Rozdział II

"Nostalgia i niepokój – oto do czego sprowadza się moja „dusza”.

Dwa stany, którym odpowiadają dwie przepaście: przeszłość i przyszłość.

Pomiędzy nimi tylko tyle powietrza, by móc oddychać,

i tylko tyle przestrzeni, by się w niej zmieścić."

Emil Cioran "Zeszyty 1957-1972"

 

Fred szybko wypuścił ucho pod drzwi do kuchni i przez moment słyszeli tylko szelest i szum, po chwili jednak dźwięk się wyklarował i mogli dosyć wyraźnie usłyszeć głośny krzyk pani Weasley.

- "No wreszcie zgadzam się w czymś z Severusem! Z tego będą tylko i wyłącznie kłopoty!"

- Matka zgadza się w czymś z Nietoperzem?! To niemożliwe. - szepnęła Ginny. Hermiona domyślała się o czym właśnie rozmawiali, jednak nie zamierzała tego komentować.

- "… zadecydował. Nie do was należy podważanie jego kwestii." – skontrował Szalonooki.

- "Do nikogo ono nie należy. Jest cholernym szefem całej tej szopki. To nie znaczy, że mam skakać z radości na każdą jego decyzję." - to był Snape. Jego głos był trochę zniekształcony, ale Hermiona poznałaby wszędzie te niskie, pomruczyste tony.

- Ciekawe o czym mówią. Trochę za późno zaczęliśmy. - dodał Ron.

- Nie gadaj tylko słuchaj. - upomniał go jednej z bliźniaków. 

- "...wdzięczny. Gdyby nie on, już dawno gniłbyś w ziemi razem z resztą swoich parszywych koleżków."

- "Jak zapewne zauważyłeś, reszta moich parszywych koleżków wciąż ma się całkiem dobrze przy boku Czarnego Pana."

- "Chyba mamy…"

- "Panowie. Nie po to tu jesteśmy. Wasze prywatne spory nas nie interesują." - przerwała im jakaś kobieta. Przysłuchiwali się ich rozmowie we względnej ciszy, przerywanej jedynie głośnym wciąganiem powietrza albo jękami przerażenia, ewentualnie cichym chichotem. Czasami Ron mruczał jakby do siebie "Ciekawe...". Rozmowa trwała długo i Hermiona musiała przechodzić z nogi na nogę, bo stopy zaczynały jej drętwieć. Powoli jednak zbliżali się do końca, słyszeli teraz wymianę zdań pomiędzy Lupinem a Tonks. Ginny posłała jej dwuznaczne spojrzenie i poruszyła porozumiewawczo brwiami. 

- Uughh – usłyszeli dźwięk, który mógł wyrażać tylko i wyłącznie głębokie obrzydzenie. – Dosyć tych ckliwych gadek. Jeżeli nie macie do powiedzenia nic więcej, muszę wracać na Spinner’s End.

- Oho. Czas się zmywać. - rzucił Fred.

Po tych słowach cztery rude głowy i jedna, bardzo zakręcona brązowowłosa schowały się za najbliższymi drzwiami prowadzącymi do pokoju z gobelinem genealogicznym rodziny Black. Dosłownie sekundę po tym jak zamknęli drzwi, usłyszeli szybkie kroki Snape'a a później wrzaski tej starej wariatki. Gdy trzasnęły drzwi wyjściowe, odezwał się George.

- Dobra, teraz chodu na górę.

Rzucili się z powrotem do schodów nie dbając o nierobienie hałasu, bo pani Black była świetnym wytłumieniem dla głośnego tupotu ich stóp. Szybko wspięli się na trzecie piętro i wpadli do pokoju przeznaczonego dla Ginny. Hermiona dyszała ciężko, jednak nie zdążyła odetchnąć bo natychmiast została pochwycona w uścisku Rona. Odwzajemniła go i poczuła przyjemne ciepło rozpływające się po całym jej ciele. 

- Hermiono jak dobrze cię widzieć. - powiedział odsuwając się od niej. Zaraz po nim przytuliła ją Ginny a bliźniacy potarmosili ją po jej kędzierzawej burzy włosów. - Nieźle nas wystraszyłaś! Co się stało?

Ron był wyraźnie poruszony.

- Jak to? Myślałam, że podsłuchiwaliście. - roześmiała się.

- Zaczęliśmy dosłownie w momencie, w którym wyszłaś z kuchni. 

Opowiedziała im od nowa dokładnie o tym, co się stało w drodze na Grimmauld Place, co wywołało ogromne poruszenie. Ginny znów ją przytuliła a chłopcy wyrażali chęć dopadnięcia tamtego człowieka gołymi rękami. Pominęła jednak wzmiankę o tym, że zostanie przyjęta do Zakonu. Nie wiedziała, dlaczego to zrobiła. Po prostu czuła, że nie powinna jeszcze o tym mówić. 

- Teraz już wiem o co chodziło z tym rozbieraniem. - powiedział Ron. - W ustach Snape'a brzmiało to bardzo dziwnie. 

- Snape to buc! Jak on mógł coś takiego powiedzieć?! - krzyknęła oburzona Ginny.

- Nie przejmujcie się. Zdążyłam się przyzwyczaić do jego wątpliwie miłych komentarzy. Poza tym, to akurat było najmniej istotne z całej tej rozmowy.

- Racja. Ale się porobiło, co?

- Porobiło się i to bardzo. Myślisz, że twój tata będzie miał problemy w pracy? No wiesz, te pogróżki.

- Wątpię. Z tego co słyszałem, to dostają je raczej wyżej postawieni urzędnicy. Russel, DeLauge, oni są kimś w Ministerstwie. Nasz tata jest zwykłym pracownikiem.

- Mama chyba by zeszła, gdyby tacie grożono. Nie puściłaby go do pracy. – dodała Ginny.

- A właśnie. Kim byli ci ludzie na zebraniu? Pierwszy raz ich widziałam.

- To aurorzy i ludzie z Ministerstwa. Tata nam czasami o nich opowiada.

- Pamona Lierege – zaczął Fred. – Niezbyt przyjemna z twarzy, z pochodzenia Niemka, ale to w porządku babka. Bardzo konkretna. To ta co przerwała na początku Moody’emu i Snape’owi. Zastępczyni Szefa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Do tej pory był nim Knot, teraz stanowisko objął niejaki Luskowitz. O nim niewiele wiemy.

- Russel – ciągnął dalej George. - Ten co dostał pogróżkę od śmierciożerców. Też niezła szycha. Departament Przestrzegania Prawa, jest Prezesem Gabinetu Cieni w Biurze Aurorów. Ale wciąż podlega Szefowi Departamentu, czyli obecnie Scrimgeour’owi

- Gabinet Cieni? Pierwszy raz o tym słyszę.

- To super tajne, wszystkie najważniejsze sprawy przechodzą przez Gabinet Cieni. Dla nich nic się nie ukryje. Oni wiedzą wszystko. To jakby drugi Departament Tajemnic.

- O kurczę. – skwitowała dziewczyna.

- Ten drugi mężczyzna to Roche Sutherland. Pracuje w Departamencie Transportu Magicznego. Jest Dyrektorem Generalnym Transportu Dalekosiężnego Bezobiektowego, czyli krótko mówiąc Dyrektorem do spraw teleportacji. Ma pod sobą mnóstwo pracowników i na pewno mnóstwo roboty bo ciągle ktoś się gdzieś teleportuje. Szefem jego Departamentu jest Luka Johnson, nieprzyjemny typ. Słyszałem, że chcą sprawdzać rejestry, żeby móc śledzić historie podróży śmierciożerców, ale podobno to nie takie proste.

- Dlaczego?

- Nie wiem. Chyba śmierciożercy mają jakiś inny tor teleportacji. Ciężko ich namierzyć. Możliwe, że to sprawka Mrocznego Znaku.

- To wszystko jest strasznie pogmatwane.

- Jak to w urzędzie. Polityka rządzi się swoimi prawami, pracowników są tysiące ale Zakon ma całkiem sporo szpiegów w samym centrum Ministerstwa. – zgrabnie podsumował Ron. – Na spotkaniu była też obecna Emmelina Vance, łączniczka ze światem mugoli i duża grupa aurorów. Być może teraz omawiają sprawy stricte związane z bezpieczeństwem członków Zakonu. Była Sophia Lorenc, Franc Smith, Jack Strong, Tony Taylor, Alfie Thompson, Julie Harris. Wszyscy należą do młodszego pokolenia aurorów. Kilka dni temu rozmawiałem z Thompsonem, bycie aurorem to naprawdę świetna sprawa!

- Kilka dni temu? Od jak dawna tu jesteście? – zdziwiła się Hermiona. Myślała, że Weasleyowie również dopiero dzisiaj przybyli na Kwatery.

- A bo ty nic nie wiesz.

- O czym nie wiem?

- Nasz dom spłonął.

Zapadła cisza. Była w szoku. W czystym szoku. Nie czuła nic innego.

- Co… Ale... Ale jak to? Co się stało?!

- Jesteśmy tu od tygodnia. – skwitowała Ginny. – W tamten piątek przybył do nas Harry. Był z Dumbledore’m na misji u tego Slughorna i dyrektor zaportował go do nas. Chyba śmierciożercy wyniuchali pismo nosem, bo wieczorem zaczęli aportować się wkoło naszego domu. Była z nimi Bellatrix no i Harry nie wytrzymał i pobiegł za nią w ogień na mokradła.

- A ty za nim co było skrajnie głupie. – Fred spojrzał na nią spod byka.

-Oh, cicho siedź. Nic nam się nie stało. – warknęła zażenowana. - Był też Greyback, rzuciłam w niego upiorogackiem, ale nie trafiłam. No a jak znalazł nas Lupin i Tonks to śmierciożercy zaczęli się wycofywać i przy okazji postanowili zniszczyć nasz dom.

- Zostały tylko kamienne ściany na parterze. Reszta spłonęła. – dodał smętnie Ron. Hermionie zrobiło się niewymownie żal. Nora była zakręconym miejscem, absolutnie niezwykłym. Żywym dowodem na to, że magia istnieje i że jest piękna. Mogła jedynie współczuć.

- Oh, tak mi przykro! – jęknęła.

- W porządku. Na razie będziemy mieszkali tutaj dopóki rodzice nie zajmą się odbudową. Udało nam się też odratować sporo rzeczy, zwłaszcza do szkoły.

- Szczerze to może nawet dobrze się stało, bo teraz mama nie myśli o niczym innym niż o architekturze wnętrz i stała się bardziej ugodowa.

- No i cieszy się, że nikomu nic się nie stało. - dodał Ron. - To był tylko budynek, prawdziwy dom tworzy rodzina.

Popatrzyła na Rona zaskoczona. Kiedy on zdążył się tak zmienić? A może zawsze taki był?

- Masz rację. Też się cieszę, że wszystko z wami w porządku. A gdzie jest Harry?

- Wrócił do Dursley’ów…

- … i zadręcza się poczuciem winy…

- … czyli nic nowego. – dodali bliźniacy.

Musieli skończyć dyskusję bo usłyszeli pukanie do drzwi. Nie czekając na zaproszenie, do pokoju weszła pani Weasley i zgromiła towarzystwo wzrokiem.

- A wy jeszcze nie śpicie?! Co to za zgromadzenie?

- Mamooo! Wieki się nie widzieliśmy z Hermioną. Musimy porozmawiać. - jęknęła Ginny.

- Na rozmowy będzie jeszcze czas. Jutro też jest dzień. A teraz! Chłopcy raz dwa do swoich pokoi! Hermiono, dziecinko, tobie przygotowałam posłanie tutaj, u Ginny. Może być?

- Tak, proszę pani. Dziękuję.

- Nie ma za co. Śpij dobrze. - uśmiechnęła się do niej ciepło, zaraz jednak jej wzrok znowu trzaskał gromy i zaczęła poganiać chłopców do wyjścia z pokoju. - No już, ruszać się. Już późno!

Przy głośnym akompaniamencie narzekań chłopaków pani Weasley zniknęła za drzwiami. Hermiona i Ginny zostały same w pokoju. Starsza dziewczyna w końcu miała okazję rozejrzeć się po pomieszczeniu. Pokój był średniego rozmiaru, z balkonem wychodzącym na plac osiedlowy. Podłogę wyścielały drewniane panele, ściany były ciemnoszare a meble wykonane z grubego mahoniu. Przy przeciwległych ścianach stały dwa pojedyncze łóżka, obok jednego z nich znajdowała się wysoka szafa, a po lewej od szafy solidne biurko. Po drugiej stronie pokoju stała komoda a na ścianie wisiało ogromne, złocone lustro. Z lampki wiszącej na suficie sączyło się leniwie słabe, żółte światło. W kącie przy drzwiach stały jeszcze nierozpakowane kufry Ginny. Hermiona miała ze sobą jedynie torebeczkę, która teraz zmniejszona tkwiła na dnie kieszeni jej spodni.

- Nic specjalnego. – odezwała się ruda, gdy zobaczyła, że Hermiona przygląda się pomieszczeniu. – Tu był kiedyś składzik na szpargały i stare meble. Mama trochę wysprzątała no i tak to się prezentuje.

- Jest w porządku, chociaż trochę zaniedbany. Jak cały ten dom.

- To będzie nasze zajęcie na resztę wakacji. Gadałam z mamą, będziemy musiały wysprzątać to miejsce na błysk.

- Zapowiada się pracowity sierpień. – westchnęła. To był dzień pełen wrażeń i poczuła się bardzo zmęczona. Powieki same jej opadały. Wyciągnęła torebkę z kieszeni i położyła ja na szafeczce obok łózka po czym rozłożyła się na całej jego szerokości i z błogim spokojem zasnęła nawet się nie przebierając.

Następnego dnia wstała bardzo wcześnie. Dopiero świtało, gdy podniosła się z łóżka i rozsunęła ciężkie firanki. Wyszła na balkon i owiał ją chłodny i rześki poranny wiaterek. O tej porze wszyscy jeszcze spali więc przywitała ją nienaturalna cisza dopiero budzącego się miasta. Na metalowej obręczy balkonu usiadł niewielki ptak i z zaciekawieniem kręcił swoją malutką główką przyglądając się nowej osobie. Zaśpiewał radośnie i pofrunął dalej a za nim zaczęły kotłować się też inne ptaki. Wkrótce ich wesoły świergot wypełnił cały plac. Uśmiechnęła się do siebie w duchu i z nową energią wróciła do pokoiku. Ginny wciąż spała w najlepsze, więc Hermiona postanowiła wykonać poranną toaletę. Wypakowała z torebeczki wszystkie swoje ubrania i kosmetyki, poukładała je w szafie i komodzie po czym wzięła czystą bieliznę i ręcznik i wyszła na korytarz, żeby udać się do łazienki. Niestety łazienka była wspólna na piętro, więc nie mogła spędzić w niej zbyt dużo czasu. Zazwyczaj trafiało się tak, że ktoś chciał skorzystać z łazienki, gdy akurat ona w niej była. Jednak o tej porze nie musiała się tym aż tak przejmować. Wzięła długi, chłodny prysznic, taki jak lubiła najbardziej. Umyła włosy nową mieszanką, którą sama opracowała i wykonała toaletę twarzy. Po wysuszeniu się, wskoczyła w nową bieliznę i biegiem popędziła z powrotem do pokoju, żeby przypadkiem nikt jej nie zobaczył. Wrzuciła brudne ubrania do koszyka stojącego w rogu pokoju i idąc po czyste ubrania przystanęła przed lustrem. Wilgotne włosy przylgnęły jej do głowy i mogła już teraz ocenić, że dodała do szamponu stanowczo za dużo aloesu i najpewniej włosy spuszą się w ciągu dnia. Westchnęła zrezygnowana. Nie była w stanie dalej oceniać swojego odbicia bo z lewej strony usłyszała głośnie:

- Wooooow! Hermiono ależ ty…

- Przytyłaś? – dopowiedziała za Ginny Hermiona ze śmiechem.

- Żartujesz?! Wyseksowniałaś! To chciałam powiedzieć!

- Że co proszę? Chyba żartujesz? Poza tym, nie ma takiego słowa.

- Nie pleć bzdur! Masz cudowne ciało… - jęknęła z rozmarzeniem. – Nawet nie wiesz jak ci zazdroszczę.

- Teraz ty pleciesz bzdury. – Hermiona poczuła się skrępowana więc szybko ruszyła w stronę szafy, z której chciała wyciągnąć ulubione spodenki przed kolano i biały t-shirt.

- O nie nie! Nie założysz tego! – Ginny wstała z łóżka i złapała ją za obie dłonie. – Od dzisiaj koniec z tymi za dużymi ciuszkami, rozumiemy się?

- Ale…

- Żadnego ale! Jesteś piękną dziewczyną, masz piękne ciało. Bycie czarownicą nie polega jedynie na znajomości zaklęć i uroków. Prawdziwa czarownica musi się też odpowiednio prezentować. A ja zrobię z ciebie pierwszorzędną wiedźmę!

- Jesteś wariatką – roześmiała się Hermiona. Podeszła z powrotem do lustra i rzuciła okiem na swoje ciało. Była nawet szczupła, chociaż posiadała lekkie krągłości, nogi miała zgrabne, ale niezbyt długie. Metr sześćdziesiąt trzy to nie był jej szczyt marzeń, ale było okej. Biodra dosyć szerokie, ale nie przesadnie. Uda i pośladki bardziej zbudowane, trochę odznaczał się delikatny cellulit, jednak nie był to dla niej problem. Biust też był niczego sobie, nie za duży, ale za to jędrny i zadbany. Ramiona pokrywały delikatne piegi, które wyskoczyły spod skóry wraz z pierwszymi mocniejszymi promieniami słońca. Brzuch nie był wyjątkowo płaski, mogła wtopić w niego palce jak w plastelinę, za to rekompensowała sobie to cudownie wciętą talią. Nigdy tak o sobie nie myślała, ale teraz Ginny dała jej do myślenia i faktycznie chyba mogła uznać się za całkiem atrakcyjną osobę. Uśmiechnęła się do siebie, bo właśnie zdała sobie sprawę, że chyba po raz pierwszy w pełni się zaakceptowała taką jaką jest. Do tej pory raczej unikała patrzenia w lustro zbyt długo, a teraz jakby doznała olśnienia i spoglądała w swoje odbicie w zachwycie. Ludzkie ciało naprawdę jest piękne. Jak mogłam żyć siedemnaście lat będąc tego całkowicie nieświadoma?

- Więc mówisz, że… wyseksowniałam? – zapytała, a jej twarz rozświetlił szeroki uśmiech. Ginny podeszła do niej od tyłu i z szelmowskim uśmiechem dodała:

- Jak diabli. – i popatrzyła na nią dumą. – Zrobię z ciebie królową Hogwartu.

Hermiona popatrzyła na nią w lustrze i nagle poczuła, że zaczyna się wzruszać. Ginny tak wiele dla niej znaczyła, była jej szczerą przyjaciółką, może nawet bratnią duszą. Znowu poczuła, że zdała sobie sprawę z czegoś, co miała na wyciągnięcie ręki przez cały czas. Że miło jest mieć kogoś takiego.

- Dziękuję. – szepnęła, chociaż nie wiedziała czy dziękuje za uświadomienie w kwestii samooceny czy też w sensie ogólnym za obecność w jej życiu.

- Przestań bo się rozkleję. – roześmiała się i udała, że pociąga nosem. – Chodź, przerobimy te twoje słynne swetry w coś ciekawszego.

Ruda dziewczyna zaczęła wyciągać i rozrzucać po podłodze ubrania, które godzinę temu Hermiona pieczołowicie poskładała w komodzie. Podzieliły je na kilka kupek: spodnie, spódnice, koszulki, swetry i sukienki. Tych ostatnich było najmniej, co Ginny przyjęła z dezaprobatą.

- Dobra, zanim przystąpimy do tej trudnej sztuki, jaką jest transmutacja materiałów tworzywa naturalnego oraz sztucznego. – zaczęła udając głos profesor McGonagall i robiąc „mądre” miny. – Musimy ustalić jaki styl chcesz przyjąć. Masz coś, co szczególnie ci się podoba?

- Hmmm… Nie jestem pewna, tak naprawdę nigdy nie zwracałam na to szczególnej uwagi.

- Postaraj się pomyśleć o tym, co wzbudza w tobie jakieś szczególne emocje. Dobierzemy ci styl, który będzie odpowiadał twojemu stanowi umysłu.

- Ginny, naprawdę nie wiem. – jęknęła zrezygnowana, bo nie mogła wpaść na żaden pomysł co by jej się mogło spodobać.

- Dobra, mam coś co może ci pomóc.

Wstała i otworzyła jeden z ciężkich kufrów. Zaczęła wyciągać z niego różne dziwne przedmioty, miniaturową muszle klozetową?, kosmetyki, ubrania, w końcu dobrała się do jakiś książek i już po chwili krzyknęła „Mam!” i podeszła do Hermiony taszcząc w rękach gruby magazyn modowy „Witchelle”. Był trochę nadpalony na rogu. Na okładce piękna czarownica posyłała w jej kierunku ponętne spojrzenia a jej śnieżnobiały uśmiech na pewno przyspieszyłby krążenie niejednemu mężczyźnie. Nie równał się jednak z uśmiechem Gilderoy’a Lockharta, pięciokrotnego laureata nagrody Najbardziej Czarującego Uśmiechu tygodnika „Czarownica”.

- To jubileuszowe wydanie mojego ulubionego magazynu. Tematem przewodnim tego numeru jest podróż przez modę czarodziejską od XVII wieku do czasów współczesnych. Czyli krótko mówiąc, cały przekrój przez wszystkie możliwe style jakie tylko przyjdą ci do głowy. Zaznaczaj to co ci się spodoba i zrobimy z tego twój unikalny styl.

- Jesteś genialna! – patrzyła na przyjaciółkę z podziwem. Naprawdę był to wspaniały pomysł. – Co ja bym bez ciebie zrobiła?

- Nałożyłabyś na siebie to - powiedziała zdegustowana podnosząc do góry bojówkowe spodenki khaki. – I to – w drugiej ręce trzymała biały t-shirt z nadrukiem „I’m a witch”.

Nim słońce zdążyło wstać wystarczająco wysoko, by pobudzić innych mieszkańców budynku, Hermiona przejrzała już większą część katalogu. XVII-wieczne czarownice miały naprawdę niesamowite stroje i suknie i oczy błyszczały jej z zachwytu gdy oglądała jak modelki przechadzają się po wybiegach prezentując na magicznych stronach magazynu swoje wspaniałe kreacje. Zaznaczyła kilka, które wyjątkowo jej się spodobały, a po pewnym czasie zauważyła zgodność co do tego, że wyraźnie preferuje style bazujące na epoce wiktoriańskiej i rokoko. Podobały jej się także niektóre elementy ze stylu nazwanego steampunk oraz nieco boho, a także znalazła upodobanie w przeróżnych pelerynkach i płaszczach. Nie chciała jednak paradować w długich sukniach, więc postanowiła, że postara się poeksperymentować i wtłoczyć te elementy z minionych epok w nowoczesne, proste ale dziewczęce outfity, które również bardzo jej się spodobały.

Było już po dziewiątej, gdy usłyszała wołanie pani Weasley, że za chwilę na stole będzie śniadanie. Stanęła przed rozłożoną na łóżku starą dzierganą sukienką i wyobraziła sobie, jak chciałaby, żeby teraz wyglądała. Uniosła różdżkę i wypowiedziała zaklęcie.

- Vestimutatio.

W wyniku tych działań na jej oczach gruba, różowa tkanina zaczęła blaknąć aż stała się śnieżnobiała a duże wełniane sploty zaczęły się kurczyć, zmieniając się w cienką bawełnę najwyższej jakości. Hermiona uśmiechnęła się widząc, że zaklęcie podziałało idealnie. Zdjęła szlafrok i założyła na siebie nowy strój. Podeszła do lustra, by podziwiać efekt. Góra sukienki była prosta w kroju, dosyć obcisła i podnosiła nieco do góry biust, jednak nie eksponując go niepotrzebnie. Utrzymywana była na dwóch grubych ramiączkach przyczepionych z przodu i z tyłu drewnianymi guzikami w kolorze jasnego dębu. Doskonale eksponowała szyję i odkryte ramiona. W okolicy pępka sukienka delikatnie się kloszowała i luźno opadała na nogi. Kończyła się lekko przed kolanami. Niezbyt wyzywająco, ale też nie nazbyt skromnie. Prosto i dziewczęco. Cały materiał równomiernie pokrywały delikatne, kwiatowe hafty w kolorze tkaniny, a dół sukienki zdobiły wykrojone kształty liści, przez które prześwitywała ciemna skóra nóg. Do tego wyczarowała przepaskę w kolorze drewnianych guziczków i przyłożyła ją w talii, wiążąc z tyłu kokardę. Nałożyła zamszowe sandały, a włosy rozpuściła i przypięła je dwiema małymi spineczkami na wysokości skroni, żeby kosmki nie wpadały jej do oczu. Chyba jest w porządku – skomentowała w myślach swoją pierwszą próbę zmiany stylu. Wciąż to nie było dokładnie to, czego szukała, ale wyglądała na to, że jest na dobrej drodze.

Do pokoju wróciła Ginny, która również była już odświeżona i gdy tylko zobaczyła ciemnoskórą przyjaciółkę w nowym wydaniu, zagwizdała z uznaniem.

- Mówiłam! Seks-bomba! Ron będzie zbierał szczękę z podłogi.

- O kurczę! Nie pomyślałam o tym!

- To źle? Myślałam, że ty i Ron… no wiesz… że coś się święci.

- No tak… to znaczy. Nie wiem. Chyba coś jest na rzeczy. Ale nie wiem czy… czy Ron podziela moje uczucia. – przyznała Hermiona jąkając się w zażenowaniu. - Jest moim przyjacielem, nie chciałabym tego niszczyć. Ale wczoraj gdy mnie przytulił... to było takie przyjemne!

- Musisz dać mu trochę czasu. Jest trochę nieśmiały jeżeli chodzi o dziewczyny. Bardzo cię lubi, to wiem na pewno.

- Dobrze, dam mu trochę więcej swobody i czasu. Nie chce, żeby czuł się przeze mnie poganiany.

- Zaraz my będziemy czuły się poganiane, ale przez moją mamę, jeżeli szybko nie zejdziemy na śniadanie. Słyszałam po drodze z łazienki, że już zdążyła wymienić Ronowi pół tuzina obowiązków na dziś.

Ginny też włożyła na siebie sukienkę, dzianinową w kwiatowe wzory, i razem zeszły na śniadanie. Ron wylewnie skomplementował Hermionę widząc jej zmianę stylu, która bardzo mu się spodobała, a po śniadaniu wraz z Ginny zabrały się za renowację zniszczonego mieszkania. Powoli, dzień za dniem przywracały mu dawny blask i przepych stosując zaawansowane czary oraz transmutację. Po południu mieli czas wolny tylko dla siebie a wieczorami siadywali razem z Ronem w pokoju jego albo dziewcząt i plotkowali na różne tematy, aż padali ze zmęczenia. Potem Hermiona wstawała skoro świt i znów powtarzała wszystkie czynności dnia poprzedniego. Tak mijały im sierpniowe dni na Grimmmauld Place 12. Błogo, beztrosko i leniwie.

 ___ ___ ___

Samo południe. Żar lał się z nieba, słońce okalało swoim blaskiem puste, zażółcone błonia i odbijało się z wdziękiem w gładkiej, niezmąconej tafli Czarnego Jeziora. Nawet najmniejszy powiew wiatru nie poruszał liśćmi drzew na skraju Zakazanego Lasu i Bijąca Wierzba była zmuszona sama wywoływać sobie drobny wiaterek, którym muskała najbliżej rosnące rośliny, dając im orzeźwienie. Poziom wody w Jeziorze w czasie wakacji opadł tak bardzo, że łodzie zamiast unosić się na falach, osiadły na suchej, popękanej mieliźnie. W powietrzu unosił się zapach skoszonej, zeschniętej trawy i słychać było jedynie bzyczenie owadów szukających chociażby odrobiny słodkiego nektaru na obumierających kwiatach. Wielka Kałamarnica zagrzebała się w najgłębszej części jeziora, czekając cierpliwie na nadejście jesiennych, deszczowych dni.

Severusowi czas płynął powoli. Przynajmniej tu, w Hogwarcie, gdy nie było uczniów, zdawał mu się nawet stać w miejscu. Wszystkie kolejne dni zaczęły się mieszać i łączyć w jeden, beznadziejnie długi, gorący sierpniowy dzień. Lato miał w zwyczaju spędzać u siebie, na Spinner’s End. Lubił to miejsce, mimo obskurnej okolicy i zaniedbanego domu. Wracał tam każdego lata, wracał do wspomnień o Lily. Ile razy już ganił się w myślach za to, że wciąż nie potrafi o niej zapomnieć? Odtwarzał wciąż na nowo, wciąż na nowo i jeszcze raz dzień, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. Obdrapany plac zabaw i ona na huśtawce. „Jesteś… Jesteś czarownicą”, „Nie wolno tak przezywać!”… Potem leżeli na trawie i gapili się na chmury i rozmawiali o magii, o wszystkim i o niczym. Te wspomnienia były tak odległe, tak beztroskie i sielskie, że wydawały się być Severusowi migawkami z czyjegoś innego życia. Niemożliwym było, żeby to był on, wtedy na tej trawie, na tym placu. To nie mógł być on, to nie był ten sam człowiek.

Siedział w lochach w Pokoju Wspólnym Ślizogonów i wpatrywał się bezmyślnie w wodorosty otaczające okna, które w normalnych warunkach znajdowały się głęboko pod wodą. Jednak przez suszę poziom wody był tak niski, że zakrywała jedynie ¾ powierzchni okien i do pomieszczenia wlatywały odbijające się od tafli promienie słońca, tworząc niepowtarzalny taniec cieni wędrujących po całym pomieszczeniu, delikatnie muskających ściany przy każdym, nawet minimalnym poruszeniu się gładzizny jeziora. Cienie te dotykały również Snape’a i zdawały się jakby bawić jego twarzą, przemykając wzdłuż jego zmarszczek, linii nosa i krzywizny migdałowych oczu, tworząc dziwne miny, grymasy i uśmiechy. Jego mięśnie jednak były niewzruszone a wyraz twarzy niezmienny. Kamienne ściany i wysokie, mosiężne półki na książki otaczały lekkie promienie słońca i nagle salon nie wdawał się już być taki straszny i ponury. Sprawiał wrażenie niemal przytulnego.

Ciche westchnienie wydobyło się z jego ust. Tych wakacje nie było mu dane spędzić w swoim marnym domku, gdzie mógłby znów zatracić się melancholii i żalu. Dyrektor tym razem potrzebował go tutaj, w tym cholernym zamku. A Czarny Pan łaskawie zezwolił mu na spędzenie reszty wakacji w szkole. Może to i lepiej… W tym roku nawet w swoim domu nie miał chwili prawdziwej prywatności. Czarny Pan przyznał mu Glizdogona do pomocy, lecz Severus doskonale wiedział, że ten miał go po prostu pilnować. Lord nie ufał mu, czemu się wcale nie dziwił. Sam sobie nie ufał.

Rozejrzał się jeszcze raz po salonie przypominając sobie czasy, gdy sam był jeszcze uczniem. Ten pokój był jego azylem, jego miejscem w tym zamku. Najdalej jak tylko się da od cholernych gryfonów, z dala od wyzwisk i kpin. Tu był lubiany, szanowany, tu miał przyjaciół. Przyjaciół… - prychnął. Z nich wszystkich on zaszedł najdalej, a jednocześnie wydawało mu się, że upadł najniżej. Gardził sobą głęboko. Wszystkie błędy, które popełnił… Czy mógł postąpić inaczej? Co gdyby nie powiedział tego jednego słowa wtedy? Czy to zmieniłoby cokolwiek? Setny już razy toczył ze sobą tę dyskusję nie dochodząc do żadnego konkretnego wniosku. Odpędził od siebie przykre myśli. Wstał i zaczął powoli przechadzać się po pomieszczeniu sprawdzając, czy wszystko jest odpowiednio przygotowane na przyjazd nowych i starych uczniów. Machnięciem różdżki naprawił kilka mebli i ukruszony kominek, wyczyścił zacieki na oknach, odświeżył dywan. Potem sprawdził jeszcze stan dormitoriów i po upewnieniu się, że uczniowie nie zaświnili sypialni bardziej niż zazwyczaj, wezwał skrzata, żeby przypomnieć mu, by ten przygotował czyste posłania na za dwa tygodnie. Potem wyszedł z Pokoju Wspólnego i ruszył schodami do swoich komnat. Jego pokoje znajdowały się lochach, jednak o piętro wyżej niż Salon Ślizogonów. Zaś sala eliksirów i gabinet nauczyciela eliksirów były jeszcze o jedno piętro wyżej, na poziomie „-1”. Wyżej, na parterze, była już Sala Wejściowa i Wielka Sala Jadalna. Severus zabrał wszystkie swoje rzeczy z gabinetu jak tylko dostał informacje, że w tym roku nie będzie już uczył Eliksirów. Początkowo miał zastąpić go w tym Horacy Slughorn, jednak koniec końców stanowisko dostała niejaka Mariah Hestia. Kojarzył to nazwisko, jednak nie znał tej kobiety osobiście. Chyba zaczynała Hogwart, gdy on kończył swój siódmy rok. Wydawało mu się, że była jakaś dziewczyna o nazwisku Hestia w Slytherinie w tamtym czasie. Jeżeli nie mylił się w swoich przypuszczeniach, musiał uczyć ją eliksirów przynajmniej przez 2 lata. Jednak przez 16 lat kariery nauczyciela w jego klasie przewinęło się tylu studentów, że ciężko byłoby zapamiętać wszystkich. Slughorn oczywiście również zaszczyci Hogwart, ale będzie w nim jedynie pomieszkiwał. Dumbledore zgodził się zapewnić mu ochronę no i Snape był pewien, że coś kombinował w związku z jego obecnością w zamku. Ten rok będzie naprawdę ciężki…

Dotarł do swojego prywatnego salonu i rozsiadł się wygodnie na kanapie, ale nie było mu dane rozkoszować się odpoczynkiem, bowiem z kominka wyłonił się srebrzysty feniks, który przemówił lekko spanikowanym głosem Dumbledore’a.

- Severusie, szybko do mnie. Potrzebuję pom... – urwał, po czym rozpłynął się a srebrzysta mgiełka unosiła się jeszcze przez kilka sekund.

Snape zaniepokojony tonem głosu Albusa od razu przeniósł się przez kominek do Gabinetu Dyrektora. Pierwszym co zobaczył po wyjściu z płomieni był dyrektor klęczący na podłodze, opierający się lewą ręką o oparcie fotela. Jego głowa zwisała luźno, ledwo podtrzymywana siłą woli. Dyrektor pojękiwał cichutko i mruczał coś niezrozumiałego. Podszedł bliżej i dopiero po przejściu paru kroków zobaczył drugą dłoń, która opadła na kolana dyrektora. Była cała czarna, zaschnięta. Martwa. – stwierdził z przerażeniem. Severus podbiegł natychmiast do staruszka, który w tym momencie wyglądał na swoje 115 lat i szybko rzucił zaklęcie sprawdzające na jego dłoń. Potem jeszcze jedno - hamujące działanie klątwy i jeszcze jedno - chroniące to, co zostało z poczerniałej dłoni. Starał się jak najszybciej i najskuteczniej zahamować rozszerzająca się truciznę. Już na pierwszy rzut oka Snape rozpoznał, że była ona wyjątkowa potężna i pochodziła z głębin najczarniejszej magii.

- Accio Eliksir Pieprzowy! – machnął różdżką w kierunku składziku eliksirów dyrektora. Po chwili trzymał w dłoni eliksir i wlewał go do ust Dumbledore’a. Gdy Albus przełknął eliksir i z uszu poszła mu para, Severus chwycił go pod ramię i usadził go na fotelu dyrektorskim. Potem szybko pobiegł z powrotem przez kominek do swojego laboratorium i nerwowo przeszukiwał składzik szukając odpowiedniego flakoniku. Gdy go znalazł natychmiast wrócił do dyrektora i wlał mu do ust całą fiolkę złotego płynu. Wyczarował sobie drugi fotel, usiadł naprzeciw i chwycił czarną rękę w swoje dłonie. Starszy mężczyzna powoli odzyskiwał przytomność, w tym czasie Snape uważnie badał każdy cal jego czarnej skóry. Czary spowolniły klątwę tylko na chwilę i w małym stopniu, ale Eliksir Incatatio zadziałał znacznie skuteczniej. Przywołał jeszcze maść uzdrawiającą i wmasował ją dokładnie grubą warstwą. Zrobił wszystko co tylko się dało, jednak wiedział, że klątwa mimo starań będzie postępować dalej. Zastanawiał się, co mogło wyzwolić tak silny urok. Nagle poczuł COŚ. Powietrze zawibrowało i usłyszał jakby szept. Wodząc wzrokiem, szukał źródła tego głosu i wtedy ujrzał go. Złoty pierścień z niewielkim, strzelistym czerwonym kamykiem leżał pośrodku biurka. Kusił i nęcił, prosił o dotyk, o założenie. Gdy tak na niego patrzył, wydał mu się idealny na jego palec, wystarczyłoby go tylko dotknąć... tylko dotknąć… chociaż na chwilę. W dźwiękach, które wydawał ukryta była tajemnica szczęścia, jakaś nieznana siła. Moc, o której nieliczni mogą tylko marzyć. Obietnica wskrzeszenia, obietnica siły i potęgi. DOTKNIJ MNIE… Usłyszał ten szept w swojej głowie. Dziwnie znajomy głos, ale pozbawiony jadu i nienawiści, wypełniony czymś czego nie potrafił nazwać. Wyciągnął swoją dłoń i sunął smukłymi palcami po biurku, niebezpiecznie zbliżając się do owego przedmiotu, którego pożądał. Skąd nagle wzięło się to pożądanie? Dlaczego tak desperacko chcę go założyć? Chciał cofnąć dłoń, wybudzić się z transu, ale nie potrafił. Nie mógł oderwać wzroku od tego malutkiego obiektu, od skarbu, który obiecywał mu to, czego najbardziej pragnął. DOTKNIJ… MNIE… Pochylił się głęboko nad biurkiem aby przyjrzeć się pierścieniowi z bliska. Jego źrenice rozszerzyły się, oddech przyspieszył, stał się nierówny. Serce zaczęło kotłować się w jego piersi i krew szumiała mu w skroniach. Walczył ze sobą, tak bardzo chciał go dotknąć. Jednak gdzieś głęboko czuł, że nie powinien, że czai się w tym coś złego. Przełknął ślinę. Patrzył jak drobny kamyk odbija blask ognia z kominka i wsłuchiwał się w dźwięki jakie wydawał. Starał się wyłapać jakieś słowa z tych cichych szeptów, i wydawało mu się, słyszy inny głos, zmieszany z tym który nęcił go wcześniej. Nabrał powietrza, przyłożył ucho najbliżej jak tylko mógł bez dotykania pierścienia i nasłuchiwał. Początkowo słyszał jedynie szum własnej krwi pulsującej w jego czaszce i przyjemne strzelanie ognia w kominku. Po chwili wszystko zaczęło cichnąć, mógł skupić się tylko na pierścieniu. I usłyszał głos kobiety, słodki jak nektar, delikatny jak wodna mgiełka, niewinny jak białe lilie, obietnica czystości…

Nagle zrozumiał. Lily.

Opuściło go wahanie, odtrącił od siebie wszelkie wątpliwości. Wyrzucił strach, zdrowy rozsądek i przeczucie klęski. Chciał tylko Lily. Obietnica wskrzeszenia, obietnica siły i potęgi. Obietnica wskrzeszenia…

Wskrzeszania…

Lily.

Wyciągnął dłoń i już niemalże przegrał, już prawie dotknął. DOTKNIJ MNIE!!!

- NIE! – wszystko skończyło się nagle. Głosy ucichły, wibracje ustały, euforia zniknęła. Severus automatycznie cofnął dłoń, którą opuszkami palców już niemal dotykał klejnotu i zacisnął ją w pięść przyciskając do klatki piersiowej. Pierścień raptownie zaczął obracać się wokół własnej osi, tańcząc taniec pełen złości i gniewu. Pomieszczenie wypełnił przerażający pisk, dziwny dźwięk który ranił uszy, ciało i duszę samym swoim jestestwem. Pierścień po raz ostatni zatoczył kółko po czym z powrotem opadł na biurko i zamilkł. Severus z przerażeniem obserwował to zjawisko. Jakim jestem głupcem! Głupiec! Obrócił twarz w kierunku dyrektora i napotkał jego przerażone spojrzenie. Sam również był przerażony. Przez dłużą chwilę tkwili w ciszy i wymieniali się jedynie spojrzeniami. W końcu młodszy mężczyzna nie wytrzymał.

- Albusie?

- Severus… Severusie, prawie popełniłeś mój błąd. – Na te słowa wyciągnął w górę rękę, którą dotknęła klątwa.

- Co to jest? Albusie, skąd to wziąłeś? Zniszcz to natychmiast. - Severus wciąż oddychał ciężko, a serce o ile to możliwe, biło jeszcze szybciej i gwałtowniej niż wcześniej. - To Czarna Magia. Bardzo Czarna. Wiesz doskonale.

- Tak, wiem. Okazałem się głupcem większym, niż sądziłem. – zamilkł, próbując zebrać swoje myśli do kupy. Po czym odezwał się znowu. – To pierścień Cadmusa Peverella. Zapewne znasz historię rodu Lorda Voldemorta.

- Znam. Po krótce.

- Zatem powinieneś wiedzieć, że matka Toma, Meropa Riddle, była potomkinią Salazara Slytherin’a i wywodziła się z rodziny Gount. Z kolei Gount’owie pochodzą od Peverell’ów. Tak, od tych właśnie Peverell’ów. Pierścionek był własnością jednego z braci, Cadmusa. Śmiem twierdzić, że Tom przeklął go z jakiegoś konkretnego powodu. Nie jestem tylko pewien z jakiego. Sądziłem… - zastanawiał się, wodząc zdrowym palcem po swojej długiej brodzie. - Hmmm… Nie…

- Albusie, mów jaśniej jeśli łaska.

- Sadziłem, mój drogi Severusie, że taki potężny przedmiot Voldemort będzie nosił zawsze przy sobie. Pamiątka rodzinna, ostatnia rzecz jaka została po jego matce, jego dziedzictwo. Tymczasem on zaklął pierścionek i schował go przed światem. Dlaczego? Dlaczego to zrobił? Jaki to miało cel?

Severus przyglądał mu się, gdy ten z zapalczywością próbował odnaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania. Widział jego zrezygnowany, zmęczony wzrok i podziwiał, jak zwykle, determinację z jaką działał, mimo wycieńczenia. Albus jeszcze chwile błądził wzrokiem po gabinecie, jakby odpowiedź czaiła się gdzieś między portretami po czym westchnął ciężko.

- Severusie. Moja ręka. Dziękuję ci. – obracał sczerniałą dłoń przyglądając się jej z każdej strony. Próbował zgiąć palce, jednak sprawiało mu to dużo trudności i bólu.

- Opóźniłem klątwę. Tylko tyle mogłem zrobić. Gdybym dokładnie znał zaklęcie, którego użyto być może mógłbym zdziałać coś więcej. Przykro mi.

- Ile czasu mi zostało?

- Rok, może dwa. Jeżeli będziesz o siebie dbał.

Zapadła ciężka cisza. Żaden z nich nie chciał jej przerywać. Padły słowa, które były wyrokiem śmierci. Żaden z nich nie wiedział jak zareagować. Dumbledore był dla Severusa jak ojciec, a Severus dla Albusa jak marnotrawny syn. W głowie czarnowłosego kotłowała się tylko jedna myśl. On naprawdę umiera. Nagle poczuł złość.

- Możesz mi powiedzieć jak u licha do tego dopuściłeś?!

Dumbledore westchnął.

- Doskonale wiesz jak. Sam niemalże uległeś tak samo jak i ja.

- Ale wybudziłeś mnie z tego! Co ci strzeliło do głowy, żeby iść tam samemu, gdziekolwiek byłeś! Nie jesteś już młodzieniaszkiem Albusie, potrzebujesz pomocy! Ile razy proponowałem ci swoje ramię w podróży, za każdym razem je odrzucałeś.

- Wiesz dobrze, że nie mogę ci zdradzić celu ani powodu moich wypraw. Nie mogę ryzykować, że Voldemort dowie się, co robię. Nie, to za duże ryzyko. Za duże. Nie możemy sobie na to pozwolić.

- Dobrze więc. A co z Potterem? Skoro sam nie dajesz sobie rady, bierz ze sobą chłopaka.

- Harry jest… Obawiam się, że może nie do końca wypełniać moje rozkazy. Jest porywczy…

- Jak ojciec – przerwał mu Snape.

- Nie przeczę, tę cechę faktycznie odziedziczył po swoim ojcu. Muszę go najpierw przygotować. Chłopak musi mi bezgranicznie ufać.

- On już teraz jest zapatrzony w ciebie jak w obrazek.

- To nie wystarczy. Zabrałem go ze sobą do Horacego i widziałem, że nie jest jeszcze gotowy, chociaż poszło mu nie najgorzej. Ale wiem już jak go przygotować. Nie martw się o to. 

- Co teraz zamierzasz?

- Co masz na myśli?

- Pierścień. Co chcesz z nim zrobić?

- Postaram się go zniszczyć. Mam podejrzenia co do pewnego przedmiotu, którym być może uda mi się do unicestwić.

- A ręka? Na Merlina! Został ci jakiś rok życia a jesteśmy w środku wojny! Powiedz, że masz jakiś plan.

- Mam.

- I? Zamierzasz się nim ze mną podzielić, czy po raz kolejny mam żyć w „błogiej” – Snape uczynił w powietrzu znak cudzysłowu. – nieświadomości?

- Mam plan i podzielę się nim z tobą, ale niestety obawiam się, że Ci się nie spodoba.

- To akurat nie problem. Z zasady nigdy mi się nic nie podoba.

Dumbledore zlustrował go wzrokiem.

- Była u Ciebie w te wakacje Narcyza Malfoy, prawda?

- A co to ma do rzeczy?!

- Ma, to bardzo ważne. Powiedz czego chciała.

- Już mówiłem przecież. Czy klątwa wypaliła ci też mózg? – przyjrzał mu się krytycznie jakby oceniając, czy faktycznie mogło do tego dojść. - Chciała, żebym strzegł Dracona. Czarny Pan zlecił mu jakieś zadanie a ja mam dopilnować, żeby chłopakowi się udało. Złożyłem Wieczystą Przysięgę. Czemu znów o to pytasz?

- Wiesz już, co to za zadanie?

- Nie. – przewrócił oczami. - Narcyza nie wie i chyba nie chce wiedzieć. Bella mi nie ufa. Nawet jeżeli cokolwiek wie to nigdy mi tego nie zdradzi. Próbowałem podejść Draco, ale ten głupi chłopak myśli, że chce mu odebrać chwałę. Milczy jak grób. A Lucjusz siedzi w Azkabanie. Czarnego Pana nie śmiem o to zagadnąć.

- Bo widzisz… Ja już wiem co musi zrobić Draco.

To bardzo zaciekawiło Severusa.

- Co takiego?

- Dostał misję zamordowania Dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.

Chwile potrwało, zanim ta wiadomość naprawdę dotarła do Severusa.

- I mówisz to z takim spokojem? Cholera, przecież on tego nie zrobi!

- Nie, nie zrobi tego. Ty to zrobisz.

W gabinecie po raz kolejny zapadła cisza. Trwała długo i była bolesna i upierdliwa niczym igły wbijane pod skórę wciąż w to samo miejsce. Czysty szok malował się teraz na twarzy Snape’a. Mam zabić Dumbledore? Zabić Albusa? Niemożliwe! NIEMOŻLIWE! Nie, nie, nie, nie To nie może być prawda.

- Severus?

Mężczyzna oparł czoło na opartej o blat ręce i pochylił się do biurka. Zacisnął usta w wąską linię i gestem drugiej dłoni nakazał dyrektorowi milczenie. Cisza ciągnęła się już w nieskończoność.

- Severus…

- Nie.

- Posłuchaj mnie… Severusie! - podniósł głos, gdy zobaczył, że czarodziej znów chce zaprotestować. – Posłuchaj mnie uważnie. Czarny Pan nie ufa ci w pełni. Musimy to zmienić, jak najszybciej. Skoro i tak nie pożyję dłużej niż dwa lata nie ma znaczenia w jaki sposób umrę. Ale skoro mogę zaplanować swoją śmierć w każdym calu, to zrobię to. Umrę na swoich warunkach zanim klątwa zmąci mi umysł, zniszczy ciało i zada mi ból. Masz przynajmniej rok, żeby zmiękczyć Dracona. Wybadaj go, niech ci zaufa. Pomagaj mu, ale nie narzucaj się. Niech widzi w tobie sojusznika. Gdy przyjdzie czas, musi być w nim zasiane ziarno zwątpienia, a wtedy będziemy pewni, że ty dokończysz jego dzieła. Rozumiemy się? To musisz być ty. Inaczej nie zdobędziesz pełnego zaufania Voldemorta.

- A czy wziąłeś pod uwagę, że ja nie chcę tego zrobić? Że nie chcę Cię zabijać?

- Złożyłeś Wieczystą Przysięgę. Pamiętasz? „Przysięgam, że jeżeli Draco zawiedzie, dokończę jego dzieła”. I tak nie masz wyjścia. Musisz to zrobić.

- Tylko jeżeli Draco zawiedzie.

- A zawiedzie, wiemy o tym doskonale.

Severus wiedział. Znał tego chłopca. Draco nie był mordercą, mimo wszystko. Zdał sobie w tej chwili sprawę jak ogromny ciężar dźwiga teraz jego chrześniak. Do tej pory jedynie mógł się domyślać co może być jego zadaniem w szkole. Podejrzewał gnębienie mugolaków, szpiegowanie, infiltrację. Coś drobniejszego. Ale nie morderstwo. A już na pewno nie morderstwo Albusa Dumbledore’a.

- Chłopak dostał to zadanie w ramach kary za nieudolność działań swojego ojca w Ministerstwie. – kontynuował Dyrektor. - Oboje się zgodzimy, że Lucjusz zawiódł Toma całkowicie niszcząc przepowiednię. Jest to dla nas wyjątkowo dobra pozycja. Dla Dracona jednak jest całkowicie odwrotnie. Podejrzewam, że konsekwencje byłyby wyjątkowo poważne gdyby Draco również zawiódł. Dlatego musisz zrobić to za niego. Już nawet nie chodzi o Przysięgę, chociaż jest to kwestia kluczowa i niepodważalna. Nie możemy pozwolić na splamienie jego duszy przez morderstwo. To jeszcze chłopiec, wciąż można go od tego uratować. Ale nie możemy też pozwolić mu na śmierć z ręki Voldemorta. Ostatni potomek ze starego, czystokrwistego rodu…

- Dobrze, już dobrze! Rozumiem! – przerwał mu gwałtownie – A więc… Mam cię zabić? Mogę zrobić to teraz, póki jestem na ciebie wyjątkowo wściekły?

Albus uśmiechnął się do niego serdecznie. Jak bardzo kuriozalna była ta sytuacja. Większość ludzi na wieść o swojej śmierci wpadłaby w panikę, ogarnąłby ich strach, przerażenie. Na pewno nie uśmiechaliby się do swojego przyszłego mordercy jak głupi do sera.

- Tak. Zrobisz to, ale we właściwym czasie. Przyjdź do mnie jutro, omówimy to dokładnie. Teraz muszę odpocząć.

- Jak sobie życzysz. – wstał z fotela, skłonił się nader uprzejmie, po czym wyszedł na kręcone schody. Nie chciał wracać kominkiem. Musiał się przejść i przemyśleć dokładnie całe to pokręcone zdarzenie. Tego wieczora spacerował po Hogwarcie jeszcze wiele godzin.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz