"Chcę, żebyś była dzielna. Nie
wolno ci się niczego bać.
(...) Świat pełen jest miłości, a wiosna
dociera wszędzie".
Lucy Maud Montgomery "Emilka ze Srebrnego
Nowiu"
- Masz, zapakowałam ci tu trochę ciasta cytrynowego i kremówek.
- Mamuś, przecież ja tam nie będę jechała przez cały dzień. To tylko kilka
stacji metra stąd.
- Wiem kochanie, to dla twoich przyjaciół. Pozdrów ode mnie i od taty
państwa Weasley’ów.
Złote promienie słońca wpadły przez okno do kuchni i położyły się szerokimi
pasmami po drewnianej podłodze, kolorowych kafelkach, meblach kuchennych i po
twarzy jej matki, która zmrużyła oczy i zasłoniła twarz ręką. Skąpana w blasku
słońca w tej pozycji wyglądała jak posąg. Piękna i majestatyczna, ale biło od
niej ciepło i szczęście. Uśmiechała się delikatnie, a wokół jej okrągłych,
orzechowych oczu pojawiły się pajączki, najpiękniejsze zmarszczki świata.
Widok ten rozczulił Hermionę do głębi i sprawił, że tym trudniej było jej
się dzisiaj żegnać z matką.
- Dobrze. Dzięki za te ciastka. – Hermiona uśmiechnęła się ciepło do swojej
mamy. – Szkoda, że taty nie ma. Bardzo chciałabym go teraz przytulić.
- Wiem, on też bardzo żałuje. – pani Granger popatrzyła na córkę smutno i
pochwyciła ją w pożegnalnym uścisku.
- Przepraszam, że tak nagle znikam. – wyszeptała matce we włosy. Jej głos
zadrżał i łzy zaczęły podchodzić jej do oczu. – Bardzo chciałabym spędzić z
wami całe wakacje. Tak rzadko się widzimy i teraz… jeszcze to nam… odebrano… -
wyjąkała płacząc.
- Ciii… Już dobrze... Bardzo cię z tatą kochamy i pamiętamy o tobie zawsze.
– odsunęła delikatnie córkę od siebie, położyła dłonie na jej policzkach i
kciukami starła łzy. – Już dobrze córeczko. Nie martw się o nas zbytnio, pisz
często i bądź bezpieczna.
- Mamuś…
- Cii… Idź już. Pan Moody na pewno już na ciebie czeka. Kocham cię. – pocałowała Hermionę w czoło i uśmiechnęła się pocieszająco, chociaż młodsza dziewczyna dostrzegła, że oczy jej matki również stały się wilgotne.
- Też cię kocham.
Matka podała jej cekinową torebeczkę i pudełko z ciastkami i odprowadziła
córkę do drzwi.
- Pa córeczko.
Hermiona stała jeszcze chwilę w drzwiach nie mogąc zmusić się do
przekroczenia progu. Brzoskwiniowe ściany salonu, ciemne, dębowe meble, grubo
ciosany kominek i zdjęcia rodzinne wiszące nad schodami były obietnicą
bezpieczeństwa i ostatnią ostoją spokoju w tym niebezpiecznym świecie. Wcale
nie chciała stąd wychodzić. Mogłabym zaszyć się tu na zawsze i może
nikt by nie znalazł. To była równie kusząca, co niemożliwa do
spełnienia mżonka. Ostatni raz spojrzała matce w oczy i musnęła jej ramię
dłonią, strzepując nieistniejący paproch z rękawa jej bluzki.
- Do zobaczenia w grudniu. – szepnęła i wyszła na cichą uliczkę
południowego Londynu.
Szła spacerkiem i wdychała wieczorne, sierpniowe powietrze. Lipiec
się skończył i za chwilę znów będzie zima. Minęła kolejne skrzyżowanie
i wreszcie znalazła się przy głównej drodze. Stanęła na światłach i ukradkiem
obserwowała piątkowy ruch uliczny i ludzi dookoła. Niczego nieświadomych
mugoli, którzy nie zdawali sobie nawet sprawy, że najpotężniejszy
czarnoksiężnik od czasów Grindelwalda właśnie powrócił z martwych i teraz
wszyscy mają przesrane. Ruch uliczny Londynu jak zwykle był wartki, w oddali
słyszała dźwięk spieszącej gdzieś karetki a w najbliższym otoczeniu głośno
warczały samochody osobowe i taksówki. Słońce oślepiało kierowców swoim
zachodzącym, przenikliwym blaskiem zmuszając do zakładania okularów albo
mrużenia oczu. Zaświeciło się zielone i przeszła przez pasy kierując się w
stronę parku Kennington, gdzie mogła dojrzeć tłumy spacerowiczów, biegaczy i
właścicieli psów. Z daleka już zauważyła neon informujący o stacji metra więc
udała się w tamtym kierunku. Spacer dobrze jej zrobił. Nie mogła samodzielnie
aportować się od razu pod stację, bo nie ukończyła jeszcze siedemnastego roku
życia i dopiero w tym roku będzie brała udział w kursie aportacji. I tak wolała
się przejść, uporządkować myśli i pogodzić się ze zbyt wczesnym rozstaniem z
rodzicami. Poza tym aportacja była niewskazana. Nie mogła zostawiać po sobie
śladów.
Dumbledore prosił, żeby sierpień spędziła w Kwaterze Głównej, więc nie
pozostało jej nic innego niż zgodzić się na jego naglącą prośbę. Z Dumbledore’m
się nie dyskutuje. Widocznie musiał mieć powód, żeby ściągać ją wcześniej.
Gdy była już blisko zdołała dostrzec znajomą sylwetkę Szalonookiego.
- Granger – warknął na powitanie.
- Dzień dobry profesorze – odpowiedziała radośnie.
- Nigdy nie byłem twoim profesorem. Nikt cię nie śledził? – powiedział
rozglądając się uważnie dookoła. W czarnej przepasce, bez swojego magicznego
oka jego głowa wydawała się być dziwnie mała.
- Eeeee… Chyba nie. Nie przyglądałam się jakoś szczególnie.
- Co zawsze powtarzam?! STAŁA CZUJNOŚĆ!
- Tak, ale…
- Nie ma czasu na pogaduszki, szybko musimy się stąd zabierać. Za godzinę
jest spotkanie Zakonu.
- Naprawdę?! A czy ja mogłabym…
- A myślisz, że po co dyrektor kazał mi cię przyprowadzić dzisiaj do
Kwatery?
- O jaaaaa… - oczy Hermiony zaświeciły się z podekscytowania.
- Tak, tak. Na zachwyty przyjdzie czas później. Ruszaj się!
Szybkim krokiem zeszli po schodach, chociaż Moody raczej kuśtykał niż
szedł. Akurat podjechał ich pociąg więc wsiedli i zajęli ostatnie wolne
miejsca. Londyńskie metro nigdy nie jeździło puste. Siedzieli w ciszy i
Hermiona obserwowała jak inni pasażerowie przetasowują się na każdej kolejnej
stacji. Szalonooki uważnie przyglądał się wszystkim nowo wsiadającym pasażerom
szukając chociaż minimalnych oznak podejrzanego zachowania.
- Widzisz tego chłystka, na drugiej?
Hermiona kątem oka zerknęła w tamtą stronę. Siedział tam młody chłopak,
góra dwudziestoparoletni. Długie ciemne włosy, zapadnięte powieki, ubrany na
pstrokato. Na głowie miał fikuśną czapkę czy raczej chustę związaną na boku.
Łypał oczami na mijających go ludzi. Wydawał się być poddenerwowany. Faktycznie,
dziwny typek, ale tutaj pełno takich.
- Co z nim? – zapytała Hermiona.
- Wsiadł z nami na Oval Station. Minęliśmy już 6 stacji a on dalej siedzi
klęto. Za 3 stacje wysiadamy my i jestem okropnie ciekaw czy pójdzie za nami.
- Co zrobimy? – przełknęła głośno ślinę. Nie sądziła, że ktokolwiek będzie
chciał ją zaatakować, ale głupotą byłoby zlekceważyć ewentualne zagrożenie.
STAŁA CZUJNOŚĆ! – zagrzmiała w myślach.
- Na razie trzymaj różdżkę w pogotowiu. Z tym pudłem pod pachą możesz mieć
z tym lekki problem. – posłał jej wredne spojrzenie. – Co tam masz?
- Bez magicznego oka nie jest pan już taki cwany, co?
- Nie przeginaj!
- Dobrze już. Ciasto cytrynowe i kremówki roboty mojej mamy. Są przepyszne.
Popatrzył zdegustowany na kartonowe pudło, po czym rzekł:
- Lubię kremówki.
Roześmiała się lekko.
- Dobra, teraz będzie nasza stacja. Ruszaj cztery litery. I różdżka w dłoń!
Wstali i tak jak przewidywał Moody, dziwny chłopak również podniósł się ze
swojego miejsca. Ukradkiem wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenia.
Ogarnął ją lekki stres. Pociąg zatrzymał się i z głośników popłynął dźwięczny
głos pani speeker, oznajmujący, że znajdują się na Angel Station i pasażerowie
uprzejmie proszeni są o zabranie bagaży. Hermiona i Moody ruszyli raźno w
stronę wyjścia starając się wtopić w tłum, co w przypadku Moody’ego nie było
proste. Po wyjściu na ulicę skręcili w lewo, później w prawo, później znowu w
lewo. Błądzili między uliczkami i powoli zaczęli zapuszczać się w coraz cichsze
zakątki. W końcu znaleźli się blisko jakiegoś kościoła i skierowali się w
stronę niewielkiego parku. Słońce już jakiś czas temu zniknęło za horyzontem i
powoli robiło się coraz ciemniej. Jak się okazało, dziwny chłopak wciąż za nimi
kroczył, w bezpiecznej odległości, jednak Hermiona zdołała go dostrzec. Nie
mogli kluczyć tak w nieskończoność.
- Zaraz obok jest Kwatera Główna. Biegnij do końca wzdłuż tego parku i nie
czekaj na mnie. Ja postaram się go zmylić. Jasne?
- Tak.
- No to na co czekasz?!
Oboje weszli do parku, po czym Hermiona od razu za wysokimi żywopłotami
odbiła w prawo kierując się do bocznego wyjścia z parku, żeby wyjść na chodnik
i skrócić sobie trasę. Ostatni raz obejrzała się za swoim towarzyszem, po czym
została sama. Serce dudniło jej ze strachu, ale starała się zachować zimną
krew. Oby poszedł za Moody’m. Oby poszedł za Moody’m. – powtarzała
w myślach jak cichą modlitwę. Szybkim krokiem lawirowała między drzewami
starając się omijać latarnie i pozostawać jak najbardziej w cieniu. Po kilku
minutach dopadła bocznej bramy i tam zderzyła się z kimś.
- Oh, najmocniej prze… - podniosła głowę. To był ON. O Merlinie, o
Merlinie! Co teraz? Wciągnęła głośno powietrze i stanęła jak wryta.
- Coś ci upadło – powiedział jak gdyby nigdy nic, chociaż nawet nie
spojrzał w stronę pudełka, które wypadło dziewczynie z rąk. Patrzył prosto w
jej oczy. Jego głos był cichy i spokojny, ale było w nim cos takiego, że
Hermionę przeszedł dreszcz obrzydzenia. Wciąż wpatrywała się w niego trzymając
różdżkę nisko, wycelowaną zza pleców w tajemniczego mężczyznę. Była spięta i nie
była w stanie się ruszyć. Panika odebrała jej zdolność ruchu.
- Nie podniesiesz? – pochylił się do jej twarzy i czekał na jakąkolwiek
reakcje z jej strony. Gdy nic takiego nie nastąpiło przybliżył twarz do jej
ucha i odezwał się szeptem - Tak się zastanawiam… Co taka piękna, młoda
dziewczyna robi sama… wieczorem… w takim obskurnym miejscu? – Hermiona czuła
gorący oddech na swojej szyi i łzy stanęły jej w oczach. Gdy stał tak blisko
mogła poczuć jego obrzydliwie cierpkie perfumy wymieszane z silną wonią papierosów.
Mężczyzna uniósł swoją dłoń do nasady jej włosów i przejechał nią aż do ucha.
Na jego ustach zagościł obrzydliwy, lubieżny uśmiech.
Spanikowana podniosła na niego swój wzrok i z największym trudem, niemal
bezgłośnie wyszeptała pierwsze zaklęcie, jakie przyszło jej do głowy.
- Obliviate.
Przez sekundę zobaczyła w jego oczach zdziwienie a później jego wzrok
rozpłynął się i zdawał się nie patrzeć w żadnym konkretnym kierunku. Po chwili
mężczyzna upadł na ziemię i leżał bezwiednie. Hermiona w końcu otrząsnęła się z
szoku. Wzięła głęboki oddech i nareszcie zaczęła logicznie myśleć. Rozejrzała
się czy nikt nie idzie. Wiedziała, że ma maksymalnie 5 minut zanim facet
wybudzi się z transu. Szybko przeszukała jego kieszenie i niemal natychmiast w
jednej z nich wyczuła cienki, podłużny kształt. Różdżka. Cholera
jasna! Schowała ją do kieszeni kurtki. Nie znalazła więcej niczego
przydatnego ani podejrzanego. Chwyciła więc jeszcze tylko z chodnika pudełko z
ciastkami i puściła się pędem w stronę Kwatery Głównej. Gdy zziajana znalazła
się przed znajomą kamienicą, wypowiedziała w myślach słowa Grimmauld
Place 12. Pomiędzy numerem 11 a 13 zaczęły pojawiać się drzwi, ściany
i okna i po chwili stała już przed ponurym i obdrapanym budynkiem, który był
Kwaterą Główną Zakonu Feniksa. Szybko przeskoczyła schody, wchodząc po 2
stopnie i wpadła do środka. Zamknęła za sobą drzwi, po czym oparła się o nie i
osunęła się na podłogę w korytarzu. Nareszcie bezpieczna.
___ ___ ___
Właśnie minęła dwudziesta, a Szalonookiego wciąż nie było. Ten
szaleniec nigdy się nie spóźnia. Coś musiało się stać. Pozostali członkowie
chyba również podążali podobnym tokiem myślenia bo atmosfera zrobiła się
niespokojna. Molly Weasley zaczęła nerwowo rozglądać się po kuchni jakby w
nadziei, że Moody zaraz wyskoczy zza blatu krzycząc „Akuku!” jak miały w
zwyczaju robić małe, durnowate bachory. Lupin posłał mu przeciągłe spojrzenie,
na co Severus wykrzywił wargi w grymasie.
- Ktoś wie co z Moody’m? – odezwał się Artur Weasley.
- Zaraz powinien być. Widocznie mieli po drodze jakieś trudności. –
wtrąciła się Molly miętoląc w dłoniach ścierkę kuchenną.
- Mieli? – zapytał ostro Severus. – O ile dobrze pamiętam ostatnio był
tylko jeden Moody.
- Tak, ale… - nie zdążyła dokończyć, bo właśnie usłyszeli dźwięk
otwieranych drzwi a potem głośne krzyki portretu pani Black zagłuszyły wszystko
inne. Znał już na pamięć jej wyzwiska o wrednych szlamach i szumowinach
bezczeszczących pamięć wspaniałego rodu Blacków. Szybko jednak portret zamilkł
i w pomieszczeniu pojawił się Alastor Moody. Był zgrzany i zdyszany a na
powitanie rzucił tylko:
- Gdzie jest Granger?
- Granger?! A co ona tu u licha… – zaczął Snape, ale przerwał mu Lupin.
- Jak to? Tu jej nie ma. Czekamy na was już od 10 minut!
- Cholera jasna!
- Alastorze! Co się stało?! – Molly krzyknęła swoim najbardziej piskliwym
głosem.
- Ktoś nas śledził. Od samego początku. Próbowaliśmy go zgubić.
Rozdzieliliśmy się w parku. Dałem jej jedno proste zadanie. Miała jak
najszybciej przybiec tutaj. Cholerna dziewucha!
- O Merlinie. – Molly złapała się za serce i osunęła się na Artura, który
natychmiast złapał ją i posadził na krześle. Łypnęła groźnie na panów
siedzących najbliżej drzwi i krzyknęła:
- No co tak stoicie!? Idźcie po nią! Biedaczka, och, biedna dziewczyna! –
załkała.
Artur wstał, skinął na Remusa i Snape’a i ruszył ku wyjściu. Dwaj mężczyźni
podążyli za nim schodami w górę, chociaż Snape był wściekły z takiego obrotu
sprawy. Na fotelu było mu bardzo wygodnie. Poza tym Granger niewiele go
obchodziła. Wtedy usłyszeli znów zgrzyt klamki od drzwi. Wbiegli na korytarz i
zobaczyli tylko jak drobna dziewczyna osuwa się na zimną posadzkę i z
westchnieniem opiera głowę o framugę drzwi. Jej twarz straciła wszelkie barwy,
oczy były wielkie jak galeony i cała się trzęsła. Obok niej na podłodze leżało
jakieś pudło a sama dziewczyna w ręce mocno ściskała swoją różdżkę. Na korytarz
wbiegła Molly i od razu rzuciła się w kierunku Hermiony zasłaniając ją swoim
ciałem.
- Hermiono! Oh! Jak nas przestraszyłaś! – krzyknęła głośno i zaczęła tulić
do siebie przerażoną dziewczynę. Gdy przejechała swoją pulchną dłonią po jej
bujnych włosach dziewczyna wzdrygnęła się ciężko i odsunęła się jak najdalej,
przyciskając mocniej do drzwi. Wycelowała swoją różdżkę w stronę starszej
kobiety.
Molly natychmiast się cofnęła i wtedy Severus i reszta mogli w końcu
zobaczyć co się dzieje. Widok Granger celującej różdżką w Molly był przedziwny
i nienaturalny. Wygląda żałośnie. Czyli w sumie normalnie. Severus
nie zamierzał bawić się w durnowate uspokajanie znerwicowanej nastolatki i
niewerbalnie rzucił w nią zaklęcie uspokajające.
___ ___ ___
Powoli jej ciało zaczęło się rozluźniać, opuściła różdżkę i zaczęła głęboko
oddychać. Wszyscy w ciszy czekali, aż całkowicie się uspokoi, w obawie, że
mogłaby zrobić coś głupiego. Nie minęła minuta gdy Hermiona była już całkowicie
opanowana i podniosła swój wzrok na ludzi w pomieszczeniu. Krzyki i zamieszanie
ściągnęły na korytarz mnóstwo osób, które stały w ścisku i obserwowały całe
zajście. Zobaczyła profesora Snape’a na przedzie z uniesioną w jej stronę
różdżką, potem Artura Weasley’a i Remusa, z boku groźnie łypał na nią wyraźnie
wściekły Moody, bardziej z tyłu zauważyła fioletową czapkę Kingsleya i różowe
włosy Tonks. Było też kilku ludzi, których nie znała osobiście lub tylko z
widzenia. Emmelina Vance, którą pamiętała z zeszłego roku, jakaś inna kobieta o
ostrych rysach twarzy czy dwóch mężczyzn w przedziwnych strojach. Reszta
zaczęła powoli jej się mieszać. Na schodach prowadzących na górę stali
zszokowani Ron, Ginny i Bliźniacy a pomiędzy ich nogami plątał się Stworek
mrucząc coś o brudnych szlamach i zdrajcach krwi. Hermionie zrobiło się wstyd.
Narobiła ogromnego zamieszania. Poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń i
pozwoliła Molly pomóc jej podnieść się z podłogi.
- Choć dziecinko do kuchni. Napijesz się herbaty i zaraz poczujesz się
lepiej.
Dziewczyna wstała, podniosła pudełko z ciastkami i na drżących nogach
została odprowadzona przez Molly do kuchni. Za nimi ruszyła reszta. Przy
schodach dopadł ją Ron pytając co się stało, ale pani Weasley odprawiła go
machnięciem ręki.
Gdy byli już w kuchni, Hermiona oddała ciastka w ręce gospodyni i usiadła
na fotelu najbliżej drzwi.
- Granger, to moje miejsce. Czy mogłabyś łaskawie…– zaczął Snape, który
pojawił się znikąd i stanął niebezpiecznie blisko niej. Jego długie, czarne
szaty opadały lekko na buty Hermiony.
- To bez znaczenia, Snape. Usiądź se gdzie indziej! Granger, do cholery!
Gdzieś ty się podziewała?! – przerwał mu szybko Szalonooki.
- Proszę Pana, ja…
- Miałaś jedno proste zadanie! NO?! Słuchamy! Zbierałaś pod drodze kwiatki,
że tak długo ci się zeszło?!
- Proszę dać mi dojść do głosu! – krzyknęła.
Moody wykrzywił twarz i pokazał jej gestem, żeby mówiła i to jak
najszybciej. Molly postawiła przed nią kubek z parującą herbatą. Reszta
członków zakonu zaczęła zajmować swoje miejsca przy stole.
- No więc ja naprawdę prawie biegłam. Skręciłam zaraz za żywopłotem,
chciałam się dostać na ulicę boczną bramą. Ale on już tam był, zderzyłam się z
nim w przejściu. On… On… - jej głos zaczynał się łamać. Alastor prychnął.
Wzięła głęboki wdech. Bądź profesjonalna, Hermiono. – podniosła
się na duchu.
- Zaczepił mnie. Zaczął mówić… różne rzeczy. Dotknął moich włosów. –
wzdrygnęła się. – Rzuciłam na niego Obliviate. Miał przy sobie różdżkę. –
wyciągnęła różdżkę z kieszeni, uniosła ją do góry pokazując wszystkim i
położyła na stole przed sobą.
- Czarodziej – warknął Moody. Ten fakt był niepokojący.
- Tak. Ale nie wiem czego chciał. Mówił typowe zbereźne gadki więc na
początku myślałam, że to po prostu jakiś obleśny typ. Pełno ich wszędzie. Ale
potem znalazłam to, więc mu ją zabrałam i uciekłam.
- Dobrze zrobiłaś – powiedział Kingsley, który do tej pory przysłuchiwał
się wszystkiemu w ciszy. Posłał dziewczynie pełne uznania skinienie. – Zabiorę
ją do Ollivandera, na pewno będzie wiedział do kogo należała.
- W takim razie musisz się pospieszyć. – wtrącił Snape. – Czarny Pan
ostatnio jest wyjątkowo zainteresowany różdżkarstwem. Na razie nie wiem nic
konkretnego, ale być może w niedługim czasie będzie chciał złożyć Ollivanderowi
wizytę. Wątpię czy staruszek wyjdzie żywy z tego spotkania. – na jego ustach
wykwitł wredny uśmieszek. Hermiona zadrżała na wieść o tym.
- Severusie! Tutaj jest dziecko! Ona nie powinna wiedzieć o sprawach
Zakonu!
- Nic mnie to…
- Właśnie! Doskonale, że tak szybko przeszliśmy do sedna sprawy. – znów
przerwał mu Moody. Cierpliwość Severusa wyraźnie wisiała już na włosku bo
posłał mu wściekłe spojrzenie. – Granger we wrześniu skończy 17 lat co uczyni
ją pełnoletnią czarownicą. – powiedział głośno, po czym zwrócił się
bezpośrednio do dziewczyny - Albus chce ci zaproponować miejsce w
Zakonie gdy tylko staniesz się pełnoletnia. Zgadzasz się?
- ALASTORZE! – zagrzmiała Molly. – To tylko dziecko! Nie ważcie się…
- Zgadzam się. – Hermiona odpowiedziała natychmiast. Nie musiała długo się
nad tym zastanawiać. Decyzja była oczywista.
Pani Weasley patrzyła na Hermionę z czystym wyrzutem. Pokręciła
zrezygnowana głową.
- To nie na moje nerwy, nieee… To nie na moje nerwy.
- Świetnie. – Szalonooki klepnął ją w plecy tak, że niemal wypluła płuca. –
A teraz spadaj stąd! Gromada rudzielców czeka na ciebie na górze!
- Tak jest! – i wybiegła zostawiając po sobie jedynie nietknięty kubek z
herbatą i różdżkę nieznanego czarodzieja. Była taka szczęśliwa! Jestem
w Zakonie! Jej serce tańczyło lambadę i robiło piruety. Uczucie
strachu już dawno ją opuściło, okropnie wspomnienie z podróży już zdążyło się
zatrzeć, teraz czuła tylko błogi spokój i ulgę. Zaraz po
opuszczeniu kuchni wpadła na Rona i resztę, którzy przecież mieli na nią czekać
na drugim piętrze, a nie u szczytu schodów do kuchni. Po ich twarzach,
szczególnie po minie Rona widziała, jak bardzo pragnęli z nią porozmawiać, ale
jednie pokazali jej gestem, przytykając palce do ust, aby pozostała cicho. Potem
dojrzała w ręce Freda (albo Georga) Uszy Dalekiego Zasięgu i wszystko stało się
jasne. Podparła się pod boki z uniosła wysoko brwi w minie udawanego oburzenia,
ale już po chwili stanęła w kółeczku, by móc razem z nimi podsłuchiwać obrady
członków Zakonu Feniksa.
___ ___ ___
Przyszła jak huragan, narobiła zamieszania, przyniosła kilka dodatkowych
problemów i wyszła święcie z siebie zadowolona. Bezczelne Gryfonki.
Jednakże musiał przyznać, że rzucenie Obliviate było genialne w swej prostocie.
- Głupotą było przyjmowanie Granger do Zakonu. – odezwał się, gdy tylko
drzwi zamknęły się za dziewczyną.
- No wreszcie zgadzam się w czymś z Severusem! – krzyknęła Molly. – Z tego
będą tylko i wyłącznie kłopoty!
- Dumbledore tak zadecydował. Nie do was należy podważanie jego kwestii. –
skontrował Alastor przy okazji zdejmując z twarzy przepaskę i wkładając swoje
magiczne oko do pustego dotąd oczodołu.
- Do nikogo ono nie należy. Jest cholernym szefem całej tej szopki. To nie
znaczy, że mam skakać z radości na każdą jego decyzję.
- Powinieneś być mu wdzięczny. Gdyby nie on, już dawno gniłbyś w ziemi
razem z resztą swoich parszywych koleżków.
- Jak zapewne zauważyłeś, reszta moich parszywych koleżków wciąż ma się
całkiem dobrze przy boku Czarnego Pana.
- Chyba mamy…
- Panowie. Nie po to tu jesteśmy. Wasze prywatne spory nas nie interesują.
– do dyskusji dołączyła Pamona Lierege, kobieta o ostrych rysach. Jej spokojny,
wyważony głos był całkowitym przeciwieństwem do kłótni obu mężczyzn. – Jest już
prawie 21:00 a my nawet nie zaczęliśmy spotkania.
- Nie unoś się Pamono. Załatwimy to szybko. Snape? Masz wieści od twojego
Pana? – odezwał się Roche Sutherland.
Od twojego Pana? – przedrzeźnił go w myślach. Banda idiotów.
- Owszem. Tak jak mówiłem wcześniej, mój Pan – tu zrobił wymowną przerwę. –
planuje przed końcem sierpnia odwiedzić Ollivandera na Pokątnej. Konkretnego
celu tej wizyty nie znam, ale ostatnio Lord dużo czasu poświęca różdżkom.
- W takim razie musimy ukryć Ollivandera jak najszybciej. Zanim Voldemort
go dopadnie.
- Nie tak szybko Moody. Po pierwsze, jestem jedyną osobą, która wie o tych
planach. Czarny Pan poinformował mnie o nich podczas prywatnej rozmowy. Głupio
byłoby, gdyby nagle Ollivander zniknął. Po drugie, są jeszcze dzieciaki, które
nie zdążyły kupić różdżek przed szkołą.
- No to co robimy?
- Nic. Czekamy.
- Tak po prostu?! Skarzemy Garricka na śmierć?
- Tego nie powiedziałem.
- Przecież mówiłeś, że wątpisz, że on wyjdzie żywy z tego spotkania.
- Chciałem tylko trochę nastraszyć Granger – powiedział niewinnym głosem.
I mi się udało. – triumfalnie wspomniał jej wzdrygnięcie się.
- Jesteś niereformowalny. – Pamona przewróciła oczami. – Coś sugerujesz?
- To chyba logiczne, że Czarny Pan nie zabije najlepszego żyjącego w
Wielkiej Brytanii wytwórcy różdżek. – widząc ich miny, chyba nie było to dla
nich aż tak oczywiste. – Pacany. Lord gardzi mugolakami, ale czysto krwiste
dzieci są dla niego największym skarbem i inwestycją w przyszłość. Nie pozbawi
ich możliwości kupna różdżki u mistrza różdżkarstwa. Ollivanderowi nic się nie
stanie, co najwyżej nałapie kilka siniaków.
- Jesteś tego pewien?
- Nie, ale dosyć dobrze znam Czarnego Pana. Nie spodziewam się po nim innej
decyzji w tej sprawie.
- Oby tak było Severusie. Jeżeli się mylisz, będziesz miał człowieka na
swoim sumieniu – dołączył do rozmowy Alferd Russel.
- Jest ich tam już całkiem wielu – wycedził, czym wzbudził dezaprobatę
wszystkich obecnych w pomieszczeniu. – Coś jeszcze?
- Dlaczego Voldemort tak bardzo interesuje się różdżkami? Czyżby z jego
własną coś się stało?
- Z jego różdżką wszystko jest w porządku. Wciąż używa tej samej. Być może
będzie chciał wypytać Ollivandera o różdżkę młodego Pottera. Nic więcej nie
wiem w tej sprawie.
- No dobrze. - odparła Lierege. - A jakieś wiadomości od Dumbledore'a?
- Nic szczególnego. Albus podróżuje, co usprawiedliwia jego nieobecności na
zebraniach. Poprosił mnie, abym jeszcze w tym tygodniu przeniósł się do
Hogwartu na resztę wakacji co pozwala mi wywnioskować, że ma jakieś plany.
Tydzień temu, jak wszyscy wiemy, był z Potterem u Slughorna. Horacy zaszczyci
szkołę z bliżej mi nieznanych powodów.
- Może będzie nowym nauczycielem OPCM... - dołączył Remus.
- Dumbledore znalazł na to stanowisko kogoś znacznie lepiej
wykwalifikowanego. - powiedział z nieukrywaną satysfakcją.
- A to ciekawe. Kto to taki?
- Ja. - rozłożył ręce w prezentującym geście i uśmiechnął się podle.
- Żartujesz!?
- Nie zwykłem żartować. Będę uczył OPCM od tego roku. Stanowisko na
Eliksiry wciąż jest nieobsadzone, więc pewnie Slughorn zajmie moje
miejsce.
- Nikt jeszcze nie wytrzymał na stanowisku OPCM dłużej niż rok! -
wykrzyknęła Sophia Lorenc, jedna z aurorek obecnych na zebraniu.
- Więc mam okazję być pierwszy, który tego dokona.
- Powodzenia Severusie. - życzył mu Remus. - Ja bardzo miło wspominam swój
czas jako nauczyciel. Chociaż koniec roku nie należał do najprzyjemniejszych.
- Sam się prosiłeś, Lupin. Trzeba było pić Tojadowy tak jak ci kazałem to
może...
- Dosyć. - Lierege ucięła kłótnię w zarodku. - Masz jakieś informacje
co do tego, gdzie podróżuje Dumbledore?
Severus musiał odetchnąć, żeby się uspokoić. Już któryś raz dzisiaj mu
przerwano, a on szczerze nienawidził gdy to robiono.
- Nie. Albus nie spowiada mi się ze wszystkiego.
- I nie jesteś ciekaw co on takiego robi?
- Nie. Jeżeli sprawa będzie dotyczyła mnie, dyrektor mnie powiadomi. Jeżeli
nie, nie jest mi to do niczego potrzebne.
- Voldemorta na pewno zainteresowałyby te wyprawy Albusa,
- A więc cieszcie się, że nic o nich nie wiem. Jeszcze mogłoby mi się
niechcący... wypsnąć co nieco.
- Jak możesz być taki okropny?! - zawołała Molly. - Nie masz dla nas
za grosz litości!
- Czerpię nieodżałowaną rozrywkę z dręczenia waszych nieskalanych dusz.
- A co robi Sam-Wiesz-Kto? Oprócz kontemplowania nad różdżkami.
- Podziela z Dumbledore’m pasje podróżnicze. Szuka sprzymierzeńców za
granicą. Ostatnio był w Albanii, aczkolwiek była to raczej podróż czysto rekreacyjna.
- Potraficie sobie to wyobrazić? Lord Voldemort w krótkich spodenkach smaży
się na albańskiej plaży i pije drinki ze słomki. A tancerki Hula okrążają go z
obowiązku i dla zabawy. – zarechotał wesoło jeden z aurorów udając jedną z
takich tancerek. Niektórzy parsknęli śmiechem, ale Severus popatrzył na młodego
człowieka z obrzydzeniem.
- Czarny Pan ma w Albanii wielu potężnych przyjaciół. Zwłaszcza, że spędził
tam większość swojego czasu jako marna imitacja żywej istoty. Nie powinniście
się cieszyć, sami doskonale wiecie, że pojęcie rozrywki dla Sami-Wiecie-Kogo ma
nieco spaczone znaczenie. – łypnął wrogo po towarzystwie. Gdy zobaczył, że jego
słowa odniosły zamierzony efekt, wyprostował się. - To wszystko z mojej strony.
Szalonooki skinął mu.
- Zbaczając z tematu. Bardzo jestem ciekawa kim był ten człowiek który was
śledził - odparła Sophia. - Moody, widziałeś jego twarz?
- Tak. Paskudny jak noc. Ubrany jak chochło.
JAK CO?! - pomyślał Snape.
- Nie ma takiego słowa - wtrącił się do rozmowy.
- Wszystko musisz skomentować?! No ubrany był w jakieś… jakieś łachmany w
kolorach tęczy, wyglądał po prostu okropnie w tych ciuszkach. Na oko miał ze
dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Długie włosy, ciemno brązowe. Oczy też
ciemne, bez zarostu. Niczym szczególnym się nie wyróżniał z twarzy, ale
niedobrze mu z oczu patrzyło.
- Miał mroczny znak?
- Miał długi rękaw, nie widziałem. Może Granger coś zobaczyła, ale wątpię
czy wzięła się za rozbieranie go.
- Chyba to bardziej on chciał rozebrać ją, z tego co słyszałem.
Chociaż nie wiem po kie licho. – dodał w myślach, negatywnie oceniając
prezencję młodej Granger’ówny. Chuda jak szkapa, na głowie i w głowie
pstro, w rozciągniętym swetrze jak psu z gardła wyjętym.
- SEVERUSIE! - ryknęła Molly.
- No co? Przecież tak było.
- Za knuta w tobie taktu. - kobieta pokręciła głową ze zrezygnowaniem.
- Zajmiemy się ustaleniem kto to mógł być. Skoro wyglądał młodo, musi to
być ktoś mniej więcej w moim wieku. Odkopiemy stare archiwa i zdjęcia szkolne i
może natrafimy na kogoś pasującego do twojego opisu. Najlepiej gdybyś
udostępnił nam swoje wspomnienie do myślodsiewni. No i Kingsley zajmie się
różdżką. - podsumowała Lorenc ignorując komentarze Snape’a.
- Znajdziemy go. - potaknął jej Shacklebolt.
- Jakieś wieści z Ministerstwa? – zapytała Emmelina Vance.
- Jest nieciekawie. – podchwycił Roche. – Po dymisji Knota nikt sobie nie
ufa. Scrimgeour robi co może, ale propagity Voldemorta sieją panikę i robią
straszne zamieszanie.
- Propagity?
- Przychodzą z poranną pocztą, raz na kilka dni. Czasami są to zwykle
ulotki, nawoływanie do segregacji czarodziejów, pierdolenie o walce z
mugolakami dla dobra czarodziejskiego świata. To zazwyczaj nie wzbudza aż
takich emocji, chociaż utrzymuje panikę na stałym poziomie. Najgorsze są
pogróżki. Alfredzie?
- Dwa dni temu dostałem jedną. Zagrożono śmiercią moim dzieciom i wnukom,
jeżeli nie przepchnę ustawy o testach magicznych dla pracowników Biura Aurorów.
Keane zgłosił ten żałosny projekt, pod przykrywką dbania o najwyższy poziom
bezpieczeństwa dla obywateli czarodziejskiego świata. Oczywiście nikt w to nie
wierzy. Chodzi jak zwykle o segregację mugolaków. Dewlish twierdzi, że Keane
jest pod Imperiusem, w co w zasadzie mogę uwierzyć.
- W dodatku Corban Yaxley nosi się po Ministerstwie jakby był u siebie! –
wybuchł Sutherland uderzając otwartą dłonią w stół. – Nie mogę na niego
patrzeć. Najgorsze, że w praktyce nic na niego nie mamy. A chętnie dopadłbym go
w swoje ręce.
- Śmiem twierdzić, że dostał od Pana zadanie by infiltrować pracowników
Ministerstwa. – powiedział cicho Snape.
- Tyle to myśmy się sami domyślili. Czekamy aż zrobi jakiś błąd. Prędzej
czy później do tego dojdzie.
- Poza tym niektórzy nie mogą pozwolić sobie na opór wobec tych gróźb. –
dodał z powrotem Russel. - Przed tygodniem zaginęła Moura DeLauge z
Departamentu Tajemnic, również dostała pisemne ostrzeżenie z „prośbą” o
zaakceptowanie zarządzenia dotyczącego przesłuchań wobec pracowników
mugolskiego pochodzenia pracujących na Salach Rozpraw. Odmówiła i niedługo po
tym zniknęła. Niestety nie możemy nic z tym zrobić, Departament Tajemnic rządzi
się swoimi prawami. Urzędnicy twierdzą, że nie mogą nam udostępnić żadnych
informacji na jej temat, banda imbecyli.
- Dużym problemem jest to, że wielu ludzi wciąż nie chce uwierzyć, że
Sami-Wiecie-Kto powrócił. Rośnie panika, a duża część pracowników Ministerstwa
obwinia o to Scrimgeour’a i nowy rząd.
- W tym momencie jesteśmy świadkami przejmowania Ministerstwa małymi
kroczkami. Ustawy i zarządzenia są podpisywane w strachu o życie najbliższych.
Myślę, że w tym tempie za rok Sami-Wiecie-Kto będzie miał nas w garści.
- Alfredzie! A co z twoją rodziną? Chyba nie zamierzasz podpisywać tej
ustawy? – zapytała zatroskana Molly Weasley.
- Nie zamierzam. Córkę z dzieciakami wysłałem do Hiszpanii, do ich ciotki.
Ale mój syn jest aurorem i uparł się, że zostanie tu, w Londynie.
- Nie chciałby dodatkowej ochrony? Może niech zamieszka tutaj?
- Tutaj? To nierozsądne. – skomentował Snape. – Dom jest Pottera a młody
Russel niedługo prawdopodobnie będzie śledzony przez śmierciożerców. Nikt nie
może się dowiedzieć o tym miejscu.
- Niech zamieszka u mnie. Mam wolny pokój. – po raz pierwszy odezwała się
Tonks. Remus poruszył się niespokojnie.
- Nie zgadzam się. To zbyt niebezpieczne.
- Lupin, ty nie masz tu nic do gadania. Mieszkam sama i mogę zapraszać kogo
tylko chcę.
- Ściągniesz na siebie uwagę śmierciożerców.
- Jestem aurorką, umiem o siebie zadbać.
- On też jest aurorem i właśnie rozmawiamy o ochranianiu jego głowy. A kto
będzie ochraniał twoją?
Przez chwilę patrzyli na siebie tocząc z sobą niemą wojnę na spojrzenia.
Gdy Remus nie ustępował, Tonks uśmiechnęła się nieśmiało i odwróciła głowę.
- Możesz ty, jeżeli tylko chcesz. – powiedziała z lekkim zażenowaniem.
Lupin odwzajemnił uśmiech i skinął głową na zgodę.
- Uughh – romantyczny moment przerwał Snape, pokazując wyrazem twarzy jak
bardzo jest zdegustowany. – Dosyć tych ckliwych gadek. Jeżeli nie macie do
powiedzenia nic więcej, muszę wracać na Spinner’s End.
- O, a co? Czarny Pan da ci szlaban za wracanie po 22:00? – zadrwił Moody.
Merlinie, czemu pokarałeś mnie akurat nimi?
Snape tylko popatrzył na niego, po czym wstał, obrócił się i wyszedł z
kuchni nie żegnawszy się z nikim. Przeszedł przez korytarz jak burza specjalnie
budząc tę starą kwokę, Walburgę Black. Niech się z nią użerają. Sam
zignorował jej wrzaski, wyszedł na klatkę schodową i z trzaskiem aportował się
do domu. W progu głębokim ukłonem powitał go Glizdogon. A niech was
wszyscy diabli. Przeżywając wewnętrzne męki westchnął głośno
i skierował swe kroki do obskurnego salonu by oddać się w ciszy swoim
ponurym myślom. Nie wiedział nawet, że to dopiero początek długiej drogi
usłanej cierniami. Tylko czy na końcu czeka go jakaś nagroda? Czas pokaże.
Hej! Uff, pierwszy rozdział za mną. Nie mam bety i mogą pojawiać się
literówki czy jakieś drobne błędy, mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Jeżeli
coś znajdziecie, piszcie w komentarzach, będę na bieżąco poprawiać. Dajcie
znać, jak podoba wam się początek tej historii :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz