Rozdział VI

„Kochać to niszczyć, a być kochanym, to zostać zniszczonym."

Cassandra Clare „Miasto Kości"


Hermiona zabrała się za resztę pakunków i nadal rozmyślała nad dzisiejszym spotkaniem z profesorem Snape'em. Tak w zasadzie, jakby zanalizować ich całą rozmowę to nie mogła powiedzieć o nim złego słowa. Co więcej, tę feralną pomyłkę na samym początku puścił prawie mimo uszu. Zdawało jej się, że nawet chyba zażartował z tej sytuacji.

Nieeeee... To jest jakieś dziwne.

Dziewczyna zmarszczyła brwi. Nie zauważyła, że przestała pracować i teraz tylko opierała się w zamyśleniu o blat stołu alchemicznego.

Takie zachowanie jej nauczyciela było zdecydowanie niestandardowe. Zwracał się do niej per panno, cierpliwie odpowiadał na wszystkie zadane mu pytania. Sam fakt, że przyszedł do niej z TAKĄ propozycją?! Nie do pomyślenia... I zaoferował pomoc z rozpakowywaniem! Sam z siebie! Tak po prostu!

O.CO.CHODZI??? – myślała gorączkowo. Nie potrafiła znaleźć żadnego logicznego wytłumaczenia, dlaczego Snape zachowywał się wobec niej w porządku. Nie tylko dzisiaj, poprzedniego dnia również był znośny, ale dzisiaj naprawdę był dosyć miły. A przecież Snape nigdy nie jest miły. A już na pewno nie dla uczniów Hogwartu. W szczególności dla przyjaciół Harrego Pottera.

Nie żeby Gryfonka wybielała swojego nauczyciela, co to to nie. Dalej rzucał kąśliwymi i chamskimi uwagami, ale ostatnio jakby mniej.

Pomyśl logicznie. Zaproponował ci współpracę, więc jakby nie było jesteście partnerami naukowymi. No i teraz jesteś członkiem Zakonu, więc niejako również jesteście partnerami we wspólnej sprawie. – powiedział jej cicho głosik w jej głowie.

No tak, właśnie tak. – dopowiedział drugi. – Robi to z obowiązku.

Czyste wyrachowanie, moja droga. Przecież nie robi tego z dobroci serca, nie zniżajmy się zbyt nisko, żeby tak myśleć. – powiedział z powrotem pierwszy.

Święta racja. Jest uprzejmy bo tak wypada w tej sytuacji. Nic więcej Hermiono. – potwierdził drugi głosik

- Może ja was nazwę, bo zaczynacie mi się mylić. – powiedziała sarkastycznie Hermiona, jak by nie było, sama do siebie. - Pierwszy głosik będzie Mirandą a drugi Stellą. Co wy na to?

Nikt jej nie odpowiedział.

Merlinie, co ja z sobą robię. Zamknęła twarz w swoich dłoniach i jeszcze raz przeanalizowała całą sytuację.

Najbardziej ze wszystkiego zadziwiał ją fakt, że Snape sprawdził jej teorię i jej sugestie zapisane w rogu książki. Nie wiedziała w jaki sposób dobrał się do tych notatek, ale była mu poniekąd wdzięczna, że jakoś się o nich dowiedział. No i zdecydowanie jej to schlebiało. Próbowała sobie wyobrazić, że Snape znajduje notatki jakiegoś innego ucznia po czym sprawdza jeszcze tego samego dnia czy rzeczywiście teorie owego ucznia były słuszne. Parsknęła śmiechem. Niedorzeczność. Nie potrafiła sobie tego w żaden sposób wyimaginować.

Westchnęła.

No i co z tego? I tak to nic nie dało. Wciąż stoję w punkcie wyjścia. – jej humor znacznie się pogorszył.

Od dawna szukała czegoś, co mogłoby wymazać pamięć, zmodyfikować wspomnienia albo sprawić, by ktoś zapomniał tylko jakieś konkretne informacje. Ale wszystkie zaklęcia i eliksiry jakie znalazła miały działanie trwałe, a tego Hermiona chciała za wszelką cenę uniknąć.

I teraz, gdy nareszcie znalazła się coś, czego działanie da się odwrócić, okazuje się, że trwa tylko 8 godzin. 8 godzin! Przecież to nic!

Była wkurzona i zrezygnowana. W kieszeni spodni trzymała wczorajszy list od rodziców. Wciąż czuła do nich żal i rozgoryczenie. Nie potrafiła uwierzyć, że mogli okłamywać ją przez tak długi czas. Dla niektórych brak prawdy nie równał się kłamstwu, ale ona była innego zdania.

Mimo tego zdarzenia Hermiona nie mogła zrezygnować z ochrony jej rodziców. Wiedziała co się zbliżało, co właściwie już trwało. Wojna. A wojna zawsze zbiera krwawe żniwo. Długo myślała nad najlepszym rozwiązaniem i w końcu postanowiła zmodyfikować swoim rodzicom pamięć. Zmiana tożsamości, miejsca zamieszkania, zmiana historii życiowej. Bezpiecznie dla nich, bo nie będą już Grangerami. Bezpiecznie dla Zakonu, bo nie będą mieli żadnych poufnych informacji ani powiązań z członkami. No i gdyby Hermiona przeżyła wojnę mogłaby ich odnaleźć i sprowadzić z powrotem. A jeśli nie... cóż, przynajmniej nie cierpieliby z powodu śmierci córki, o której nie mieliby zielonego pojęcia. Tak. To było najlepsze rozwiązanie. I ten eliksir, który wydawał się jej idealnym dopełnieniem całości. No właśnie. Wydawał się.

Dziewczyna westchnęła ciężko. Podniosła z podłogi kolejne pudło i zaczęła segregować następne składniki. Nie trwało to długo zanim skończyła, bo wraz ze profesorem zrobili już znaczną część pracy.

Przypatrywała mu się ukradkiem gdy pracowali. Był skupiony na swoim zadaniu i robił wszystko dokładnie i starannie. Zauważyła, że kilkakrotnie uśmiechnął się do siebie, czy raczej do składników, które akurat trzymał w dłoniach, albo raz na jakiś czas mruczał coś pod nosem. Nie słyszała dokładnie co, ale domyślała się, że to również dotyczyło unikatowych ingrediencji, których znaleźli w pudłach całe mnóstwo. Mogłaby nawet przyrzec, że widziała jak zaświeciły mu się oczy gdy wyjął z kartonu słoik pełen kłów wampira. Wyglądał wtedy jak dziecko, które znalazło pod choinką wymarzoną zabawkę. Czyli niedorzecznie, bo przecież mówimy tutaj o Severusie Snape'ie, Postrachu Hogwartu.

Gdy skończyła pracę i wyszła z laboratorium zobaczyła przez okno w jadalni, że na dworze jest już kompletnie ciemno. W całym domu zalegała głucha cisza i mogła wyraźnie usłyszeć skrobanie korników w podłodze i futrynach od drzwi. Zaburczało jej w brzuchu i wtedy zdała sobie sprawę, że spędziła w laboratorium praktycznie bez wychodzenia ponad 12 godzin! Na pewno nie jest to zdrowe dla mojej cery. – stwierdziła kwaśno.

Po drodze na górę zajrzała do opustoszałej kuchni, z której podkradła kilka racuchów i ruszyła do swojego pokoju. Po cichu, unikając skrzypiących stopni schodów, dostała się do sypialni i nie budząc Ginny, wślizgnęła się pod kołdrę w swoim łóżku. Gdy zasypiała przypomniała sobie, że wczoraj przed snem pragnęła, by następny dzień powitał ją ciszą i świętym spokojem. Uśmiechnęła na tę myśl. Tu nigdy nie będzie spokojnie. – pomyślała z rozczuleniem, po czym zasnęła twardym snem.

___ ___ ___

- Mój Panie, wzywałeś mnie.

Severus kroczył swobodnie przez obszerny, marmurowy salon w kierunku swojego Pana. Było pochmurnie i przez wysokie, strzeliste okna wpadał do pomieszczenia jedynie delikatny blask księżyca w sierpie. Nie paliła się żadna świeca, a jedynym mocniejszym źródłem światła był ogień w kominku, przy którym w głębokim, tapicerowanym fotelu siedział Lord Voldemort, zwrócony lekko bokiem do drzwi wejściowych.

Na dźwięk głosu swojego poplecznika, czarnoksiężnik uśmiechnął się lekko i wyczarował obok siebie identyczny fotel. Severus podszedł do niego, przyklęknął i ucałował skraj szaty swojego mistrza.

- Siadaj, Severusie. – wskazał różdżką wyczarowane siedzenie.

Snape usiadł w miarę wygodnie i zwrócił swoją twarz w stronę Czarnego Pana. Jego pozycja wyrażała uprzejmie wyczekiwanie. Voldemort wpatrywał się swoimi czerwonymi oczami w płomienie i przez dobrych kilka minut złowrogą ciszę przerywały jedynie dźwięki skrzącego się drewna w kominku. Cienie, które padały na jego twarz czyniły ją jeszcze bardziej przerażającą. Snape mimo to nadal cierpliwie czekał. W jego głowie przelatywały miliony scenariuszy. Najgorszą z nich było odkrycie zdrady. Starał się z całych sił wypędzić z głowy zbędne myśli, ale było to niezwykle trudne w obecnej sytuacji. Poczuł, że jego serce zaczyna bić szybciej.

Czarny Pan gwałtownie obrócił głowę w stronę Snape'a. Jego twarz wyrażała całkowitą obojętność, ale w oczach, tych czerwonych, gadzich ślepiach można było dostrzec niezdrowy błysk.

- Ssss... - Czarny Pan świszcząco wciągnął powietrze przez usta. Dźwięk ten mimowolnie wzbudził dreszcz na karku czarnowłosego mężczyzny.

Widząc taką reakcję Voldemort roześmiał się, odsłaniając przy tym rząd nierównych, żółtych zębów i te dwa, niezwykle nieprzyjaźnie wyglądające kły.

- Severusie. – powiedział, nadal się uśmiechając. – Czy ty się mnie boisz?

Przechylił swoją głowę i otworzył szeroko ślepia w oczekiwaniu na odpowiedź.

Cholera.

Zachowaj głowę na karku.

Cholera. Cholera. Cholera.

- Emm... - Severus starał się nie spuszczać wzorku ze swojego Pana. Przełknął gulę, która urosła mu w gardle. Jak to rozegrać... – Chyba tak. – odrzekł po krótkiej chwili.

- Chyba?! – syknął ostro Voldemort.

- Każdy uczeń powinien czuć przed swoim mistrzem respekt. Ty, Panie, bez wątpienia wzbudzasz strach nie tylko wśród wrogów, ale także pośród swoich popleczników. W moim jednak przypadku, Twoja osoba, Panie, wzbudza nie tyle strach, co ogromny szacunek. Twój autorytet jest dla mnie ponad wszystko. – zrobił krótką pauzę. Voldemort nie odzywał się, czekał na ciąg dalszy. – Tak, Panie, boję się Ciebie, ale jest to strach wynikający z szacunku dla twojej wielkości. – mówił to wolno i spokojnie. Patrzył przy tym na swojego Pana najbardziej neutralnym wyrazem twarzy, na jaki go teraz było stać. Wykrzesał nawet w swoim spojrzeniu nutkę wzruszenia.

Voldemort patrzył na niego jeszcze chwilę po tym, jak skończył mówić, po czym wykrzywił swoją gadzią twarz w uśmiechu.

- Piękne słowa, Severusie. Zawsze twierdziłem, że jesteś mądrym człowiekiem, ale nie widziałem, że także humanistą.

Snape odwzajemnił uśmiech. Zagrożenie minęło.

- Spędzam ostatnio sporo czasu z ludźmi oderwanymi od rzeczywistości.

- No tak. Dumbledore zapewne rzuca pięknymi słówkami na każdym kroku. – zadrwił.

- Wystarczająco często bym miał ochotę rzucić się z wieży w jego obecności.

- Niepotrzebna śmierć. – skwitował krótko Czarny Pan. – Jeszcze mi się przydasz.

- Naturalnie, zrobię co tylko będziesz chciał.

Czarny Pan wstał, zatem i Snape poderwał się z fotela.

- Siedź, siedź, Severusie. – machnął lekceważąco w stronę Snape'a kościstą dłonią i skierował się w stronę najbliższego okna. – Jesteś moim gościem. Napijesz się czegoś?

- Chętnie. – odpowiedział, siadając z powrotem na wygodnym siedzisku.

- Łatka! – syknął czarnoksiężnik. Natychmiast u jego stóp pojawiła się mała, żałośnie wyglądająca skrzatka. Ukłoniła się przed nim tak nisko, że czołem dotykała ziemi. – Dwa razy rakija. Natychmiast.

Skrzatka chciała ukłonić się jeszcze niżej przed swoim panem, ale została potraktowana brutalnym kopniakiem i z jękiem teleportowała się po alkohol.

- Przywiozłem z Albanii bardzo ciekawy trunek. Musisz koniecznie spróbować. To wódka, ale smakuje trochę jak brandy. Na pewno ci posmakuje.

- Nigdy nie gardzę dobrym alkoholem. – potwierdził Snape.

Czarny Pan chodził przez chwilę po pomieszczeniu, po czym stanął za swoim fotelem. Nie minęła minuta, gdy w pomieszczeniu znów pojawiła się Łatka niosąc na tacy dwie szerokie szklanki wypełnione niemal przezroczystym trunkiem. Postawiła tacę na stoliku najbliżej kominka i z głębokim ukłonem zniknęła. Voldemort wziął ze stolika obie szklanki i jedną z nich podał Severusowi. Usiadł ponownie w fotelu i zaczął powoli sączyć alkohol. Snape również skosztował nowej wódki. Była mocna, bardzo mocna. Poczuł silne pieczenie w przełyku i udało mu się wyczuć lekko winogronowe nutki smakowe. Przyjemne uczucie ciepła rozeszło się po całym jego ciele.

- Smaczna. – skomentował. Czarny Pan skinął mu i odlewitował swoją, praktycznie pełną szklankę z powrotem na tacę.

Czyli jednak coś się święci. – pomyślał czarnowłosy.

- Rozmawiałem dzisiaj z Bellą.

Oho.

- Tak, Panie?

- Tak. I wiesz co mi powiedziała?

- Nie wiem, Panie.

- Powiedziała, że jesteś zdrajcą. – warknął, a w jego dłoniach nagle znalazła się różdżka, którą obracał między palcami.

Severus roześmiał się na te słowa. Śmiał się głęboko i serdecznie i błagał w myślach wszystkich znanych mu bogów, żeby brzmiał wystarczająco przekonywująco. Słysząc ten śmiech, również Czarny Pan nie mógł powstrzymać drgnięcia kącików swoich ust.

Snape zaplanował wiele ewentualnych scenariuszy w razie, gdyby Czarny Pan dowiedział się o zdradzie. Taka reakcja była jedną z możliwości i jak widać, poskutkowała idealnie.

- Również nie mogłem w to uwierzyć. – rzekł spokojnie. – Aczkolwiek. – dodał ciszej. – Wiem, że masz przede mną mały sekret. Zechcesz mi go teraz zdradzić, czy mam wyciągnąć go z ciebie innymi sposobami? – mówiąc to nachylił się do przodu tak bardzo, że ich twarze dzieliła zaledwie długość dłoni. Czerwone oczy patrzyły wprost w czarne źrenice Snape'a.

Oddech zamarł mu w płucach. Zaraz wszystko się wyda, on umrze, a bez niego ten cholerny Zakon upadnie szybciej, nim ktokolwiek zdąży powiedzieć „Dumbledore". Postanowił improwizować. Uniósł do góry prawą brew, w geście niemal impertynenckim, biorąc pod uwagę fakt jak blisko niego znajdował się Voldemort. Jeszcze trochę bliżej i Czarny Pan z pewnością mógłby usłyszeć jak szalenie mocno bije mu serce.

- Panie? – zapytał, udając, że nie wie o żadnym sekrecie.

- Panie... – przedrzeźnił go Voldemort. – Sądziłem, że jesteś sprytniejszy. – syknął i odsunął się od niego z obrzydzeniem. – Jak mam ci zaufać, skoro nie dajesz mi ku temu powodów.

- Jeżeli zrobiłem coś wbrew tobie, Panie, jestem gotów na karę.

- I poniesiesz karę. Wiem o Wieczystej Przysiądzie.

Cholerna Bella.

- A więc o to chodzi. Wybacz mi, mój Panie. Faktycznie ukrywałem ten fakt przed Tobą.

- I to był twój błąd. Wytłumacz się. Natychmiast!

- Cyzia przyszła do mnie z prośbą o czuwanie nad Draco. Miałeś o tym nie wiedzieć, dlatego Bella była przeciwna, tak samo jak i ja. Później Bella zarzuciła mi tchórzostwo, sama niemal wymuszając na mnie złożenie przysięgi. Nie mówiłem Ci o tym przez wgląd na Cyzię. Boi się o Draco, ale również bała się twojego osądu. Wiedziała, że nie powinna z tym do mnie przychodzić.

- Mam ci uwierzyć!? Słowo przeciwko słowu?

- Oddam ci swoje wspomnienia, jeżeli tego pragniesz. Nie mam nic do ukrycia.

Voldemort przyglądał mu się z ciekawością.

- Poproszę. – wycedził. Wyczarował małą fiolkę i podstawił ją pod nos czarnowłosemu. Ten chwycił różdżkę i przystawiwszy ją do skroni, wyciągnął z niej srebrną nitkę wspomnień z dnia, o którym rozmawiali. Umieścił wspomnienie w fiolce a Czarny Pan natychmiast zmaterializował swoją myślodsiewnię i zanurzył się we wspomnieniach Severusa.

Nie trwało to długo, gdy czarnoksiężnik wynurzył się z myślodsiewni i wyprostował swój nad wyraz długi, giętki kręgosłup. Zwrócił swoją twarz ku Severusowi, który czekał na osąd swego Pana.

- A więc tak... Wybrnąłeś, Severusie.

Snape ukłonił się lekko w geście podziękowania.

- Zadziwia mnie jednak, że zgodziłeś się chronić Draco, a nawet nie wiesz jakie zadanie mu powierzyłem.

- Cokolwiek to nie jest, jeżeli tego chcesz od Draco, pomogę mu w tym.

- Bardzo lojalnie. Chyba niepotrzebnie mam wątpliwości co do twojej wierności.

- Ostrożność do cecha dobrego przywódcy, Panie.

- Skończ już z tym „Panem". – warknął groźnie. – To rozmowa przyjacielska. – dodał spokojniejszym tonem.

Humor mu się zmienia jak kobiecie w ciąży.

Severus cieszył się, że przeszli na poziom „przyjacielskiej" rozmowy. Zdarzało mu się nie raz już prowadzić takie konwersacje i zazwyczaj były naprawdę znośnie. Oznaczały one kilka rzeczy.

Po pierwsze, Czarny Pan był z czegoś zadowolony. W tym przypadku, zadowolony z tego, że Snape jednak nie okazał się zdrajcą.

Po drugie, potrzebował rady. Czasami radził się Lucjusza, ale ten popadł w niełaskę po wydarzeniach w Ministerstwie. Kiedyś chodził po drobne rady do Belli, ale ta była tak zapatrzona w swojego mistrza, że nie potrafiła dostrzec żadnych wad w jego planach. A Snape, ze swoim nietuzinkowym umysłem potrafił to robić i w przeciwieństwie do Lucjusza, potrafił te wady przekuwać w dobre pomysły. Dlatego od jakiegoś czasu Pan radził się właściwie tylko jego.

I po trzecie. Czarny Pan, mimo wszystko, nadal był człowiekiem, chociaż już w niewielkim stopniu. I to człowiekiem bardzo inteligentnym. Nudziły go rozmówki z przeciętnymi śmierciożercami, którzy w większości byli półgłówkami, a także obrzydły mu już peany ze strony Belli i innych zapatrzonych w niego jak w obrazek kobiet. Gdy potrzebował rozmowy na poziomie pozostawał mu tylko Severus Snape.

- Okazałeś mi wierność. W takim razie zdradzę ci cel misji Draco.

- Cóż to takiego? – zapytał z udawanym zaciekawieniem.

- Raczej któż. Dumbledore. Starzec ma umrzeć przed końcem czerwca. Co ty na to?

Snape udał zdziwienie po czym uśmiechnął się niewinnie.

- Poważne zadanie dla chłopaka. Sądzisz, że da rade to zrobić?

- Oczywiście. Będzie musiał, zna konsekwencje w przypadku niepowodzenia.

- Jakie one są?

- Takie jak zawsze. Śmierć.

- Dlaczego nie dałeś tego zadania komuś bardziej odpowiedniemu. Na przykład mi? Spędzam z tym starcem więcej czasu niżbym chciał, mógłbym go zabić w każdym momencie.

- Przyznam, że na początku wahałem się. Byłeś oczywistym wyborem, ale z oczywistych też względów nie wiedziałem, czy mogę ci w pełni zaufać.

- To zrozumiałe.

- Poza tym Lucjusz szczerze mnie rozczarował. To kara za jego nieudolność. W moich szeregach nie ma miejsca na idiotów, których potrafi wykiwać byle nastolatek.

Bo przecież ciebie Potter nie wykiwał ani razu. – zadrwił w myślach.

- Ale teraz, skoro złożyłeś przysięgę, jestem spokojny, że ten stary głupiec zginie jeszcze przed następnymi wakacjami.

- Nie musisz się o to obawiać. Mroczny Znak nad Hogwartem będzie widać z promienia wielu kilometrów.

- Cieszy mnie twój entuzjazm.

- To zadanie to zaiste zaszczyt, jak mówiła Bella.

- Bella. – westchnął z rozmarzeniem Voldemort. – Gdyby choć część moich ludzi była mi oddana w połowie tak jak ty i Bellatrix. Miałbym już cały świat u swych stóp. – usiadł ponownie w fotelu i przywołał do siebie resztę rakiji. – Aczkolwiek, mogłaby być bardziej rozsądna. Jej szaleństwo, owszem, jest godne podziwu, ale po dzisiejszej rozmowie mam wrażenie, że upadła na głowę już całkowicie.

- Cóż takiego powiedziała?

- Nic. Jej dzisiejsze pomysły względem osłabienia Zakonu były doskonałe. Problem w tym, że chciała ucałować mą dłoń. – wystawił swoją bladą kościstą dłoń z błonami między palcami i zaprezentował gest podawania dłoni do pocałunku. – Pozwoliłem jej w całej mej łaskawości i nawet się nie zorientowałem kiedy złapała mnie za rękę i chciała się do niej przytulić. – ostatnie słowo wypluł z czystym obrzydzeniem. Jego twarz wykrzywiona była w niesmaku. – Ukarałem ją srodze.

- To miłość, mój Panie. – zakpił Severus z uśmiechem. Czarny Pan odwzajemnił ten kpiący uśmieszek.

- Gardzę miłością. Mimo to uważam to... uczucie... za bardzo ciekawą przypadłość. Doskonale pomaga w manipulowaniu innymi. Weźmy za przykład taką Bellę. Zrobi dosłownie wszystko o co ją poproszę, nie cofnie się przed niczym, zdradzi mi każdy sekrecik. To wielce pomocne. Nie zadaje pytań, nie szuka głębszego znaczenia dla moich słów. Po prostu ślepo wykonuje moje polecenia i jeszcze merda przy tym ogonkiem jak suka na widok świeżej kości. Doskonała broń.

- Trafne spostrzeżenie.

Ty, Severusie. – wskazał na niego długim palcem -Jesteś samotny. Taki umysł jak twój na pewno przyciąga do siebie mnóstwo kobiet, a ty wciąż jesteś sam. Dlaczego?

- Podobnie jak ty, gardzę uczuciami. Nie mam nic przeciwko krótkim znajomościom, ale miłość uważam za słabość. – zełgał gładko.

- Jesteśmy do siebie tacy podobni. Obaj półkrwi, obaj znienawidzeni przez własnych mugolskich, żałosnych ojców, obaj pozbawieni szacunku w młodości a teraz jeszcze wiem, że obaj gardzimy ludzkimi słabościami, jakimi są uczucia. Nie mam wątpliwości, że to właśnie podobieństwo sprawiło, że mam w tobie przyjaciela.

Uniósł do góry szklankę ze swoim trunkiem. Snape odwzajemnił gest.

- Za przyjaźń. – wysyczał zadowolony.

- Za przyjaźń. – powtórzył Snape po czym obaj zanurzyli swe wargi w alkoholu.

___ ___ ___

Nowy dzień powitał Hermionę okropną pogodą. W pokoju było ciemno, bo przez gęste, ciemne chmury nie przechodziły żadne promienie słońca. Do tego lał deszcz, który z łoskotem odbijał się od szyb i wiał gwałtowny wiatr, którego piskliwy pogłos wdawał się do pomieszczenia przez niewielkie szpary w okiennicach.

Ginny już wstała, jej łóżko było zaścielone. Dziewczyna spojrzała na zegar. Wpół do dwunastej.

O matko. Ale mi się spało...

Hermiona poprzedniego dnia poszła spać grubo po pierwszej w nocy i teraz jej organizm wyraźnie musiał się zregenerować. Było zimno i ponuro i Hermionie wcale nie chciało się wstawać w tak beznadziejny dzień. Ale nagłe, bolesne burczenie w brzuchu zmusiło ją do wyjścia spod ciepłej kołderki. Wczorajszo/dzisiejsze racuchy zdecydowanie nie były dla niej wystarczającym posiłkiem i teraz czuła się okropnie głodna. Gryfonka ubrała się w ciepła bluze z kapturem i jeansy i po spięciu włosów w ciasny kok zeszła na dół, żeby zjeść śniadanio-obiad.

W kuchni była obecna prawie cała rodzina Weasley'ów. Pan Weasley miał dzisiaj wolne, a George wpadł, żeby wziąć z laboratorium kilka pudełek z nowymi produktami do sklepu, które zrobili kilka dni temu razem z Fredem i niewielka pomocą Hermiony. Ron z Harry grali w szachy czarodziejów i Ginny przyglądała się ich grze. Pani Weasley zagrodziła jej drogę, gdy tylko Hermiona chciała przekroczyć próg pokoju.

- No nareszcie wstałaś! Właśnie miałam iść cię budzić. Obiad zaraz gotowy. Masz tu talerze, rozłóż proszę na stole.

Molly Weasley podała Hermione do rąk stos talerzy i dziewczyna bez słowa rozłożyła je na stole. Potem do rak wciśnięto jej jeszcze sztućce, potem szklanki i na końcu została zmuszona do noszenia półmisków z jedzeniem. Przez cały ten czas Harry, Ron i Ginny nawet nie podnieśli głów znad szachownicy, tak bardzo byli przejęci grą.

- Przepraszam bardzo. – warknęła Hermiona, podchodząc do nich ze sroga miną. – Może byście mi pomogli?

Nikt nawet nie podniósł na nią wzorku.

- Hermiona za chwilę, zaraz rozłożę Harrego na łopatki.

- Śnisz sobie?! To ja cię zniszczę.

- Dawaj Harry! - krzyknęła Ginny dopingując Harrego.

- I ty przeciwko własnemu bratu? – oburzył się Ron.

- I tak prawie zawsze wygrywasz. A Harremu dziś dobrze idzie. – wzruszyła niewinnie ramionami.

- Cieszę się, że tak świetnie się bawicie. – wycedziła Hermiona.

- Dzięki! – odpowiedział jej Ron i zrobił ruch na szachownicy. Skoczek Rona właśnie pobił wieżę Harrego w drobny mak. Ginny jęknęła.

- Źle postawiłeś tego pionka, jakbyś zrobił tak... - i zaczęła mu pokazywać palcem jej propozycje na wcześniejsze tury. – to teraz Ron nie miałby jak cię zbić tym skoczkiem.

- Ej! Nie podpowiadaj! – zaperzył się rudzielec.

Hermiona przewróciła oczami. Popatrzyła na panią Weasley z wyrzutem, a ta uśmiechnęła się do niej dobrotliwie.

- Chodź dziecinko, niech sobie grają.

Usiadła przy stole, obok niej usadziła się Hermiona. Gdy nakładała sobie na talerz sałatkę, do kuchni wszedł Artur Weasley z jakąś książką pod pachą.

- Kochanie, mam świetne wiadomości. – zaczął, gdy usiadł przy stole. – Umówiłem nas dzisiaj z architektem. O 14:00 w Norze. Zobaczy co da się zrobić z naszym domkiem.

- To wspaniale, Arturze! – wychyliła się przez stół i ucałowała męża w policzek. – Nie mogę się doczekać nowego domu.

- I ja również. Hermiono, chciałabyś może wybrać się dzisiaj na Pokątną? Miałem dzisiaj pójść sam, ale nie wiem jak długo nam się zejdzie na spotkaniu z architektem a potrzebuję na jutro kilka rzeczy.

- Oczywiście, z wielką chęcią.

- Chłopcy ci pomogą.

Hermiona zerknęła z powątpiewaniem na kolegów.

- No nie wiem, są ostatnio taaaaacy zajęci. – powiedziała z niechęcią.

- CHŁOPCY! – zagrzmiała pani Weasley. Harry i Ron podskoczyli na swoich miejscach tak gwałtownie, że strącili przy tym połowę pionków z szachownicy. Ginny prawie zleciała z krzesła i rozejrzała się z przestrachem po pomieszczeniu.

- Obiad jest na stole więc łaskawie proszę was, żebyście zajęli się posiłkiem. Później pójdziecie z Hermioną na Pokątną po zakupy dla Artura, bo nas nie będzie w domu. Czy to jasne?

- T-tak, mamo. – jęknął wciąż przestraszony Ron.

- No to już, na co czekacie?!

- Ja też mogę na Pokątną? – zapytała Ginny.

- Dla ciebie mam inne zadanie. Dzisiaj będzie spotkanie Zakonu. Masz posprzątać w całym domu. NA BŁYSK.

- Ale mamoooo!

- Bez dyskusji. Jeżeli wszystko jest już jasne, bierzcie się za jedzenie.

- Harry. – wtrącił pan Weasley. – Profesor Dumbledore prosił, żebyś ty również pojawił się na dzisiejszym zebraniu Zakonu. I ty również Hermiono. – Posłał jej przy tym porozumiewawcze spojrzenie.

- A ja? – zapytał Ron.

- Po moim trupie! – krzyknęła pani Weasley. – Jesteś jeszcze niepełnoletni i dopóki pełnię nad tobą opiekę możesz zapomnieć o braniu udziału w jakichkolwiek spotkaniach Zakonu.

Ron oburzył się.

- I tak Harry i Hermiona mi wszystko powiedzą.

- Zobaczymy. – Molly niebezpiecznie zmrużyła swoje oczy i ostrzegawczo pokiwała palcem Harremu i Hermionie.

Wszyscy zabrali się za jedzenie obiadu. Hermiona niemal podskoczyła gdy usłyszała, że dziś będzie zebranie Zakonu. I Harry na nim będzie. Nie mogła się doczekać, ale jednocześnie bała się, że wyjdzie na jaw przed Harrym, że również jest członkiem Zakonu. Zastanawiała się jaki jest powód dla dzisiejszego zebrania i rozmyślała o tym przez resztę obiadu.

Po posiłku skoczyła na górę po swoją torebkę zwiększająco-zmniejszającą, wzięła kurtkę przeciwdeszczową i razem z chłopcami przeniosła się siecią Fiuu do księgarni Esy i Floresy.

Jako, że poprzednim razem Hermiona nie zabrała się z Weasley'ami na Pokątną, tym razem postanowiła również zrobić zakupy do szkoły. Towarzyszył jej w tym Harry, który również nie miał jeszcze żadnych podręczników. Na Pokątnej pogoda nie była aż taka paskudna. Nadal było chłodno i ponuro, ale przynajmniej nie padało.

Najpierw udali się do Gringotta. Po wybraniu pieniędzy ze swoich skrytek uzupełnili swoje zapasy pergaminu, atramentu i piór. Hermiona postanowiła zaszaleć i zakupiła sobie piękne, ozdobne białe pawie pióro, ze złotymi oczkami w środku. Kosztowało krocie, ale pamiętała, że dzięki wynalezieniu eliksiru niedługo na jej konto wpadnie całkiem pokaźna sumka.

W następnej kolejności wybrali się do księgarni, ale w połowie drogi ich wzrok przykuło coś innego. Był to doszczętnie zniszczony sklep różdżkarski Ollivandera.

- O nie! – Hermiona zakryła usta dłonią. Przypomniała sobie co mówił Snape na jej pierwszy zebraniu Zakonu.

- To sprawka śmierciożerców? – zapytał Harry.

- Tak. – potaknął Ron. – Mówili o tym na zebraniu Zakonu na początku sierpnia. Śmierciożercy musieli to zrobić dziś rano, inaczej tata na pewno by nam powiedział.

- Myślicie, że zrobią coś złego panu Ollivanderowi?

- Niewykluczone. – powiedział Harry. – Jestem ciekawy czego Voldemort może od niego chcieć.

- Nie wiem, Harry. Ale obawiam się, że to może mieć związek z tobą. – Hermiona położyła swoją dłoń na jego ramieniu. Harry zwiesił głowę.

- Nie chcę, żeby ludzie cierpieli z mojego powodu.

- Nie mów tak. Oni nie cierpią z twojego powodu tylko przez Voldemorta. Te wszystkie złe rzeczy dzieją się przez niego, nie przez ciebie.

Harry uśmiechnął się do niej.

- Dzięki.

Nagle zobaczyli w rogu jakiś ruch. Ukazała im się doskonale znana sylwetka szczupłego blondyna. Zaraz za nim kroczyła jego matka. Oboje sprawiali wrażenie, jakby nie chcieli być obserwowani. Zniknęli za ciemnym rogiem, a nad skrzyżowaniem uliczek wisiała tabliczka: „Ulica Śmiertelnego Nokturnu".

Harry ruszył w tamtą stronę.

- Gdzie ty idziesz? – szepnął Ron.

- Jak to gdzie?! Za nim. Musze wiedzieć co on knuje tym razem.

- Ale oni poszli do Nokturnu! – jęknął rudzielec.

- No i co z tego. Ja idę, nie wiem jak wy.

Hermiona i Ron wymienili spojrzenia i chwilę później cała trójka kroczyła za Malfoyem w bezpiecznej odległości. Zatrzymali się kilkanaście metrów przed sklepem Borgin&Burkes, za którego drzwiami zniknął Draco wraz z matką. Zbliżyli się ostrożnie do okna i zajrzeli przez nie.

W środku było mnóstwo czarodziejów. Zobaczyli między innymi Bellatrix czy Greyback'a. Hermionie serce zaczęło walić z całej siły.

- Harry. – szepnęła najciszej jak potrafiła. – Nie powinniśmy tu być.

- Zgadzam się z Mionką. – szepnął Ron.

- Musze zobaczyć co oni robią. Muszę. – odszepnął im z cała pieczołowitością Harry. – Ron, ty stań na czatach.

- Czemu ja? – zająknął się chłopak.

- Bo zwracasz za dużo uwagi przez włosy. Stań w tamtej uliczce. Jakby ktoś szedł to wystrzel iskierki. No idź!

Ron w pół schylony podbiegł do wspomnianej uliczki, z której wcześniej wyszli. Harry z Hermioną ponownie zajrzeli przez zabrudzone szyby do środka.

Wszyscy czarodzieje stali w kółku i widoczność była kiepska, ale Hermiona mogła dostrzec sylwetkę Malfoya i dziwną, dużą szafę. Po chwili jednak widok zasłonił jej jakiś mężczyzna, który staną przy samym oknie. Natychmiast kucnęła i pociągnęła w dół Harrego, chowając się pod parapetem we wgłębieniu elewacji. Kątem oka zauważyła, że owym osobnikiem był Greyback, który uważnie rozglądał się po ulicy. Gdyby zerknął w dół, na pewno zauważyłby dwójkę nastolatków leżących na chodniku tuż przy ścianie. Na szczęście jednak nie zrobił tego, ale jednym ruchem różdżki zasunął zasłony i w ten sposób zniknęły ich szanse na podglądanie Malfoy'a.

- Mało brakowało. – jęknęła Hermiona, gdy oboje znów znaleźli się koło Rona. Serce nadal biło jej jak szalone.

- Co się stało? – zapytał Ron z przejęciem.

- Prawie nas zobaczyli. Dokładnie Grayback. Zasłonił okna roletami i musieliśmy się zbierać.

- Malfoy jest śmierciożercą. – wypalił nagle Harry

- Co?! – krzyknęli oboje, Ron i Hermiona.

- Widziałem jego ramię. Jestem prawie pewny, że był tam Mroczny Znak.

- Prawie?! Mogło ci się przewidzieć.

- Nie wiem, mam wrażenie, że widziałem Mroczny Znak. Poza tym, Hermiono. Jak myślisz, kim byli ci wszyscy ludzie? Greyback, Bellatrix, Narcyza Malfoy? Oni wszyscy są po jego stronie.

- No tak. Ale to poważne oskarżenie. Sam mówisz, że nie jesteś pewny czy to był Mroczny Znak.

- Hmmmm... - Harry udał, że się namyśla. – Faktycznie. To jednak mógł być tatuaż w kształcie Czekoladowej Żaby. Słyszałem, ze Malfoy bardzo je lubi.

- Nie kpij, Harry, bo ci to nie wychodzi. To bardzo poważna sprawa, myślę, że powinieneś o tym porozmawiać z Dumbledorem.

- A żebyś wiedziała, że to zrobię. Jeszcze dzisiaj. – warknął i ruszył w stronę księgarni, w której znajdował się kominek.

Ron stał w miejscu i nie wiedział co powinien zrobić.

- Idź za nim. – powiedziała miękko Hermiona. – Ja zrobię resztę zakupów.

Gdy Ron odszedł, Hermiona kupiła panu Weasley'owi wszystkie potrzebne mu przyrządy w magicznych sklepie majsterkowym, potem zakupiła nowy komplet szat u Madame Malkin, ale najwięcej czasu spędziła w księgarni. Gdy wróciła na Grimmauld Place było już po szesnastej. Zaniosła wszystkie zakupy do pokoju a potem nieśmiało zajrzała do sypialni chłopców.

Harry i Ron siedzieli na dywanie i czyścili swoje miotły, a Ginny leżała na łóżku Rona i zajadała się Fasolkami Wszystkich Smaków.

- Mogę? – zagadnęła.

- Jasne, wchodź. – zaprosił ją Ron.

- Harry, chciałam cię przeprosić. Nie powinnam tak na ciebie naskakiwać.

- To ja przepraszam, Hermiono. Nie naskoczyłaś na mnie. Po prostu... Po prostu przerasta mnie to już. – Harry odłożył swoją miotłę na bok. – Czuje się ostatnio taki samotny. Nie miałem z wami kontaktu przez prawie całe wakacje, do tego Dumbledore mnie ignorował przez długi czas, Syriusz nie żyje, teraz jeszcze Zakon mnie stresuje. Założę się, że będzie na spotkaniu Snape, a później wszystko co powiemy doniesie do Voldemorta. No i nikt nie traktuje mnie poważnie.

- My cię traktujemy, Harry. – Ron klepnął go w plecy.

- A propos Snape'a. – zaczęła Hermiona. – Musze wam coś powiedzieć. Pamiętacie jak wczoraj przyszedł tutaj po południu?

- Tak. – odpowiedziała Ginny.

- Nie. – powiedział zdziwiony Harry.

- Snape tu był? – zapytał Ron.

- Ignoranci. – rzuciła Ginny.

- No był, był. I nie uwierzycie z czym przyszedł.

Hermiona opowiedziała chłopcom przebieg całej wizyty, bez wszystkich szczegółów, ale zachowała cały sens tej sytuacji.

- 300 galeonów?! – zawołał z przejęciem Ron. – O matulu.

- Ale ekstra, Hermiono! Czemu wcześniej nic nie mówiłaś, że wynalazłaś nowy eliksir?

- No bo to właściwie nie ja. Ja tylko przeglądałam książkę no i nabazgrałam kilka swoich sugestii co bym zmieniła. Nie miałam pojęcia, że Snape będzie chciał to przetestować. Nie miałam pojęcia, że on w ogóle weźmie do ręki tę książkę.

- Musze przyznać, że postąpił naprawdę w porządku. No, że zrobił ten eliksir i w ogóle... że ci o tym powiedział. Mógł przecież zgarnąć całą zasługę dla siebie. – stwierdził Ron.

- To prawda. – potwierdziła Ginny. – Serio ładnie z jego strony,

Jedynie Harry nic nie powiedział.

- No i na koniec jeszcze pomógł mi z segregowaniem tym składników od Dumbledore'a. Nawet sam to zaproponował. Gdyby nie to, to pewnie do dzisiaj jeszcze bym je robiła.

- To brzmi niedorzecznie! Snape i bezinteresowna pomoc to oksymoron! – zaśmiała się Ginny. Hermiona również parsknęła śmiechem.

- Jestem w nie mniejszym szoku niż wy. Teraz musze wymyśleć nazwę dla tego eliksiru i do końca tygodnia mu ją wysłać sową. Ale nie mam pojęcia jak go nazwać.

- Może „Pomocna dłoń Snape'a". – zagrzmiała Ginny.

- Albo „Uprzejmość Nietoperza z Lochów"! – dodał ze śmiechem Ron.

- Albo wiem! Wiem! „Hogwardzki Postrach Umysłów"!

- To było dobre, Ginny! – zawołał Ron.

- Postrach Umysłów? Serio? Harry, weź im coś powiedz! – jęknęła Hermiona.

Harry, który do tej pory siedział cicho z dosyć nieciekawą miną westchnął ciężko, po czym uśmiechnął się chytrze do Ginny.

- Postrach Umysłów brzmi genialnie. – przytaknął i Ginny pochyliła się, żeby przybić z nim piątkę,

- No i ustalone! „Postrach umysłów" autorstwa Hermiony Granger i profesora Snape'a. Gratuluję!

Ginny wstała z łóżka, podeszła do Hermiony i z poważną miną potrząsnęła jej dłoń w gratulacyjnym geście.

- Jesteście postrzeleni. – kręconowłosa pokręciła ze zrezygnowaniem głową. Usiadła na łóżku Rona i razem z Ginny wzięła się za zajadanie Fasolek Wszystkich Smaków.

___ ___ ___

Było przed dziewiętnastą, gdy młodzież udała się do jadalni, żeby pomóc pani Weasley w przygotowaniach do spotkania Zakonu. Molly oczywiście nagotowała mnóstwo pysznego jedzenia. Hermiona zawsze zastanawiała się po co ona gotuje tego aż tyle. Jednak, gdy członkowie Zakonu powoli zaczęli pojawiać się na Grimmauld Place, zdała sobie sprawę, że może jednak nie wystarczyć dla wszystkich. Pojawili się wszyscy, których Hermiona znała i mnóstwo innych osób. Był Remus z Tonks, którzy ogłosili oficjalnie, że są parą. Towarzyszyło temu mnóstwo uścisków i gratulacji. Przybył Kingsley w towarzystwie ludzi z Ministerstwa. Była Lierege, Russel i Sutherland. Przy stole zdążyli się rozsiąść prawie wszyscy aurorzy, w tym Alfie, który od razu przywitał się z Ronem i zaczął mu i Harremu opowiadać o jego ostatniej akcji w terenie.

Hermiona siedziała jak na szpilkach. Bała się, że komuś może wypsnąć się, że jest jedną z nich. Ciężko byłoby jej się wtedy wytłumaczyć przed Harrym, Ronem i Ginny. Dochodziła dwudziesta, więc pani Weasley z hukiem wygoniła młodych Weasley'ów do swoich pokoi. W pomieszczeniu zostali jednak Fred i George, którzy wbrew gorącym prośbom matki, postanowili, że nie mogą już dłużej czekać i też chcą dołączyć do Zakonu.

W jadalni pojawił się Moody i wtedy Hermiona wpadła na pewien pomysł.

- Profesorze Moody? – zagadnęła go cicho, gdy starał się przepychać przez tłum.

- Ile razy ci mówiłem?! – krzyknął do niej szeptem, wyraźnie dopasowując się do niej.

- Tak, wiem. Nie jest pan, nie był i nie będzie moim profesorem. – dodała szybko za niego. Obejrzała się za siebie. Harry nadal gawędził z Alfiem Tompsonem. – Mam sprawę. – dodała równie cicho.

- Czemu szepczemy, Granger?! - warknął, szeptem, jakżeby inaczej.

- Chodzi o moje członkostwo w Zakonie. Harry nie może się dowiedzieć, no ale jednak zaczął się domyślać. Musiałam skłamać.

- Co żeś mu powiedziała?

- Że wcale nie jestem w Zakonie a profesor Dumbledore chciał ode mnie tylko przysługę. Powiedziałam mu, że chciał, żebym zaczęła używać Zmieniacza Czasu, ale, że jeszcze nie wiem w jakim celu.

- Ale namotałaś. Dobra, załatwię to. Wracaj do Pottera.

- Dziękuję, profesorze.

- A niech cię Granger! Zabieraj się stąd!

- Przepraszam! – pisnęła i rzuciła się biegiem z powrotem do Harrego. Szła szybko i starała się obserwować co teraz robi Harry więc nie zauważyła na swojej drodze ubranego na czarno mężczyzny, na którego wpadła z impetem.

Odbiła się od niego i wylądowałaby na posadzce, gdyby nie szybki refleks obiektu jej zderzenia. Profesor Snape chwycił ją za przegub bluzy i tym samym Hermiona uniknęła spotkania z podłogą.

- Patrz jak leziesz, Granger. – warknął, po czym puścił ją i odszedł w kierunku Moody'go.

Hermiona spaliła raka. Obejrzała się za swoim profesorem, ale ten już zdążył wtopić się w tłum. Czemu tu jest tyle ludzi?! Na poprzednim zebraniu było około 20 osób, teraz jednak było dwukrotnie więcej. Jak my się tu wszyscy pomieścimy? Patrząc znacznie uważniej pod nogi, Hermiona znalazła się nareszcie koło Harrego. Siedzieli na samym końcu długiego stołu. Naprzeciw nich, po drugiej stronie siedział Snape, Moody i Artur Weasley i zostały wolne jeszcze dwa wolne miejsca.

Punkt dwudziesta w pomieszczeniu zjawił się Dumbledore, ale nie przyszedł sam. Zaraz za nim do jadalni wszedł wysoki, starszy mężczyzna w bardzo eleganckim surducie, a za tą dwójką wkroczyło jeszcze około dwudziestu osób w różnym wieku. Dumbledore jednym ruchem różdżki powiększył pomieszczenie, tak by wszyscy mogli się zmieścić.

- Kim jest ten człowiek? – szepnął do niej Harry, wskazując głową na towarzysza Dumbledore'a.

- To Newt Scamander. – odszepnęła. – Twórca książki „Magiczne zwierzęta i jak je znaleźć". Miał niemały udział w obaleniu Grindelwalda. Po spotkaniu powiem ci o nim więcej.

Harry spoglądał na Scamandera z błyskiem nadziei w oku.

Gdy Harry przyglądał się staruszkowi, Hermiona postanowiła rozeznać się w pozostałych gościach. Szli gęsiego, żeby ustawić się w pobliżu Scamandera. Nagle przed jej oczami wyrósł wysoki, niebieskooki brunet. Zamarła na jego widok. Serce załomotało jej w piersi. On też ją dostrzegł, bo stanął w miejscu tak nagle, że idąca za nim dziewczyna wpadła na niego i przeklęła siarczyście potrącając przy okazji kolejną osobę idącą za nią. Zrobiło się zamieszanie i wszyscy zwrócili swoje twarze w kierunku sprawcy zdarzenia. On jednak patrzył tylko w kierunku pewnych czekoladowych oczu, a te oczy wpatrywały się tylko w jego jasne, niebieskie tęczówki. Zobaczyła, że skóra wokół nich napina się tworząc wesołe zmarszczki.

- Hermionka! – odrzekł chłopak w szczerym zdumieniu. W kącikach jego ust błąkał się uśmiech.

Wszystkie oczy zwróciły się z chłopaka na Hermionę.

- Coby*? – odezwała się przełamując swoje zakłopotanie. Cała zarumieniona opuściła z zawstydzeniem głowę. Przymknęła powieki i nie potrafiła zedrzeć uśmiechu ze swoich ust. Ponowne spotkanie...



*Coby – zdrobnienie od Jacob.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz