Rozdział I

"Chcę, żebyś była dzielna. Nie wolno ci się niczego bać. 

(...) Świat pełen jest miłości, a wiosna dociera wszędzie".

Lucy Maud Montgomery "Emilka ze Srebrnego Nowiu"

 

- Masz, zapakowałam ci tu trochę ciasta cytrynowego i kremówek.

- Mamuś, przecież ja tam nie będę jechała przez cały dzień. To tylko kilka stacji metra stąd.

- Wiem kochanie, to dla twoich przyjaciół. Pozdrów ode mnie i od taty państwa Weasley’ów.

Złote promienie słońca wpadły przez okno do kuchni i położyły się szerokimi pasmami po drewnianej podłodze, kolorowych kafelkach, meblach kuchennych i po twarzy jej matki, która zmrużyła oczy i zasłoniła twarz ręką. Skąpana w blasku słońca w tej pozycji wyglądała jak posąg. Piękna i majestatyczna, ale biło od niej ciepło i szczęście. Uśmiechała się delikatnie, a wokół jej okrągłych, orzechowych oczu pojawiły się pajączki, najpiękniejsze zmarszczki świata. Widok ten rozczulił Hermionę do głębi i sprawił, że tym trudniej było jej się dzisiaj żegnać z matką. 

- Dobrze. Dzięki za te ciastka. – Hermiona uśmiechnęła się ciepło do swojej mamy. – Szkoda, że taty nie ma. Bardzo chciałabym go teraz przytulić.

- Wiem, on też bardzo żałuje. – pani Granger popatrzyła na córkę smutno i pochwyciła ją w pożegnalnym uścisku.

- Przepraszam, że tak nagle znikam. – wyszeptała matce we włosy. Jej głos zadrżał i łzy zaczęły podchodzić jej do oczu. – Bardzo chciałabym spędzić z wami całe wakacje. Tak rzadko się widzimy i teraz… jeszcze to nam… odebrano… - wyjąkała płacząc.

- Ciii… Już dobrze... Bardzo cię z tatą kochamy i pamiętamy o tobie zawsze. – odsunęła delikatnie córkę od siebie, położyła dłonie na jej policzkach i kciukami starła łzy. – Już dobrze córeczko. Nie martw się o nas zbytnio, pisz często i bądź bezpieczna.

- Mamuś…

- Cii… Idź już. Pan Moody na pewno już na ciebie czeka. Kocham cię. – pocałowała Hermionę w czoło i uśmiechnęła się pocieszająco, chociaż młodsza dziewczyna dostrzegła, że oczy jej matki również stały się wilgotne.

- Też cię kocham.

Matka podała jej cekinową torebeczkę i pudełko z ciastkami i odprowadziła córkę do drzwi.

- Pa córeczko.

Hermiona stała jeszcze chwilę w drzwiach nie mogąc zmusić się do przekroczenia progu. Brzoskwiniowe ściany salonu, ciemne, dębowe meble, grubo ciosany kominek i zdjęcia rodzinne wiszące nad schodami były obietnicą bezpieczeństwa i ostatnią ostoją spokoju w tym niebezpiecznym świecie. Wcale nie chciała stąd wychodzić. Mogłabym zaszyć się tu na zawsze i może nikt by nie znalazł. To była równie kusząca, co niemożliwa do spełnienia mżonka. Ostatni raz spojrzała matce w oczy i musnęła jej ramię dłonią, strzepując nieistniejący paproch z rękawa jej bluzki.

- Do zobaczenia w grudniu. – szepnęła i wyszła na cichą uliczkę południowego Londynu.

Szła spacerkiem i wdychała wieczorne, sierpniowe powietrze. Lipiec się skończył i za chwilę znów będzie zima. Minęła kolejne skrzyżowanie i wreszcie znalazła się przy głównej drodze. Stanęła na światłach i ukradkiem obserwowała piątkowy ruch uliczny i ludzi dookoła. Niczego nieświadomych mugoli, którzy nie zdawali sobie nawet sprawy, że najpotężniejszy czarnoksiężnik od czasów Grindelwalda właśnie powrócił z martwych i teraz wszyscy mają przesrane. Ruch uliczny Londynu jak zwykle był wartki, w oddali słyszała dźwięk spieszącej gdzieś karetki a w najbliższym otoczeniu głośno warczały samochody osobowe i taksówki. Słońce oślepiało kierowców swoim zachodzącym, przenikliwym blaskiem zmuszając do zakładania okularów albo mrużenia oczu. Zaświeciło się zielone i przeszła przez pasy kierując się w stronę parku Kennington, gdzie mogła dojrzeć tłumy spacerowiczów, biegaczy i właścicieli psów. Z daleka już zauważyła neon informujący o stacji metra więc udała się w tamtym kierunku. Spacer dobrze jej zrobił. Nie mogła samodzielnie aportować się od razu pod stację, bo nie ukończyła jeszcze siedemnastego roku życia i dopiero w tym roku będzie brała udział w kursie aportacji. I tak wolała się przejść, uporządkować myśli i pogodzić się ze zbyt wczesnym rozstaniem z rodzicami. Poza tym aportacja była niewskazana. Nie mogła zostawiać po sobie śladów.

Dumbledore prosił, żeby sierpień spędziła w Kwaterze Głównej, więc nie pozostało jej nic innego niż zgodzić się na jego naglącą prośbę. Z Dumbledore’m się nie dyskutuje. Widocznie musiał mieć powód, żeby ściągać ją wcześniej.

Gdy była już blisko zdołała dostrzec znajomą sylwetkę Szalonookiego.

- Granger – warknął na powitanie.

- Dzień dobry profesorze – odpowiedziała radośnie.

- Nigdy nie byłem twoim profesorem. Nikt cię nie śledził? – powiedział rozglądając się uważnie dookoła. W czarnej przepasce, bez swojego magicznego oka jego głowa wydawała się być dziwnie mała.

- Eeeee… Chyba nie. Nie przyglądałam się jakoś szczególnie.

- Co zawsze powtarzam?! STAŁA CZUJNOŚĆ!

- Tak, ale…

- Nie ma czasu na pogaduszki, szybko musimy się stąd zabierać. Za godzinę jest spotkanie Zakonu.

- Naprawdę?! A czy ja mogłabym…

- A myślisz, że po co dyrektor kazał mi cię przyprowadzić dzisiaj do Kwatery?

- O jaaaaa… - oczy Hermiony zaświeciły się z podekscytowania.

- Tak, tak. Na zachwyty przyjdzie czas później. Ruszaj się!

Szybkim krokiem zeszli po schodach, chociaż Moody raczej kuśtykał niż szedł. Akurat podjechał ich pociąg więc wsiedli i zajęli ostatnie wolne miejsca. Londyńskie metro nigdy nie jeździło puste. Siedzieli w ciszy i Hermiona obserwowała jak inni pasażerowie przetasowują się na każdej kolejnej stacji. Szalonooki uważnie przyglądał się wszystkim nowo wsiadającym pasażerom szukając chociaż minimalnych oznak podejrzanego zachowania.

- Widzisz tego chłystka, na drugiej?

Hermiona kątem oka zerknęła w tamtą stronę. Siedział tam młody chłopak, góra dwudziestoparoletni. Długie ciemne włosy, zapadnięte powieki, ubrany na pstrokato. Na głowie miał fikuśną czapkę czy raczej chustę związaną na boku. Łypał oczami na mijających go ludzi. Wydawał się być poddenerwowany. Faktycznie, dziwny typek, ale tutaj pełno takich.

- Co z nim? – zapytała Hermiona.

- Wsiadł z nami na Oval Station. Minęliśmy już 6 stacji a on dalej siedzi klęto. Za 3 stacje wysiadamy my i jestem okropnie ciekaw czy pójdzie za nami.

- Co zrobimy? – przełknęła głośno ślinę. Nie sądziła, że ktokolwiek będzie chciał ją zaatakować, ale głupotą byłoby zlekceważyć ewentualne zagrożenie. STAŁA CZUJNOŚĆ! – zagrzmiała w myślach.

- Na razie trzymaj różdżkę w pogotowiu. Z tym pudłem pod pachą możesz mieć z tym lekki problem. – posłał jej wredne spojrzenie. – Co tam masz?

- Bez magicznego oka nie jest pan już taki cwany, co?

- Nie przeginaj!

- Dobrze już. Ciasto cytrynowe i kremówki roboty mojej mamy. Są przepyszne.

Popatrzył zdegustowany na kartonowe pudło, po czym rzekł:

- Lubię kremówki.

Roześmiała się lekko.

- Dobra, teraz będzie nasza stacja. Ruszaj cztery litery. I różdżka w dłoń!

Wstali i tak jak przewidywał Moody, dziwny chłopak również podniósł się ze swojego miejsca. Ukradkiem wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenia. Ogarnął ją lekki stres. Pociąg zatrzymał się i z głośników popłynął dźwięczny głos pani speeker, oznajmujący, że znajdują się na Angel Station i pasażerowie uprzejmie proszeni są o zabranie bagaży. Hermiona i Moody ruszyli raźno w stronę wyjścia starając się wtopić w tłum, co w przypadku Moody’ego nie było proste. Po wyjściu na ulicę skręcili w lewo, później w prawo, później znowu w lewo. Błądzili między uliczkami i powoli zaczęli zapuszczać się w coraz cichsze zakątki. W końcu znaleźli się blisko jakiegoś kościoła i skierowali się w stronę niewielkiego parku. Słońce już jakiś czas temu zniknęło za horyzontem i powoli robiło się coraz ciemniej. Jak się okazało, dziwny chłopak wciąż za nimi kroczył, w bezpiecznej odległości, jednak Hermiona zdołała go dostrzec. Nie mogli kluczyć tak w nieskończoność.

- Zaraz obok jest Kwatera Główna. Biegnij do końca wzdłuż tego parku i nie czekaj na mnie. Ja postaram się go zmylić. Jasne?

- Tak.

- No to na co czekasz?!

Oboje weszli do parku, po czym Hermiona od razu za wysokimi żywopłotami odbiła w prawo kierując się do bocznego wyjścia z parku, żeby wyjść na chodnik i skrócić sobie trasę. Ostatni raz obejrzała się za swoim towarzyszem, po czym została sama. Serce dudniło jej ze strachu, ale starała się zachować zimną krew. Oby poszedł za Moody’m. Oby poszedł za Moody’m. – powtarzała w myślach jak cichą modlitwę. Szybkim krokiem lawirowała między drzewami starając się omijać latarnie i pozostawać jak najbardziej w cieniu. Po kilku minutach dopadła bocznej bramy i tam zderzyła się z kimś.

- Oh, najmocniej prze… - podniosła głowę. To był ON. O Merlinie, o Merlinie! Co teraz? Wciągnęła głośno powietrze i stanęła jak wryta.

- Coś ci upadło – powiedział jak gdyby nigdy nic, chociaż nawet nie spojrzał w stronę pudełka, które wypadło dziewczynie z rąk. Patrzył prosto w jej oczy. Jego głos był cichy i spokojny, ale było w nim cos takiego, że Hermionę przeszedł dreszcz obrzydzenia. Wciąż wpatrywała się w niego trzymając różdżkę nisko, wycelowaną zza pleców w tajemniczego mężczyznę. Była spięta i nie była w stanie się ruszyć. Panika odebrała jej zdolność ruchu.

- Nie podniesiesz? – pochylił się do jej twarzy i czekał na jakąkolwiek reakcje z jej strony. Gdy nic takiego nie nastąpiło przybliżył twarz do jej ucha i odezwał się szeptem - Tak się zastanawiam… Co taka piękna, młoda dziewczyna robi sama… wieczorem… w takim obskurnym miejscu? – Hermiona czuła gorący oddech na swojej szyi i łzy stanęły jej w oczach. Gdy stał tak blisko mogła poczuć jego obrzydliwie cierpkie perfumy wymieszane z silną wonią papierosów. Mężczyzna uniósł swoją dłoń do nasady jej włosów i przejechał nią aż do ucha. Na jego ustach zagościł obrzydliwy, lubieżny uśmiech.

Spanikowana podniosła na niego swój wzrok i z największym trudem, niemal bezgłośnie wyszeptała pierwsze zaklęcie, jakie przyszło jej do głowy.

- Obliviate.

Przez sekundę zobaczyła w jego oczach zdziwienie a później jego wzrok rozpłynął się i zdawał się nie patrzeć w żadnym konkretnym kierunku. Po chwili mężczyzna upadł na ziemię i leżał bezwiednie. Hermiona w końcu otrząsnęła się z szoku. Wzięła głęboki oddech i nareszcie zaczęła logicznie myśleć. Rozejrzała się czy nikt nie idzie. Wiedziała, że ma maksymalnie 5 minut zanim facet wybudzi się z transu. Szybko przeszukała jego kieszenie i niemal natychmiast w jednej z nich wyczuła cienki, podłużny kształt. Różdżka. Cholera jasna! Schowała ją do kieszeni kurtki. Nie znalazła więcej niczego przydatnego ani podejrzanego. Chwyciła więc jeszcze tylko z chodnika pudełko z ciastkami i puściła się pędem w stronę Kwatery Głównej. Gdy zziajana znalazła się przed znajomą kamienicą, wypowiedziała w myślach słowa Grimmauld Place 12. Pomiędzy numerem 11 a 13 zaczęły pojawiać się drzwi, ściany i okna i po chwili stała już przed ponurym i obdrapanym budynkiem, który był Kwaterą Główną Zakonu Feniksa. Szybko przeskoczyła schody, wchodząc po 2 stopnie i wpadła do środka. Zamknęła za sobą drzwi, po czym oparła się o nie i osunęła się na podłogę w korytarzu. Nareszcie bezpieczna.

 ___ ___ ___

Właśnie minęła dwudziesta, a Szalonookiego wciąż nie było. Ten szaleniec nigdy się nie spóźnia. Coś musiało się stać. Pozostali członkowie chyba również podążali podobnym tokiem myślenia bo atmosfera zrobiła się niespokojna. Molly Weasley zaczęła nerwowo rozglądać się po kuchni jakby w nadziei, że Moody zaraz wyskoczy zza blatu krzycząc „Akuku!” jak miały w zwyczaju robić małe, durnowate bachory. Lupin posłał mu przeciągłe spojrzenie, na co Severus wykrzywił wargi w grymasie.

- Ktoś wie co z Moody’m? – odezwał się Artur Weasley.

- Zaraz powinien być. Widocznie mieli po drodze jakieś trudności. – wtrąciła się Molly miętoląc w dłoniach ścierkę kuchenną.

- Mieli? – zapytał ostro Severus. – O ile dobrze pamiętam ostatnio był tylko jeden Moody.

- Tak, ale… - nie zdążyła dokończyć, bo właśnie usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi a potem głośne krzyki portretu pani Black zagłuszyły wszystko inne. Znał już na pamięć jej wyzwiska o wrednych szlamach i szumowinach bezczeszczących pamięć wspaniałego rodu Blacków. Szybko jednak portret zamilkł i w pomieszczeniu pojawił się Alastor Moody. Był zgrzany i zdyszany a na powitanie rzucił tylko:

- Gdzie jest Granger?

- Granger?! A co ona tu u licha… – zaczął Snape, ale przerwał mu Lupin.

- Jak to? Tu jej nie ma. Czekamy na was już od 10 minut!

- Cholera jasna!

- Alastorze! Co się stało?! – Molly krzyknęła swoim najbardziej piskliwym głosem.

- Ktoś nas śledził. Od samego początku. Próbowaliśmy go zgubić. Rozdzieliliśmy się w parku. Dałem jej jedno proste zadanie. Miała jak najszybciej przybiec tutaj. Cholerna dziewucha!

- O Merlinie. – Molly złapała się za serce i osunęła się na Artura, który natychmiast złapał ją i posadził na krześle. Łypnęła groźnie na panów siedzących najbliżej drzwi i krzyknęła:

- No co tak stoicie!? Idźcie po nią! Biedaczka, och, biedna dziewczyna! – załkała.

Artur wstał, skinął na Remusa i Snape’a i ruszył ku wyjściu. Dwaj mężczyźni podążyli za nim schodami w górę, chociaż Snape był wściekły z takiego obrotu sprawy. Na fotelu było mu bardzo wygodnie. Poza tym Granger niewiele go obchodziła. Wtedy usłyszeli znów zgrzyt klamki od drzwi. Wbiegli na korytarz i zobaczyli tylko jak drobna dziewczyna osuwa się na zimną posadzkę i z westchnieniem opiera głowę o framugę drzwi. Jej twarz straciła wszelkie barwy, oczy były wielkie jak galeony i cała się trzęsła. Obok niej na podłodze leżało jakieś pudło a sama dziewczyna w ręce mocno ściskała swoją różdżkę. Na korytarz wbiegła Molly i od razu rzuciła się w kierunku Hermiony zasłaniając ją swoim ciałem.

- Hermiono! Oh! Jak nas przestraszyłaś! – krzyknęła głośno i zaczęła tulić do siebie przerażoną dziewczynę. Gdy przejechała swoją pulchną dłonią po jej bujnych włosach dziewczyna wzdrygnęła się ciężko i odsunęła się jak najdalej, przyciskając mocniej do drzwi. Wycelowała swoją różdżkę w stronę starszej kobiety.

Molly natychmiast się cofnęła i wtedy Severus i reszta mogli w końcu zobaczyć co się dzieje. Widok Granger celującej różdżką w Molly był przedziwny i nienaturalny. Wygląda żałośnie. Czyli w sumie normalnie. Severus nie zamierzał bawić się w durnowate uspokajanie znerwicowanej nastolatki i niewerbalnie rzucił w nią zaklęcie uspokajające.

 ___ ___ ___

Powoli jej ciało zaczęło się rozluźniać, opuściła różdżkę i zaczęła głęboko oddychać. Wszyscy w ciszy czekali, aż całkowicie się uspokoi, w obawie, że mogłaby zrobić coś głupiego. Nie minęła minuta gdy Hermiona była już całkowicie opanowana i podniosła swój wzrok na ludzi w pomieszczeniu. Krzyki i zamieszanie ściągnęły na korytarz mnóstwo osób, które stały w ścisku i obserwowały całe zajście. Zobaczyła profesora Snape’a na przedzie z uniesioną w jej stronę różdżką, potem Artura Weasley’a i Remusa, z boku groźnie łypał na nią wyraźnie wściekły Moody, bardziej z tyłu zauważyła fioletową czapkę Kingsleya i różowe włosy Tonks. Było też kilku ludzi, których nie znała osobiście lub tylko z widzenia. Emmelina Vance, którą pamiętała z zeszłego roku, jakaś inna kobieta o ostrych rysach twarzy czy dwóch mężczyzn w przedziwnych strojach. Reszta zaczęła powoli jej się mieszać. Na schodach prowadzących na górę stali zszokowani Ron, Ginny i Bliźniacy a pomiędzy ich nogami plątał się Stworek mrucząc coś o brudnych szlamach i zdrajcach krwi. Hermionie zrobiło się wstyd. Narobiła ogromnego zamieszania. Poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń i pozwoliła Molly pomóc jej podnieść się z podłogi.

- Choć dziecinko do kuchni. Napijesz się herbaty i zaraz poczujesz się lepiej.

Dziewczyna wstała, podniosła pudełko z ciastkami i na drżących nogach została odprowadzona przez Molly do kuchni. Za nimi ruszyła reszta. Przy schodach dopadł ją Ron pytając co się stało, ale pani Weasley odprawiła go machnięciem ręki.

Gdy byli już w kuchni, Hermiona oddała ciastka w ręce gospodyni i usiadła na fotelu najbliżej drzwi.

- Granger, to moje miejsce. Czy mogłabyś łaskawie…– zaczął Snape, który pojawił się znikąd i stanął niebezpiecznie blisko niej. Jego długie, czarne szaty opadały lekko na buty Hermiony.

- To bez znaczenia, Snape. Usiądź se gdzie indziej! Granger, do cholery! Gdzieś ty się podziewała?! – przerwał mu szybko Szalonooki.

- Proszę Pana, ja…

- Miałaś jedno proste zadanie! NO?! Słuchamy! Zbierałaś pod drodze kwiatki, że tak długo ci się zeszło?!

- Proszę dać mi dojść do głosu! – krzyknęła.

Moody wykrzywił twarz i pokazał jej gestem, żeby mówiła i to jak najszybciej. Molly postawiła przed nią kubek z parującą herbatą. Reszta członków zakonu zaczęła zajmować swoje miejsca przy stole.

- No więc ja naprawdę prawie biegłam. Skręciłam zaraz za żywopłotem, chciałam się dostać na ulicę boczną bramą. Ale on już tam był, zderzyłam się z nim w przejściu. On… On… - jej głos zaczynał się łamać. Alastor prychnął.

Wzięła głęboki wdech. Bądź profesjonalna, Hermiono. – podniosła się na duchu.

- Zaczepił mnie. Zaczął mówić… różne rzeczy. Dotknął moich włosów. – wzdrygnęła się. – Rzuciłam na niego Obliviate. Miał przy sobie różdżkę. – wyciągnęła różdżkę z kieszeni, uniosła ją do góry pokazując wszystkim i położyła na stole przed sobą.

- Czarodziej – warknął Moody. Ten fakt był niepokojący.

- Tak. Ale nie wiem czego chciał. Mówił typowe zbereźne gadki więc na początku myślałam, że to po prostu jakiś obleśny typ. Pełno ich wszędzie. Ale potem znalazłam to, więc mu ją zabrałam i uciekłam.

- Dobrze zrobiłaś – powiedział Kingsley, który do tej pory przysłuchiwał się wszystkiemu w ciszy. Posłał dziewczynie pełne uznania skinienie. – Zabiorę ją do Ollivandera, na pewno będzie wiedział do kogo należała.

- W takim razie musisz się pospieszyć. – wtrącił Snape. – Czarny Pan ostatnio jest wyjątkowo zainteresowany różdżkarstwem. Na razie nie wiem nic konkretnego, ale być może w niedługim czasie będzie chciał złożyć Ollivanderowi wizytę. Wątpię czy staruszek wyjdzie żywy z tego spotkania. – na jego ustach wykwitł wredny uśmieszek. Hermiona zadrżała na wieść o tym.

- Severusie! Tutaj jest dziecko! Ona nie powinna wiedzieć o sprawach Zakonu!

- Nic mnie to…

- Właśnie! Doskonale, że tak szybko przeszliśmy do sedna sprawy. – znów przerwał mu Moody. Cierpliwość Severusa wyraźnie wisiała już na włosku bo posłał mu wściekłe spojrzenie. – Granger we wrześniu skończy 17 lat co uczyni ją pełnoletnią czarownicą. – powiedział głośno, po czym zwrócił się bezpośrednio do dziewczyny -  Albus chce ci zaproponować miejsce w Zakonie gdy tylko staniesz się pełnoletnia. Zgadzasz się?

- ALASTORZE! – zagrzmiała Molly. – To tylko dziecko! Nie ważcie się…

- Zgadzam się. – Hermiona odpowiedziała natychmiast. Nie musiała długo się nad tym zastanawiać. Decyzja była oczywista.

Pani Weasley patrzyła na Hermionę z czystym wyrzutem. Pokręciła zrezygnowana głową.

- To nie na moje nerwy, nieee… To nie na moje nerwy.

- Świetnie. – Szalonooki klepnął ją w plecy tak, że niemal wypluła płuca. – A teraz spadaj stąd! Gromada rudzielców czeka na ciebie na górze!

- Tak jest! – i wybiegła zostawiając po sobie jedynie nietknięty kubek z herbatą i różdżkę nieznanego czarodzieja. Była taka szczęśliwa! Jestem w Zakonie! Jej serce tańczyło lambadę i robiło piruety. Uczucie strachu już dawno ją opuściło, okropnie wspomnienie z podróży już zdążyło się zatrzeć, teraz czuła tylko błogi spokój i ulgę. Zaraz po opuszczeniu kuchni wpadła na Rona i resztę, którzy przecież mieli na nią czekać na drugim piętrze, a nie u szczytu schodów do kuchni. Po ich twarzach, szczególnie po minie Rona widziała, jak bardzo pragnęli z nią porozmawiać, ale jednie pokazali jej gestem, przytykając palce do ust, aby pozostała cicho. Potem dojrzała w ręce Freda (albo Georga) Uszy Dalekiego Zasięgu i wszystko stało się jasne. Podparła się pod boki z uniosła wysoko brwi w minie udawanego oburzenia, ale już po chwili stanęła w kółeczku, by móc razem z nimi podsłuchiwać obrady członków Zakonu Feniksa.

 ___ ___ ___

Przyszła jak huragan, narobiła zamieszania, przyniosła kilka dodatkowych problemów i wyszła święcie z siebie zadowolona. Bezczelne Gryfonki. Jednakże musiał przyznać, że rzucenie Obliviate było genialne w swej prostocie.

- Głupotą było przyjmowanie Granger do Zakonu. – odezwał się, gdy tylko drzwi zamknęły się za dziewczyną.

- No wreszcie zgadzam się w czymś z Severusem! – krzyknęła Molly. – Z tego będą tylko i wyłącznie kłopoty!

- Dumbledore tak zadecydował. Nie do was należy podważanie jego kwestii. – skontrował Alastor przy okazji zdejmując z twarzy przepaskę i wkładając swoje magiczne oko do pustego dotąd oczodołu.

- Do nikogo ono nie należy. Jest cholernym szefem całej tej szopki. To nie znaczy, że mam skakać z radości na każdą jego decyzję.

- Powinieneś być mu wdzięczny. Gdyby nie on, już dawno gniłbyś w ziemi razem z resztą swoich parszywych koleżków.

- Jak zapewne zauważyłeś, reszta moich parszywych koleżków wciąż ma się całkiem dobrze przy boku Czarnego Pana.

- Chyba mamy…

- Panowie. Nie po to tu jesteśmy. Wasze prywatne spory nas nie interesują. – do dyskusji dołączyła Pamona Lierege, kobieta o ostrych rysach. Jej spokojny, wyważony głos był całkowitym przeciwieństwem do kłótni obu mężczyzn. – Jest już prawie 21:00 a my nawet nie zaczęliśmy spotkania.

- Nie unoś się Pamono. Załatwimy to szybko. Snape? Masz wieści od twojego Pana? – odezwał się Roche Sutherland.

Od twojego Pana? – przedrzeźnił go w myślach. Banda idiotów.

- Owszem. Tak jak mówiłem wcześniej, mój Pan – tu zrobił wymowną przerwę. – planuje przed końcem sierpnia odwiedzić Ollivandera na Pokątnej. Konkretnego celu tej wizyty nie znam, ale ostatnio Lord dużo czasu poświęca różdżkom.

- W takim razie musimy ukryć Ollivandera jak najszybciej. Zanim Voldemort go dopadnie.

- Nie tak szybko Moody. Po pierwsze, jestem jedyną osobą, która wie o tych planach. Czarny Pan poinformował mnie o nich podczas prywatnej rozmowy. Głupio byłoby, gdyby nagle Ollivander zniknął. Po drugie, są jeszcze dzieciaki, które nie zdążyły kupić różdżek przed szkołą.

- No to co robimy?

- Nic. Czekamy.

- Tak po prostu?! Skarzemy Garricka na śmierć?

- Tego nie powiedziałem.

- Przecież mówiłeś, że wątpisz, że on wyjdzie żywy z tego spotkania.

- Chciałem tylko trochę nastraszyć Granger – powiedział niewinnym głosem. I mi się udało. – triumfalnie wspomniał jej wzdrygnięcie się.

- Jesteś niereformowalny. – Pamona przewróciła oczami. – Coś sugerujesz?

- To chyba logiczne, że Czarny Pan nie zabije najlepszego żyjącego w Wielkiej Brytanii wytwórcy różdżek. – widząc ich miny, chyba nie było to dla nich aż tak oczywiste. – Pacany. Lord gardzi mugolakami, ale czysto krwiste dzieci są dla niego największym skarbem i inwestycją w przyszłość. Nie pozbawi ich możliwości kupna różdżki u mistrza różdżkarstwa. Ollivanderowi nic się nie stanie, co najwyżej nałapie kilka siniaków.

- Jesteś tego pewien?

- Nie, ale dosyć dobrze znam Czarnego Pana. Nie spodziewam się po nim innej decyzji w tej sprawie.

- Oby tak było Severusie. Jeżeli się mylisz, będziesz miał człowieka na swoim sumieniu – dołączył do rozmowy Alferd Russel.

- Jest ich tam już całkiem wielu – wycedził, czym wzbudził dezaprobatę wszystkich obecnych w pomieszczeniu. – Coś jeszcze?

- Dlaczego Voldemort tak bardzo interesuje się różdżkami? Czyżby z jego własną coś się stało?

- Z jego różdżką wszystko jest w porządku. Wciąż używa tej samej. Być może będzie chciał wypytać Ollivandera o różdżkę młodego Pottera. Nic więcej nie wiem w tej sprawie.

- No dobrze. - odparła Lierege. - A jakieś wiadomości od Dumbledore'a?

- Nic szczególnego. Albus podróżuje, co usprawiedliwia jego nieobecności na zebraniach. Poprosił mnie, abym jeszcze w tym tygodniu przeniósł się do Hogwartu na resztę wakacji co pozwala mi wywnioskować, że ma jakieś plany. Tydzień temu, jak wszyscy wiemy, był z Potterem u Slughorna. Horacy zaszczyci szkołę z bliżej mi nieznanych powodów.

- Może będzie nowym nauczycielem OPCM... - dołączył Remus.

- Dumbledore znalazł na to stanowisko kogoś znacznie lepiej wykwalifikowanego. - powiedział z nieukrywaną satysfakcją.

- A to ciekawe. Kto to taki?

- Ja. -  rozłożył ręce w prezentującym geście i uśmiechnął się podle.

- Żartujesz!?

- Nie zwykłem żartować. Będę uczył OPCM od tego roku. Stanowisko na Eliksiry wciąż jest nieobsadzone, więc pewnie Slughorn zajmie moje miejsce. 

- Nikt jeszcze nie wytrzymał na stanowisku OPCM dłużej niż rok! - wykrzyknęła Sophia Lorenc, jedna z aurorek obecnych na zebraniu.

- Więc mam okazję być pierwszy, który tego dokona.

- Powodzenia Severusie. - życzył mu Remus. - Ja bardzo miło wspominam swój czas jako nauczyciel. Chociaż koniec roku nie należał do najprzyjemniejszych.

- Sam się prosiłeś, Lupin. Trzeba było pić Tojadowy tak jak ci kazałem to może...

- Dosyć. - Lierege ucięła kłótnię w zarodku. - Masz jakieś informacje co do tego, gdzie podróżuje Dumbledore?

Severus musiał odetchnąć, żeby się uspokoić. Już któryś raz dzisiaj mu przerwano, a on szczerze nienawidził gdy to robiono.

- Nie. Albus nie spowiada mi się ze wszystkiego.

- I nie jesteś ciekaw co on takiego robi?

- Nie. Jeżeli sprawa będzie dotyczyła mnie, dyrektor mnie powiadomi. Jeżeli nie, nie jest mi to do niczego potrzebne. 

- Voldemorta na pewno zainteresowałyby te wyprawy Albusa,

- A więc cieszcie się, że nic o nich nie wiem. Jeszcze mogłoby mi się niechcący... wypsnąć co nieco.

- Jak możesz być taki okropny?! - zawołała Molly. - Nie masz dla nas za grosz litości!

- Czerpię nieodżałowaną rozrywkę z dręczenia waszych nieskalanych dusz.

- A co robi Sam-Wiesz-Kto? Oprócz kontemplowania nad różdżkami.

- Podziela z Dumbledore’m pasje podróżnicze. Szuka sprzymierzeńców za granicą. Ostatnio był w Albanii, aczkolwiek była to raczej podróż czysto rekreacyjna.

- Potraficie sobie to wyobrazić? Lord Voldemort w krótkich spodenkach smaży się na albańskiej plaży i pije drinki ze słomki. A tancerki Hula okrążają go z obowiązku i dla zabawy. – zarechotał wesoło jeden z aurorów udając jedną z takich tancerek. Niektórzy parsknęli śmiechem, ale Severus popatrzył na młodego człowieka z obrzydzeniem.

- Czarny Pan ma w Albanii wielu potężnych przyjaciół. Zwłaszcza, że spędził tam większość swojego czasu jako marna imitacja żywej istoty. Nie powinniście się cieszyć, sami doskonale wiecie, że pojęcie rozrywki dla Sami-Wiecie-Kogo ma nieco spaczone znaczenie. – łypnął wrogo po towarzystwie. Gdy zobaczył, że jego słowa odniosły zamierzony efekt, wyprostował się. - To wszystko z mojej strony.

Szalonooki skinął mu.

- Zbaczając z tematu. Bardzo jestem ciekawa kim był ten człowiek który was śledził - odparła Sophia. - Moody, widziałeś jego twarz?

- Tak. Paskudny jak noc. Ubrany jak chochło.

JAK CO?! - pomyślał Snape.

- Nie ma takiego słowa - wtrącił się do rozmowy.

- Wszystko musisz skomentować?! No ubrany był w jakieś… jakieś łachmany w kolorach tęczy, wyglądał po prostu okropnie w tych ciuszkach. Na oko miał ze dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Długie włosy, ciemno brązowe. Oczy też ciemne, bez zarostu. Niczym szczególnym się nie wyróżniał z twarzy, ale niedobrze mu z oczu patrzyło.

- Miał mroczny znak?

- Miał długi rękaw, nie widziałem. Może Granger coś zobaczyła, ale wątpię czy wzięła się za rozbieranie go.

- Chyba to bardziej on chciał rozebrać ją, z tego co słyszałem.

Chociaż nie wiem po kie licho. – dodał w myślach, negatywnie oceniając prezencję młodej Granger’ówny. Chuda jak szkapa, na głowie i w głowie pstro, w rozciągniętym swetrze jak psu z gardła wyjętym.

- SEVERUSIE! - ryknęła Molly.

- No co? Przecież tak było.

- Za knuta w tobie taktu. - kobieta pokręciła głową ze zrezygnowaniem.

- Zajmiemy się ustaleniem kto to mógł być. Skoro wyglądał młodo, musi to być ktoś mniej więcej w moim wieku. Odkopiemy stare archiwa i zdjęcia szkolne i może natrafimy na kogoś pasującego do twojego opisu. Najlepiej gdybyś udostępnił nam swoje wspomnienie do myślodsiewni. No i Kingsley zajmie się różdżką. - podsumowała Lorenc ignorując komentarze Snape’a.

- Znajdziemy go. - potaknął jej Shacklebolt. 

- Jakieś wieści z Ministerstwa? – zapytała Emmelina Vance.

- Jest nieciekawie. – podchwycił Roche. – Po dymisji Knota nikt sobie nie ufa. Scrimgeour robi co może, ale propagity Voldemorta sieją panikę i robią straszne zamieszanie.

- Propagity?

- Przychodzą z poranną pocztą, raz na kilka dni. Czasami są to zwykle ulotki, nawoływanie do segregacji czarodziejów, pierdolenie o walce z mugolakami dla dobra czarodziejskiego świata. To zazwyczaj nie wzbudza aż takich emocji, chociaż utrzymuje panikę na stałym poziomie. Najgorsze są pogróżki. Alfredzie?

- Dwa dni temu dostałem jedną. Zagrożono śmiercią moim dzieciom i wnukom, jeżeli nie przepchnę ustawy o testach magicznych dla pracowników Biura Aurorów. Keane zgłosił ten żałosny projekt, pod przykrywką dbania o najwyższy poziom bezpieczeństwa dla obywateli czarodziejskiego świata. Oczywiście nikt w to nie wierzy. Chodzi jak zwykle o segregację mugolaków. Dewlish twierdzi, że Keane jest pod Imperiusem, w co w zasadzie mogę uwierzyć.

- W dodatku Corban Yaxley nosi się po Ministerstwie jakby był u siebie! – wybuchł Sutherland uderzając otwartą dłonią w stół. – Nie mogę na niego patrzeć. Najgorsze, że w praktyce nic na niego nie mamy. A chętnie dopadłbym go w swoje ręce.

- Śmiem twierdzić, że dostał od Pana zadanie by infiltrować pracowników Ministerstwa. – powiedział cicho Snape.

- Tyle to myśmy się sami domyślili. Czekamy aż zrobi jakiś błąd. Prędzej czy później do tego dojdzie.

- Poza tym niektórzy nie mogą pozwolić sobie na opór wobec tych gróźb. – dodał z powrotem Russel. - Przed tygodniem zaginęła Moura DeLauge z Departamentu Tajemnic, również dostała pisemne ostrzeżenie z „prośbą” o zaakceptowanie zarządzenia dotyczącego przesłuchań wobec pracowników mugolskiego pochodzenia pracujących na Salach Rozpraw. Odmówiła i niedługo po tym zniknęła. Niestety nie możemy nic z tym zrobić, Departament Tajemnic rządzi się swoimi prawami. Urzędnicy twierdzą, że nie mogą nam udostępnić żadnych informacji na jej temat, banda imbecyli.

- Dużym problemem jest to, że wielu ludzi wciąż nie chce uwierzyć, że Sami-Wiecie-Kto powrócił. Rośnie panika, a duża część pracowników Ministerstwa obwinia o to Scrimgeour’a i nowy rząd.

- W tym momencie jesteśmy świadkami przejmowania Ministerstwa małymi kroczkami. Ustawy i zarządzenia są podpisywane w strachu o życie najbliższych. Myślę, że w tym tempie za rok Sami-Wiecie-Kto będzie miał nas w garści.

- Alfredzie! A co z twoją rodziną? Chyba nie zamierzasz podpisywać tej ustawy? – zapytała zatroskana Molly Weasley.

- Nie zamierzam. Córkę z dzieciakami wysłałem do Hiszpanii, do ich ciotki. Ale mój syn jest aurorem i uparł się, że zostanie tu, w Londynie.

- Nie chciałby dodatkowej ochrony? Może niech zamieszka tutaj?

- Tutaj? To nierozsądne. – skomentował Snape. – Dom jest Pottera a młody Russel niedługo prawdopodobnie będzie śledzony przez śmierciożerców. Nikt nie może się dowiedzieć o tym miejscu.

- Niech zamieszka u mnie. Mam wolny pokój. – po raz pierwszy odezwała się Tonks. Remus poruszył się niespokojnie.

- Nie zgadzam się. To zbyt niebezpieczne.

- Lupin, ty nie masz tu nic do gadania. Mieszkam sama i mogę zapraszać kogo tylko chcę.

- Ściągniesz na siebie uwagę śmierciożerców.

- Jestem aurorką, umiem o siebie zadbać.

- On też jest aurorem i właśnie rozmawiamy o ochranianiu jego głowy. A kto będzie ochraniał twoją?

Przez chwilę patrzyli na siebie tocząc z sobą niemą wojnę na spojrzenia. Gdy Remus nie ustępował, Tonks uśmiechnęła się nieśmiało i odwróciła głowę.

- Możesz ty, jeżeli tylko chcesz. – powiedziała z lekkim zażenowaniem. Lupin odwzajemnił uśmiech i skinął głową na zgodę.

- Uughh – romantyczny moment przerwał Snape, pokazując wyrazem twarzy jak bardzo jest zdegustowany. – Dosyć tych ckliwych gadek. Jeżeli nie macie do powiedzenia nic więcej, muszę wracać na Spinner’s End.

- O, a co? Czarny Pan da ci szlaban za wracanie po 22:00? – zadrwił Moody.

Merlinie, czemu pokarałeś mnie akurat nimi?

Snape tylko popatrzył na niego, po czym wstał, obrócił się i wyszedł z kuchni nie żegnawszy się z nikim. Przeszedł przez korytarz jak burza specjalnie budząc tę starą kwokę, Walburgę Black. Niech się z nią użerają. Sam zignorował jej wrzaski, wyszedł na klatkę schodową i z trzaskiem aportował się do domu. W progu głębokim ukłonem powitał go Glizdogon. A niech was wszyscy diabli. Przeżywając wewnętrzne męki westchnął głośno i skierował swe kroki do obskurnego salonu by oddać się w ciszy swoim ponurym myślom. Nie wiedział nawet, że to dopiero początek długiej drogi usłanej cierniami. Tylko czy na końcu czeka go jakaś nagroda? Czas pokaże.

 

Hej! Uff, pierwszy rozdział za mną. Nie mam bety i mogą pojawiać się literówki czy jakieś drobne błędy, mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Jeżeli coś znajdziecie, piszcie w komentarzach, będę na bieżąco poprawiać. Dajcie znać, jak podoba wam się początek tej historii :)

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz