby się nazywał. W przyszłym tygodniu pójdę zgłosić go do Towarzystwa i potrzebuję nazwy. Tylko, żeby nie była idiotyczna.

Pokiwała na zgodę. Ruszył do drzwi, ale przystanął jeszcze na progu.

- I następnym razem sprawdź do kogo mówisz zanim otworzysz gębę. Członkostwo w Zakonie zobowiązuje cię do większej ostrożności niż zwykle.

Dziewczyna już otwierała buzię, żeby podziękować mu za pomoc gdy mężczyzna odwrócił się do niej plecami i ruszył z miejsca.

- Żegnam. – rzucił przez ramię i wyszedł nie czekając na odpowiedź. 

- Do widzenia. – rzuciła w pustą przestrzeń zszokowana dziewczyna. Stała jeszcze chwilę w miejscu, myśląc o tym jak dziwne było to dzisiejsze spotkanie z profesorem, po czym powróciła do poprzedniej czynności. Pochyliła się nad kolejnym kartonem i zatopiła się we własnych rozmyślaniach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz