„O miłości wiemy niewiele. Z miłością jest jak z gruszką. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbujcie zdefiniować kształt gruszki."
Andrzej Sapkowski „Ostatnie życzenie"
Wzrok wszystkich obecnych skierowany był na opuszczoną w zawstydzeniu twarz młodej Gryfonki. Dziewczyna kątem oka widziała pytająco wpatrującego się w nią Harrego i wiedziała, że absolutnie nie uda jej się umknąć przed jego pytaniami. Ciszę przerwał Dumbledore, który odchrząknął znacząco i w ten sposób odwrócił uwagę od Hermiony.
- Teraz gdy już młodzi się ze sobą przywitali, chciałbym prosić was o absolutną uwagę. – rozejrzał się po zebranych, wyraźnie zadowolony z frekwencji.
Hermiona zastanawiała się czy to bezpieczne by tak wielu członków Zakonu zbierało się jednym miejscu. A tym bardziej, czy jest odpowiednie, żeby wszyscy członkowie znali i widzieli się wzajemnie. Jak by nie było, byli organizacją w pewnym sensie podziemną. Gdyby to wyszło na jaw, wystarczyłoby podać Veritaserum jednej osobie i prawdopodobnie wszyscy po kolei zostaliby wyłapani. Wiedza w tym przypadku nie była korzystnym czynnikiem. Spięła się lekko na tę myśl i podejrzliwie rozejrzała się po nieznajomych twarzach.
- Jak widzicie, - kontynuował Dumbledore. - nie przyszedłem dzisiaj sam. Jest z nami nie kto inny, ale sam Newt Scamander! Powitajcie go ciepło!
Rozległy się gorące brawa i dodatkowo gwizdy aprobaty ze strony braci Weasley'ów. To ciepłe powitanie trwało dosyć długo, zatem dyrektor musiał interweniować i prosić wszystkich o spokój, po czym oddał głos nowoprzybyłemu gościowi.
Newt wyprostował się i przemówił ciepłym, niskim głosem.
- Witam wszystkich bardzo serdecznie! Mój łącznik z Albusem poinformował mnie wczoraj, że Zakon potrzebuje wsparcia w walce z Voldemortem. Nie zwlekałem ani chwili i przybyłem od razu, zabierając ze sobą mojego drogiego przyjaciela, Adama Wolffa, szefa Tajnych Sił Magicznych USA razem z grupą jego najlepszych ludzi. - wskazał szczupłą dłonią na rosłego mężczyznę z grubymi, czarnymi wąsami i grupę około dwudziestu osób stojących za nim.
Hermiona podążyła wzrokiem w kierunku wskazanym przez Scamandra i jej spojrzenie znów spotkało się ze wzorkiem Jacoba. Trwało to zaledwie sekundę, ale wystarczyło by dziewczyna zarumieniła się na nowo. Chłopak posłał jej ciepły uśmiech i wyszeptał bezgłośnie "Później". Gryfonka kiwnęła nieznacznie głową na znak, że zrozumiała. Niechętnie skupiła swoją uwagę ponownie na przemowie honorowego gościa. Nie zauważyła, że tę ukradkową wymianę zerknięć obserwowały dwie inne pary oczu. Zielona - z zaciekawieniem i lekkim rozbawieniem, a niemalże czarna – z czystym zdegustowaniem.
- Bardzo dziękuję wam za ciepłe przyjęcie. - kontynuował Scamander. - Razem z generałem Wolffem zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby wspomóc was w walce.
Nagle jego wędrujący po uczestnikach spotkania wzrok zatrzymał się na Harrym. Jeszcze szerszy uśmiech pojawił się na jego poznaczonej zmarszczkami twarzy.
- Widzę, że mam zaszczyt dziś poznać samego Harrego Pottera! – odrzekł ciepło. Jego głos wydawał się Hermionie niezwykle budujący. Taki ciepły i miły, sprawiał, że wszystko wydawało się prostsze i niemal miało się wrażenie jakby zaraz słońce miało rozświetlić wszystkie mroki jakie ogarniały teraz świat. Gdyby nie tak późna godzina, być może faktycznie słońce zaświeciłoby teraz jaśniej.
Scamander ruszył z miejsca, by okrążyć stół i przywitać się z Chłopcem-Który-Przeżył. Harry wstał i również podążył w jego stronę. Spotkali się w połowie drogi i uścisnęli sobie nawzajem dłonie. Scamander nachylił się nad nim i zaczęli szeptać między sobą. Wszyscy wyciągali głowy, żeby usłyszeć o czym rozmawiają czarodzieje, a dodatkowo ludzie z USA byli bardzo ciekawi jak wygląda słynny Harry Potter.
Starszy czarodziej poklepał Harrego po plecach i wrócił na swoje miejsce. Chłopak szybko znalazł się z powrotem koło Hermiony.
- Co ci powiedział? - szepnęła dziewczyna.
- Potem. - odpowiedział lakonicznie Harry.
Hermiona obserwowała tę sytuację z dziwnym przejęciem w sercu. Gdy podawali sobie dłonie dziewczyna zdała sobie sprawę jak bardzo Harry już dorósł. Nie był już nieco apodyktycznym nastolatkiem. Stawał się mężczyzną, znakiem rewolucji. Jeszcze kilka godzin temu martwił się tym, że nikt nie traktuje go poważnie. Tymczasem Scamander przywitał się z nim jak z równym sobie, jak z jednym z przywódców. Wzruszył ją ten moment. Miała wrażenie że była świadkiem czegoś ważnego. Objęła krótko czarnowłosego przyjaciela ramieniem i posłała mu pełen uznania, pokrzepiający uśmiech. Chłopiec skinął jej z wdzięcznością głową.
- Dziękuję Albusie, oddaję ci głos.
- To ja dziękuję, Newt, za to że przybyłeś tak szybko. Moi drodzy! - dodał dyrektor nieco głośniej. - Rozpoczynam zebranie Zakonu Feniksa! Siadajcie wszyscy, nasze spotkanie na pewno potrwa długo bo jest wiele rzeczy, o którym musimy dzisiaj porozmawiać.
Na te słowa znikąd pojawiło się jeszcze kilkadziesiąt krzeseł, tak by goście zza oceanu mogli również usiąść. Generał Wolff znalazł jeszcze wolne miejsce przy stole między Moody'm a Arturem Weasley'em.
- Myślę, że zaczniemy od razu od najbardziej naglącej w tej chwili sprawy. Severus, nasz szpieg, - dodał, tak by nowi goście mogli poznać kto jest kim w szeregach Zakonu. - kilka dni temu był obecny na zebraniu śmierciożerców. Voldemort wrócił z Albanii. Severusie, oddaję ci głos.
Znów Hermionie zapaliła się czerwona lampka. Jaki jest sens posiadania szpiega, skoro wszyscy wiedzą kim on jest?!
Dumbledore usiadł, ale Severus nie zamierzał wstawać. Dlatego trzeba było całkowicie się wysilić i zachować bezwzględną ciszę, żeby móc usłyszeć każde jego słowo. Zresztą, jego osoba nie tylko na zajęciach z eliksirów wzbudzała autorytet, który wymuszał ciszę i posłuszeństwo. Na spotkaniach Zakonu jego ekspresja działała w ten sam sposób.
- Czarny Pan nie zwierzał mi się że szczegółów swojej podróży, ale nie to jest w tej chwili najistotniejsze. Prawdziwym problemem jest to, kto mu w niej towarzyszył. Na spotkaniu kręgu obecna była Moura DeLouge, która jak sądzę, trzymana jest pod działaniem klątwy Imperius. - ostatnie słowa musiał mówić bardzo głośno, gdyż na dźwięk tego imienia zrobiło się tak silne poruszenie, że ledwo można było usłyszeć swoje myśli.
Ludzie z Ministerstwa zbledli i wymieniali między sobą przerażone spojrzenia, a Lierege, dotąd znana Hermionie z chłodnego opanowania, zaklęła siarczyście.
- Cisza! - krzyknął Snape i natychmiast wszyscy się uspokoili. - To jeszcze nie wszystko. DeLouge spędziła z Czarnym Panem w Albanii praktycznie cały miesiąc, ale nie zauważyłem u niej żadnych śladów przemocy. Poruszała się normalnie. Zaobserwowałem brak stłuczeń, prostą postawę ciała. Nic, co mogłoby wskazywać, że była w jakikolwiek sposób torturowana fizycznie. Co do jej umysłu, jestem pewien, że została przynajmniej kilkakrotnie poddana torturom umysłowym. Aktualnie przebywa pod niezwykle silną klątwą Imperiusa. Wyzwolenie jej spod klątwy najprawdopodobniej spowoduje trwałe uszkodzenie mózgu, być może nawet śmierć. Już teraz jest silnie przerażona i tylko zaklęcie Czarnego Pana wciąż utrzymuje jej władze umysłowe na w miarę satysfakcjonującym poziomie. Czarny Pan oczekuje od niej, że powróci do pracy w Ministerstwie w przyszłym tygodniu.
- Biedna Moura. - zasępiła się Pamona Lierege. - Nie wierzę, że z własnej woli zgodziła się na towarzystwo tego obślizgłego gada.
- To już nieistotne. Traktujcie ją, jakby umarła w dniu zaginięcia. Teraz jest już tylko kolejnym infiltratorem w centrum Ministerstwa.
- Więcej empatii, Severusie. - upomniał go Dumbledore.
- Na wojnie nie ma miejsca na empatię. DeLouge nie żyje. To co z niej zostało to tylko marne resztki człowieczeństwa nie zasługujące na współczucie.
- Ktoś wie co się stało z jej rodziną? - wtrąciła Molly, która nie mogła już słuchać beznamiętnego głosu Snape'a.
- Nie żyją. - odpowiedział jej Alfred Russel. - Dostaliśmy dziś rano list ze zdjęciami zwłok.
- O Merlinie. - jęknęła Molly.
- Masz je ze sobą, Alferdzie? - zapytał Albus.
- Tak. - wyciągnął z kieszeni surduta plik zdjęć. Hermiona siedziała zbyt daleko, żeby cokolwiek zobaczyć, ale siedząca najbliżej niego aurorka, Sophia Lorenc zerknęła mu przez ramię i natychmiast zzieleniała po czym zakryła usta dłonią i odkaszlnęła jakby zrobiło jej się niedobrze.
- Na Salazara. - jęknęła. Alfred przelewitował zdjęcia przez stół w stronę dyrektora. Pliczków było naprawdę sporo.
- Moura miała sporą rodzinę. - dodał, gdy kilkanaście zdjęć trafiło już w ręce Dumbledore'a.
Hermionie zrobiło się niedobrze na samą myśl o co najmniej kilkunastu bezdusznych morderstwach na bogu ducha winnych ludziach. Dumbledore posmutniał i podał obejrzane zdjęcia Scamanderowi, który z kolei położył je przed Snape'em. Ten wziął do ręki fotografie i przyglądał im się bez żadnych emocji.
- To robota Dołohowa i Greyback'a. I chyba jeszcze Rockwooda, przynajmniej tych dwoje to Rockwood. - Wskazał jedną z fotografii Albusowi. Przy następnym zdjęciu prychnął.
- A to Bella, bez wątpienia. Lubi zostawiać...
- Wystarczy, Severusie. - przerwał mu Dumbledore. Wychylił się przez Scamendera i wyrwał mu z dłoni zdjęcia. - Co robimy z Mourą?
- Jak to co, Albusie? Trzeba ją odbić! - zawołała Pamona.
- Jesteś zaślepiona uczuciami, Lierege. - warknął Snape. - Nie słuchałaś co mówiłem?! Ona już praktycznie nie żyje. Jest chodzącym trupem! - w oczach Pamony zalśniły łzy. - Odbijemy ją i co chcesz dalej zrobić?
- Zaopiekuję się nią. Jest moją przyjaciółką. – wyłkała.
- Będzie tylko kulą u nogi. Nie potrzebujemy zawady. Nie mamy na to ani ludzi ani czasu. W dodatku może uciec, a wtedy bądź pewna, że wyśpiewa wszystko Czarnemu Panu.
- W takim razie co?! Chcesz ją zabić? Wydrzeć z niej te ostatnie resztki człowieczeństwa jakie jej jeszcze zostały?! - Pamona krzyczała i łzy obficie kapały jej po policzkach. Siedzący obok niej mężczyzna podał jej chusteczkę. Wszyscy patrzyli z politowaniem na Snape'a, który westchnął ciężko i pochylił się do przodu.
- Widziałem ją, Lierege. Ona cierpi katusze, nikt z nas nie zdoła jej pomóc. Śmierć będzie dla niej wybawieniem. Uwierz mi. - dodał spokojniejszym tonem, po czym wyprostował się i zakładając ręce na piersi powrócił do poprzedniej, zdystansowanej pozycji. Pamona nadal łkała, ale widocznie zaczęła się uspokajać. - Mogę przygotować odpowiedni eliksir. Wystarczy przyprowadzić ją w bezpieczne miejsce. Najlepiej byłoby, gdyby umarła w swoim własnym domu, ale z tego co wiem nie mieszka tam teraz sama. Proponuję jedną z kryjówek Zakonu. Dobrze, gdyby był przy niej ktoś bliski.
Hermiona z uwagą przyglądała się swojemu nauczycielowi. Nie mogła uwierzyć w to co słyszała. Targały nią sprzeczne emocje. Z jednej strony obrzydzenie względem człowieka, który z taką łatwością mówił o zabijaniu. Z drugiej, poczuła jakąś nić sympatii za okazane przez niego... właściwie co to było? Współczucie? Zrozumienie? Nie była do końca pewna. Cokolwiek to było, poruszyło cienką strunę w jej sercu. Nie spodziewała się po Snape'ie takiego zachowania. Miała go raczej za drania bez serca. Poczuła na wargach słony posmak i zdała sobie sprawę, że to jej własne łzy. Wytarła rękawem oczy.
- Wszystko w porządku? - szepnął Harry. Pokiwała głową i starała się uspokoić.
Już teraz poczuła się przygnieciona skalą okropności ostatnich wydarzeń, a był to dopiero początek spotkania.
- Myślę, że szpieg ma rację. - odezwał się Adam Wolff, którego tubalny głos niósł się wyraźnie po pomieszczeniu. - Ze strategicznego punktu widzenia nie ma tu miejsca na inną ewentualność. Ratując tę kobietę ryzykowalibyśmy zbyt wiele, zwłaszcza odkrycie naszego agenta. Na to nie możemy pozwolić. Skrócenie jej cierpień będzie najlepszym, co możemy dla niej zrobić.
Dumbledore rozglądał się ze smutkiem po pozostałych członkach Zakonu. Odchrząknął.
- Głosowanie. Kto jest za uratowaniem Moury DeLouge i zaopiekowaniem się nią?
Kilka dłoni wzbiło się do góry, w tym Pamony Lierege czy Molly Weasley. Hermiona obejrzała się z przestrachem na Harrego. Czy oni też mają głosować? Nie miała zielonego pojęcia co robić. I w ogóle, co to za pomysł, żeby głosować za skazaniem kogoś na śmierć lub uratowaniem życia. Harry również miał nieciekawą minę. Spoglądał w stronę Dumbledore'a, ale ten nie patrzył w jego stronę.
- Harry, co robimy? - szepnęła spanikowana Hermiona.
- Nie wiem, Hermiono. Nie mam pojęcia co robić.
Dziewczyna miała ochotę się rozpłakać. Chciała podnieść do góry swoją rękę, pragnęła, by ta kobieta miała jeszcze swoją szansę na życie. Ale jednocześnie w głowie dźwięczały jej słowa Snape'a. „Śmierć będzie dla niej wybawianiem". Przymknęła powieki i przegryzła wargę, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Jej dusza chciała krzyczeć z bezsilności.
- 8 osób za uratowaniem Moury. Kto jest przeciw?
Do góry poszybowało znacznie więcej dłoni niż poprzednio. Poczuła po prawo od siebie ruch i zobaczyła, że dłoń Harrego również powędrowała do góry. Rozejrzała się wokoło i dojrzała także Kingsley'a, Lupina i Tonks, wszyscy mieli ręce w górze. Naprzeciw niej Artur Weasley, unikając rozczarowanego spojrzenia Molly, niepewnie uniósł swą dłoń, a obok niego siedział Snape, który trzymał dłoń na niewielkiej wysokości, niemalże leniwie utrzymując rękę w górze. W ostatnim przypływie desperacji Hermiona pociągnęła ramię do góry. Przypomniała sobie jak w szkole tysiące razy podnosiła tak dłoń, żeby zadać pytanie albo zgłosić się do odpowiedzi. Teraz ta sama dłoń wydała wyrok śmierci.
Przełknęła gorzkie łzy, gdy Dumbledore ogłosił, że 40 osób zagłosowało przeciwko ratowaniu Moury DeLouge. Reszta wstrzymała się od głosu.
- Co myśmy zrobili, Harry? - zapytała go z przestrachem.
- Nie myśl o tym. To wojna. Na wojnie ludzie giną. - mówiąc to, starł kciukiem z jej policzka kolejną łzę.
- Dobrze. W takim razie, - kontynuował Dumbledore. - jutro chciałbym widzieć u siebie ciebie, Pamono. Do tego trzech chętnych aurorów. - naraz zgłosili się prawie wszyscy obecni aurorzy. - Doskonale. Nimfadoro, Alfie i Sophio. - wskazał ich różdżką. - U mnie w gabinecie. Punkt siedemnasta. Severusie ty zajmuj się eliksirem. Do czasu, aż sprawa z Mourą zostanie zakończona, zachowujcie się w jej obecności całkowicie normalnie. Nie wiecie, że jest pod działaniem klątwy. Pytacie ją o wakacje albo o powód nagłego zniknięcia i udajecie, że wierzycie w każde jej słowo. Starajcie się nie przebywać z nią na osobności dłużej, niż to koniecznie. Wszystkie podejrzane zachowania proszę raportować Nimfadorze. Wszystko jasne?
Po jadalni poniósł się niemrawy pomruk. Pamona siedziała skulona, jej sąsiad obejmował ją ramieniem.
- Następna nagląca sprawa to dzisiejszy atak na Ollivandera.
- Wszystko z Garrickiem w porządku? Severusie, wiesz coś? - zapytał Kingsley.
- Czy wie!? Pewnie sam był wśród oprawców! - zawyrokował wrednie Moody.
Snape łypnął na niego z pogardą.
- Od takich zadań Czarny Pan ma szmalcowników i inne popychadła. Ja jestem jego prawą ręką a nie chłopcem od brudnej roboty. - wycedził z nienaturalnym spokojem.
Hermionie serce zadudniło na te słowa. Snape jest prawą ręką Voldemorta?! Poczuła, że strach wypełnia powoli wszystkie komórki jej ciała. Zdała sobie sprawę, że jeszcze wczoraj siedziała z nim na wyciągnięcie ręki, a teraz dowiaduje się, że miała przed sobą prawdopodobnie jedną z najgroźniejszych osób jakie dane jej było spotkać. Tak naprawdę Hermiona nigdy nie zastanawiała się nad tym, co profesor Snape robi na spotkaniach śmierciożerców, ani jaką pozycję zajmuje. Ale ten fakt wzbudził w niej czystą falę strachu.
- Daj spokój, Hermiona. To nadal twój nauczyciel. No i szpieg. To jego praca. - pisnęła „Miranda".
- No właśnie. W dodatku jeszcze kilka godzin temu uważałaś, że był nadzwyczaj miły i pomocny. - zaskrzeczała „Stella".
Nadzwyczaj miła prawa ręka Voldemorta. - pomyślała i miała ochotę się roześmiać. To wszystko to jakiś chory żart. W dodatku wyjątkowo nieśmieszny.
- Prawą ręką? - drążył dalej Moody. - Czyli pewnie z radością wydałeś wyroki na rodzinę Moury, co Snape?
- Nie wypowiadaj się na tematy, o których nie masz zielonego pojęcia, Szalonooki.
- Więc może nas oświecisz? Co takiego robisz na zebraniach śmierciożerców?!
- Dość, Alastorze. - zagrzmiał Dumbledore. - Wszystko jest pod moją kontrolą. Ufam Severusowi w tej kwestii. Czy ktoś jeszcze ma jakieś zażalenia względem naszego szpiega?
Nastąpiła głucha cisza. Szalonooki obrażony poruszył się niespokojnie na swoim krześle i rzucał Snape'owi wściekłe spojrzenia.
- Nie widzę i nie słyszę. W takim razie kontynuujmy.
Hermiona zdążyła zauważyć, że dobroduszny staruszek, jakim zawsze uważała Dumbledore'a zniknął wraz z rozpoczęciem spotkania, a na jego miejsce wstąpił zdeterminowany, dążący za wszelką cenę do celu wódz, który jest w stanie poświęcić jednostkę dla dobra ogółu. Poczuła przypływ niepokoju. Nie znała Dumbledore'a z tej strony.
- Ollivander został przeniesiony do lochów w Malfoy Mannor. Czarny pan planuje złożyć mu wizytę dopiero jutro. – powiedział Snape. - Kingsley, zdążyłeś do niego z tą różdżką od Granger?
Dziewczyna poruszyła się niespokojnie na dźwięk swojego nazwiska.
- Tak. Różdżka nie została wykonana u niego. Stwierdził, że to robota Gregorowicza.
- Gregorowicza? Kto to? - zapytał któryś z aurorów.
- To bułgarski wytwórca różdżek. - wypaliła jak z rakiety Hermiona, która nie mogła powstrzymać się od odpowiedzi na tak banalne według niej pytanie. - Wiktor Krum podczas Turnieju Trójmagicznego posiadał różdżkę wytworzoną przez Gregorowicza.
Snape uśmiechnął się kpiąco. Panna-Wiem-To-Wszystko zawsze pozostanie Panną-Wiem-To-Wszystko.
- Niestety nic nam to nie dało. - odezwała się że zrezygnowaniem Sophia.
- Ależ oczywiście, że tak! - kontynuowała dalej Hermiona. - Wszyscy, a przynajmniej większość uczniów z Durmstrangu posiadało różdżki wytworzone właśnie przez Gregorowicza. A dyrektorem Durmstrangu jest niejaki Igor Karkarov, który był kiedyś śmierciożercą.
- Drań jakich mało! Pół życia go ściągałem a on i tak się wymigał. - warknął Moody.
- To może być trop, Hermiono. - zgodził się z nią Kingsley. - Severusie wiadomo ci coś o działalności Karkarova? Powrócił do szeregów Voldemorta?
- Nie. W tym momencie się ukrywa. Nie jest już dłużej dyrektorem Durmstrangu.
- W takim razie zajmiemy się znalezieniem Karkarova. Jest duże prawdopodobieństwo, że tym mężczyzną był stary uczeń Durmstrangu. Może Karkarov będzie go pamiętał.
- Czy to nie za dużo zamieszania jak na osobę, która i tak została pozbawiona pamięci? - wtrąciła nieśmiało Hermiona. - Moje Obliviate było wystarczająco silne. Nawet jeżeli poznamy jego nazwisko, obawiam się, że i tak nam nic nie powie.
- Mimo wszystko musimy dowiedzieć się kim on był. Jeżeli był śmierciożercą trzeba będzie wdrożyć dodatkowe środki bezpieczeństwa.
- Poza tym nie wiemy jaki był jego cel. Czy wiedział kim jesteś? Może Sama-Wiesz-Kto kazał mu cię śledzić... - dodał Alfie.
- Czarny Pan dowiedział się o istnieniu Granger dopiero kilka dni temu. Z jakichkolwiek powodów ten człowiek ją śledził nie były to rozkazy Sami-Wiecie-Kogo. – wtrącił Snape.
- Jak to dowiedział się kilka dni temu?! - zagrzmiała Molly Weasley.
- Jak to dowiedział się kilka dni temu?! – powtórzyła po niej w myślach spanikowana Hermiona.
- Możemy wrócić do tematu Ollivandera a kwestię panny Granger poruszyć później? – zapytał, nie oczekując odpowiedzi, Dumbledore. - Severusie, co jeszcze wiesz?
- Będą pilnować go w lochach przez całą dobę. Aktualnie lochy Malfoy'ów są jeszcze puste, więc będzie siedział tam sam. W dalszym ciągu nie wiem o czym Czarny Pan chce z nim rozmawiać. Oprócz oczywistego faktu, że o różdżkach.
- Wydaje mi się... - wtrącił niepewnie Harry. Snape skrzywił się z niesmakiem. - Znaczy... Gdy walczyłem z nim na Cmentarzu moja różdżka i jego tak jakby... połączyły się? Nie potrafię tego wytłumaczyć. Po prostu różdżka sama zareagowała na zaklęcie Voldemorta. Może o to chodzi? Może między naszymi różdżkami jest jakieś połączenie i Voldemort chce je zerwać?
- Niewykluczone, Harry. - potwierdził Remus. - Miejmy nadzieję, że Garrick'owi nic się nie stanie.
- Jest jakaś opcja odbicia go? - zapytał Kingsley.
- Raczej nie. W dworze Malfoy'ów jest zawsze przynajmniej kilku śmierciożerców, w tym Bellatrix. No i oczywiście Czarny Pan, który jest tam częstym gościem. W dodatku nikt z was prócz mnie nie zna planów budynku. Za duże ryzyko zdradzenia mnie. Można byłoby spróbować, ale ponieślibyście spore straty w ludziach. I jest ryzyko, że musielibyście walczyć przeciwko mnie, gdybym został wezwany.
- No to co? Zostawimy go na śmierć, tak jak Moure?
- Już wam mówiłem na poprzednim zebraniu. Wy naprawdę jesteście tacy tępi?! – Snape westchnął ciężko i przejechał dłonią po twarzy w geście całkowitego zrezygnowania. - Czarny Pan nie chce go zabić tylko przesłuchać. O ile ten staruch nie okaże się na tyle głupi, żeby wchodzić w nim w dyskusje i go obrażać, możecie być pewni, że włos mu z głowy nie spadnie.
- Ale i tak nie mamy gwarancji że przeżyje.
- Będę go miał na oku. No się czegoś dowiem, skontaktuję się z Albusem.
- Dobrze. Myślę że teraz możemy przejść do kwestii bezpieczeństwa członków Zakonu. - głos z powrotem zabrał Dumbledore. - Voldemort, nieistotne w jaki sposób, dowiedział się, że panna Hermiona Granger i pan Ronald Weasley są najlepszymi przyjaciółmi Harrego, co automatycznie przenosi na nich niebezpieczeństwo ze strony śmierciożerców. Tom wie, że Harry jest honorowym, zdolnym do poświęceń chłopcem. Dlatego, niestety Harry, - zwrócił się teraz bezpośrednio do niego. - obawiam się że będzie chciał tę wiedzę wykorzystać przeciwko tobie. Voldemort szczególnie zainteresował się tobą, panno Granger. - teraz skupił swoją uwagę na Hermionie. - Wie, że pochodzisz z mugolskiej rodziny a niestety wszyscy doskonale wiemy, jaki stosunek ma on do dzieci mugoli. Dlatego szczególnie ty, panno Granger, będziesz potrzebowała ochrony. Potrzebuję...
- Ja się zgłaszam! - przerwała mu osoba siedząca po lewej stronie pod ścianą. Był to Jacob, który zerwał się że swojego miejsca i stanął na baczność. - Zgłaszam się na ochotnika do ochrony Hermiony Granger!
Dumbledore nie spodziewał się że ktokolwiek odważy się mu przerwać. Generał Wolff posłał swojemu człowiekowi gromiące spojrzenie. W największym jednak szoku była Hermiona, która kolejny już raz dzisiaj spaliła raka w obecności całego Zakonu.
Dumbledore odchrząknął.
-Hmm... W zasadzie chciałem prosić pana Stronga, ale jeżeli generał Wolff wyda pozwolenie, jestem skłonny się zgodzić.
Zerknął na Wolff'a, który niechętnie skinął głową na znak potwierdzenia.
- W takim razie, panie...?
- Morrison. - przedstawił się Jacob.
- ...panie Morrison, proszę stawić się jutro o godzinie ósmej tutaj, czyli w Kwaterze Głównej Zakonu. Czy to jasne?
- Jak słońce, panie Dumbledore.
Dumbledore zatrzymał swój wzrok na dłużej na Jacobie, po czym znacząco zerknął znad swoich okularów-połówek na Hermionę. Później szybko wymienił spojrzenie ze Snape'em i Hermionie wydawało się, że doszli między sobą do jakiegoś szybkiego, cichego porozumienia, ale dziewczyna nie miała pojęcia o co mogło chodzić.
- Panno Granger, mówię teraz do ciebie, ale to się tyczy wszystkich was. Musisz zachować szczególną ostrożność. Nie wychodź sama, w szczególności do magicznego Londynu. Nie chcę ani Ciebie, ani Harrego i Ronalda spotkać w pojedynkę na Pokątnej albo w Hogsmeade. Czy to jasne?
Oboje, Harry i Hermiona pokiwali zgodnie głowami. Wcześniej zauważyła, że Harry wyraźnie spiął się na wspomnienie o ulicy Pokątnej. Postanowiła wykorzystać okazję.
- Panie dyrektorze? No bo właśnie...
- Tak?
- Dzisiaj z Harrym i Ronem byliśmy na Pokątnej i...
- Czyj to był pomysł? – przerwał jej dyrektor. - Molly, Arturze? Pozwoliliście iść im samym? – ton głosu Dumbledore'a był naprawdę oschły.
Artur zaczerwienił się.
- Wybacz, Albusie. To był mój pomysł. Musiałem z Molly wyjść a potrzebowałem kilku rzeczy ze sklepu.
Dumbledore nie był zadowolony.
- Nikt was nie zaczepił? – dopytywał staruszek.
- No właśnie nikt, tylko... - Hermiona wymieniła znaczące spojrzenie z Harrym. – Widzieliśmy Draco Malfoy'a z matką.
Do dyskusji natychmiast włączył się Snape.
- To nie dziwne. Na Pokątnej robią zakupy wszyscy czarodzieje.
- Tylko, że oni nie byli na Pokątnej. Poszli do Śmiertelnego Nokturnu.
- Tylko nie mów mi, Granger, że poleźliście za nimi do Nokturnu.
Hermiona skuliła się w sobie. To była wystarczająca odpowiedź.
- A niech was szlag! Czego nie rozumiecie w słowie wojna, imbecyle?! – krzyknął i uderzył pięścią w stół z taką siłą, aż siedzący obok niego Scamander drgnął nerwowo. – Po coście tam poleźli, huh?
- Poszliśmy zobaczyć co znowu knuje Malfoy. – odpowiedział hardo Harry.
- Impertynencki i nieodpowiedzialny, zupełnie jak ojciec.
- Przestań w końcu obrażać mojego ojca!
- Język, Potter! Będę go obrażał, bo całkowicie zasłużył na każde złe słowo, jakie padnie z moich ust!
- Bo przecież pan jest święty! – wykrzyknął z ironią.
- Święty?! W życiu! Ale i tak sto razy lepszy od twojego marnego...
Harry wstał.
- Tylko spróbuj znów go obrazić.
Hermiona ujrzała w dłoni Harrego różdżkę.
- Uspokójcie się natychmiast! – krzyknęła Hermiona nie zwracając uwagi, że podniosła głos na swojego nauczyciela. Wstała, zakryła Harrego ramieniem i popatrzyła na niego z naganą.
- Co ty wyprawiasz? – szepnęła z desperacją. – Uspokój się. Scamander patrzy. – dziewczyna uniosła do góry brwi i miała nadzieję, że przyjaciel zrozumie aluzję. Zastanawiała się dlaczego Dumbledore nie zgasił tej kłótni w zarodku, ale pozwolił się jej rozwinąć aż do tego stopnia. I to przy ludziach z zewnątrz.
Harry wpatrywał się w jej błagające, czekoladowe oczy i jego upór zmalał. Usiadł z powrotem na krześle.
- Przepraszam, profesorze. Nie chciałem być nieuprzejmy. – mówiąc to patrzył na Mistrza Eliksirów najbardziej nienawistnym wzrokiem na jaki go było stać.
Snape prychnął.
- Cokolwiek. – rzucił.
Hermiona zauważyła, że Harry zacisnął dłonie w pięści, ale nie odezwał się więcej.
- Co takiego zobaczyliście w Nokturnie? – zapytała Tonks, która chciała odwrócić uwagę od kłótni dwójki znienawidzonych przez siebie nawzajem osób.
- Poszliśmy za Draco i jego matką aż do Borgina i Burksa. – kontynuowała Hermiona. - Weszli do sklepu, w środku było mnóstwo ludzi. To było jakieś zebranie. Podejrzewam, że większość to śmierciożercy.
- Oni wszyscy byli śmierciożercami. Łącznie z Draco. – wycedził Harry.
- Jakieś dowody, Potter? – od razu skontrował Snape.
- Widziałem jego znak.
- Harry... - zaczęła delikatnie Hermiona.
- Nie, Hermiono. Widziałem go. To był Mroczny Znak.
- Sam mówiłeś, że nie jesteś pewny co widziałeś.
- Ale już jestem. – Harry żachnął się jak obrażone dziecko.
Hermiona westchnęła zrezygnowana.
- Ja niestety widziałam Draco tylko od tyłu. Miałam zasłonięty widok, nie widziałam jego ramienia.
- Kto był wśród tych ludzi? – po raz pierwszy w dyskusji wziął udział Newt Scamander.
- Nie wszystkich znam, proszę pana, ale na pewno widziałam Bellatrix i Rudolfa Lestrange, MacNaira i Greyback'a. Ten ostatni prawie nas zobaczył, uchyliliśmy się w ostatniej chwili. Ale niestety zasłonił rolety i nic więcej nie zobaczyliśmy.
- Mieliście dużo szczęścia. – postawa dyrektora wyrażała politowanie. – Nie powinniście byli tam iść. To było skrajnie nieodpowiedzialne. Szczególnie po pani, panno Granger, się tego nie spodziewałem.
- To się więcej nie powtórzy. – Gryfonka spuściła głowę.
- Oby tak było.
- Radziłbym ci, Granger, omijać Bellatrix szerokim łukiem. Gdyby cię wtedy zobaczyła, nie byłoby czego zbierać. – ostrzegł ją Snape, ale w jego głosie nie usłyszała kpiny czy ironii. O Merlinie, on mówi na serio...
Hermiona przypomniała sobie fotografie, które przyniósł ze sobą pan Russel i zbladła. W jej głowie mignęła myśl, co takiego lubi zostawiać Bellatrix, ale szybko zdała sobie sprawę, że to nie pomoże jej się uspokoić.
- Widzieliście coś jeszcze podejrzanego na Nokturnie? – dopytywała Tonks.
- Nie. Harry i Ron wrócili od razu do Kwatery. Ja wróciłam kilka godzin później.
Dyrektor ze zrezygnowaniem pokręcił głową i westchnął ciężko.
- No dobrze. Sprawą Dracona zajmę się osobiście. Harry, niech nie przychodzi ci do głowy nic głupiego. – pokiwał mu placem w ostrzegawczym, ale słyszała jak Harry cicho prychnął pod nosem. Oj, będą z tego kłopoty... - Myślę, że czas zająć się bezpieczeństwem pracowników Ministerstwa.
Hermiona po pewnym czasie przestała słuchać obrad Zakonu. Przytłoczył ją nadmiar informacji, z czego żadna z nich nie była pozytywna. Jednym uchem słyszała o napadach na rodziny pracowników Ministerstwa, o ataku na Most Millenium, o morderstwie na mugolskiej rodzinie, w której zostawiono przy życiu jedynie kilkuletnie dziecko, któremu kazano patrzeć na śmierć pozostałych członków rodziny. Nie potrafiła o tym słuchać. Pragnęła wyjść z tego pomieszczenia jak najszybciej, najlepiej wrócić do rodziców i nie wychylać nosa zza progu rodzinnego domu. Ale była na celowniku śmierciożerców. Im dalej jest od rodziców, tym bezpieczniejszymi ich czyni. Tak naprawdę postawiła wszystko na jedną kartę z dniem, gdy 2 sierpnia przekroczyła próg domu, w którym się obecnie znajdowała. Nie było już odwrotu.
Spoglądała na księżyc przez okno w jadalni i obserwowała szybujące chmury, o które odbijał się blask księżyca. Nie wiedziała ile czasu już tu siedziała, a jej powieki zaczęły powoli opadać i z coraz większym trudem hamowała się przed otwartym ziewaniem. Czuła jak jej głowa powoli stawała się coraz cięższa aż w końcu bezwładnie i całkowicie poza świadomością dziewczyny opadła na jej klatkę piersiową. Ten bodziec natychmiast ja pobudził i poderwała się z powrotem do pozycji prostej. Krew zaszumiała jej w uszach, a sama Hermiona miała wrażenie jakby przez dosłownie ułamek sekundy unosiła się w niebycie. Rozejrzała się z przestrachem dookoła, licząc na to, że nikt nie zauważył jej chwili słabości.
Ze zdziwieniem odkryła, że w pomieszczeniu jest znacznie mniej osób niż na początku. Czy naprawdę aż tak odpłynęłam? Wodząc wzrokiem po sali stwierdziła, że nie ma już ani Tonks, ani Remusa. Połowa osób z Ministerstwa również wyparowała. Aurorzy z USA bez skrepowania zajęci byli swoimi paznokciami, albo tak jak ona chwilę wcześniej, przysypiali na swoich krzesłach. Przerzucając wzrok po kolejnych osobach, które kompletnie nie zwracały na nią uwagi wreszcie natrafiła na czarne tęczówki profesora Snape'a, które w przeciwieństwie do reszty, patrzyły prosto na nią. Ten fakt dotarł jednak do niej z lekkim opóźnieniem i dopiero po chwili zorientowała się, że twarz jej profesora wykrzywiona jest w tym paskudnym, kpiącym uśmieszku, który tak często widywała u niego na lekcjach. Czyli widział. No nie.
Gdy zauważył, że dziewczyna zdała sobie sprawę, że widział jej przyśnięcie, uniósł do góry prawą brew i założył ręce na piersi. Hermiona gwałtownie wciągnęła powietrze i utkwiła wzrok gdzie indziej, byleby nie patrzeć dłużej na Snape'a. Znała doskonale tę postawę. Setki razy widziała, jak zakłada ręce na chwilę przed wygłoszeniem bardzo nieprzyjemnej uwagi w kierunku „imbecyli, których ma nieprzyjemność nauczać". Głównie tyczyło się to Nevilla albo Harrego. Jej nigdy nie dostąpił ten „zaszczyt" i wolała tego nie zmieniać.
Z sumiennością godną tylko Hermiony Granger tępo wpatrywała się w dyrektora, który z uwagą słuchał raportu Emmeliny Vance, dotyczącego chyba, nie była tego pewna, nieudanej próby morderstwa na mugolach gdzieś we wschodniej Szkocji. Wiedziała, że Snape nadal wierci jej dziurę swoim przenikliwym spojrzeniem, ale nie odważyła się już więcej zerknąć w jego stronę.
- Doskonale! – zagrzmiał Dumbledore i klasnął w dłonie. Z rozbawieniem zauważyła, że większość przysypiających podskoczyła nerwowo na swoich krzesłach. Pewnie wyglądałam tak samo komicznie. – Dziękuję Ci, Emmelino.
Zerknął za swój kieszonkowy zegarek i zrobił wielkie oczy.
- Na tym chyba zakończymy. Alfie, pamiętaj o raporcie co dwa dni. Ma być szczegółowy, tak jak się umawialiśmy. Kingsley, skontaktuj się z łącznikiem w Rumunii, może ma jakieś dojścia w Bułgarii. Roche, wpadnij do mnie jutro po południu, mam dla ciebie propozycję, ale w cztery oczy. No i to by było na tyle. Koniec na dzisiaj. Czekajcie na kolejne wezwanie.
Natychmiast rozległ się dźwięk szurania krzeseł i nakładania okryć wierzchnich. Harry zerwał się jako jeden z pierwszych i od razu udał się w kierunku profesora Dumbledore'a i Newt'a Scamandera. Hermiona postanowiła poczekać, aż pierwszy tłum się rozejdzie i dopiero wtedy udać się do wyjścia. Nie miała najmniejszej ochoty przepychać się pomiędzy ludźmi i znów się z kimś zderzyć. Kątem oka zanotowała, że Jacoba już nie ma w jadalni. Zdusiła w sobie nieprzyjemne poczucie rozczarowania i powoli skierowała się w stronę drzwi.
Harry stał przy dyrektorze i wyglądało na to, że znów zaczyna się jakaś kłótnia pomiędzy nim a profesorem Snape'em. Newt próbował uspokoić obu, zapewne używając tego swojego magicznego, ciepłego głosu, a Dumbledore z rozbawieniem przysłuchiwał się ich przepychankom słownym. Hermiona była zbyt zmęczona by znów uspokajać Harrego więc ominęła ich bez wtrącania się.
Ze zdziwieniem zauważyła, że futrynę drzwi pokrywa jakaś dziwna, półpłynna mgiełka w lekko niebieskim kolorze. Nigdy wcześniej nie słyszała o czymś takim, ale zarejestrowała, że wszyscy czarodzieje przed nią przechodzą przez ową mgiełkę bez żadnego uszczerbku na zdrowiu.
Wzięła głęboki wdech i jednym krokiem przekroczyła próg drzwi na korytarz. Przeraźliwie zimne, mokro-suche „coś" rozlało się po całym jej ciele. Poczuła jak zaczyna kręcić się jej w głowie i miała wrażenie, jakby jej umysł i myśli pokryła gęsta mgła. Po chwili mgła rozeszła się i wszystko pozornie wróciło do normy, jednak Hermiona ciągle miała wrażenie, jakby o czymś zapomniała. Cały ten dziwny proces trwał zaledwie sekundę i była nim tak zaabsorbowana, że nie zauważyła jak ktoś czai się po jej lewej stronie, schowany za otwartymi na oścież drzwiami.
Nie była więc przygotowana na to, że ktoś zza nich wyskoczy pochwyci ją w pasie i uniesie wysoko na swoich ramionach. Dziewczyna pisnęła przeraźliwie, ale chłopak szybko postawił ją na ziemię i zdusił jej krzyk gorącym pocałunkiem.
Hermiona niemal od razu rozpoznała te usta, ten zapach i te ramiona i po chwili wahania oddała jego pocałunek, samej nie będąc dłużną. Fala gorąca rozpłynęła się po jej ciele, mając swe ujście gdzieś w okolicy podbrzusza, gdzie poczuła przyjemny ciężar i drżenie. Obfite rumieńce pokryły jej policzki i czuła, że jej uszy robią się czerwone. Objęła Jacoba mocniej i westchnęła cichutko w jego usta.
- Hej. – szepnął cicho Jacob. W jego głosie czaiło się coś radosnego.
- Hej. – odszepnęła z trudem.
Uniosła lekko twarz i spojrzała w jego niesamowicie błękitne tęczówki. Nie pamiętała, że były aż tak intensywne. Piękne. Dotknęła dłonią jego policzka, znacząc kciukiem linię jego żuchwy, a on nachylił się delikatnie i ich usta znów się spotkały.
Tym razem pocałunek był powolny, delikatny, cierpliwy. Hermiona poczuła jak jego dłonie wędrują po jej plecach i zatrzymują się nisko poniżej talii. Zadrżała pod wpływem tego dotyku i mocniej zacisnęła dłoń na jego karku, pogłębiając pocałunek.
Następną rzeczą jaką poczuła był strumień lodowatej wody, który spadł jej na głowę, mocząc włosy i twarz i wylewając się strużkami pod bluzę. Pisnęła i natychmiast odsunęła się od Jacoba rozglądając się dookoła.
W drzwiach do jadalni stały cztery osoby. Harry patrzył na Hermionę z szeroko otwartymi oczami, obok niego Dumbledore i Scamander wymieniali między sobą znaczące spojrzenia i na ich ustach błąkał się TEN rodzaj uśmieszku. Zaś na samym przodzie stał profesor Snape, z różdżką wycelowaną wprost w całujących się nastolatków.
- Nie na moich oczach! – warknął i wykrzywił swoje usta w grymasie obrzydzenia. Kolejnym ruchem różdżki rozsunął oboje do przeciwległych ścian korytarza robiąc sobie przejście i ruszył w kierunku schodów nie oglądając się za nikim. O ile Hermiona została po prostu lekko przelewitowana pod ścianę, co i tak było oburzające, o tyle Jacob uderzył plecami w tynk z taką siłą, że słychać było charakterystyczny „plask" w momencie gdy jego ciało zetknęło się z cegłami. W Hermionie krew się zagotowała.
- Ha! – fuknęła głośno. – Co pan sobie wyobraża, profesorze! – krzyknęła za nim po czym natychmiast zakryła usta dłońmi.
Snape przystanął na pierwszym stopniu schodów. Odwrócił się powoli, podszedł do dziewczyny nie spuszczając z niej wzroku po czym założył ręce na piersi i uniósł swoją brew. Stał wystarczająco blisko by móc usłyszeć szaleńczo bijące serce młodej Gryfonki. Dziewczyna przełknęła głośno ślinę, na co profesor prychnął.
- Gryfoni. – niemal wypluł to słowo. Przystanął jeszcze jeden krok do przodu. – Skoro jest pani taka odważna, to proszę. Co masz mi do powiedzenia?
Dziewczyna podniosła na niego swój wzrok i zobaczyła wykrzywioną w pogardzie twarz. Twarz tak inną od tej, którą widziała wczoraj w laboratorium. Czy tak właśnie wygląda prawa ręka Voldemorta? Jego czarne oczy patrzyły na nią ze złością a nozdrza drgały niebezpiecznie. Stał nad nią, wysoki i masywny, na tyle blisko, by mogła czuć się zagrożona. Przed nią był on, a za nią tylko ściana i brak drogi ucieczki. Zadrżała i poczuła, że i jej szczęka zaczyna samoistnie drgać. Tylko się nie rozpłacz, tylko nie to... – skarciła się w duchu. Oczy zaszły jej mgłą i miała wrażenie, że cała krew właśnie odpłynęła jej z twarzy.
Spuściła wzrok.
- P-p-przepraszam. – wyjąkała cicho.
Snape nachylił się nad nią jeszcze bardziej.
- Co proszę? Nie słyszałem.
- Przepraszam, profesorze. – powiedziała głośniej i wyprostowała się trochę zbyt szybko. Ich twarze minęły się zaledwie o centymetry. Snape wyprostował się gwałtownie i odsunął o dwa kroki.
- Uważaj, Granger. – rzucił ostrzegawczo. Skierował swój beznamiętny wzrok na resztę towarzystwa. – Idziemy, Albusie?
Nie czekając na odpowiedź skierował się na schody zamiatając swoimi obszernymi szatami i chwilę później słychać było tylko trzask drzwi wyjściowych.
Hermiona z ulgą oparła się o ścianę. Starła wierzchem dłoni nagromadzone w kącikach oczu łzy. Popatrzyła na Jacoba, który stał naprzeciwko. Emocje na jego twarzy wyrażały głębokie oburzenie, ale szok widocznie odebrał mu zdolność odezwania się w obronie Hermiony.
Gdy tylko pierwsze oszołomienie minęło, podbiegł do Gryfonki i złapał ją za ramiona.
- W porządku? Nic ci nie jest?
Niezdolna do wypowiedzenia żadnego słowa potaknęła i oparła głowę o jego klatkę piersiową. Chłopak otulił ją swoimi ramionami i trwali tak w swoich objęciach.
Pozostała trójka, Dumbledore, Scamander i Harry nadal stali w drzwiach do jadalni. Harry wciąż z szeroko otwartymi oczami, a starsi mężczyźni ponownie wymienili między sobą uśmieszki.
- Na nas chyba pora, nie sądzisz Harry? – zagadnął łagodnie dyrektor.
- Zdecydowanie. – gorąco potaknął zszokowany Chłopiec-Który-Przeżył.
Cała trójka ominęła po cichu parę kochanków, po czym każdy z nich udał się w swoją stronę.
Ron padnie jak się dowie. – pomyślał jeszcze Harry, gdy wspinał się po schodach na trzecie piętro.
___ ___ ___
Hej! Mam wrażenie, że trochę wlokę tę fabułę i mam nadzieję, że nie macie mi za złe, że wciąż tkwimy na Grimmauld Place. Jakoś polubiłam to miejsce, sama się nie spodziewałam, że tak długo tu pozostaniemy. Na osłodzenie powiem, że gdy tylko Hermiona pojawi się w Hogwarcie (czyli już niedługo), wydarzenia nabiorą tempa ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz